Palestyna otrzymała status państwa-obserwatora przy ONZ. Konsekwencje albo ich brak

Zgromadzenie Ogólne ONZ przyznało Palestynie status państwa-obserwatora przy Narodach Zjednoczonych. Wbrew oczekiwaniom, nie będzie to miało jednak żadnego wpływu na bliskowschodni proces pokojowy.

Zdj. Flickr: Rusty Stewart
Zdj. Flickr: Rusty Stewart

W czwartek wieczorem, stosunkiem głosów 138 za do 9 przeciwko i przy 41 wstrzymujących się Palestyna wzmocniła swoją pozycję w ramach Organizacji Narodów Zjednoczonych. Uzyskała status nieczłonkowskiego państwa-obserwatora. O ile wynik głosowania nie dziwi i był dość prosty do przewidzenia, o tyle wymiar tej porażki jest bardzo wyniosły, typowy co prawda dla głosowań w kwestiach palestyńskich (np. wstąpienie do UNESCO), ale tym razem brutalniej przebijający się na zewnątrz. Przeciwko wzmocnieniu statusu Palestyńczyków głosowały następujące państwa: Stany Zjednoczone, Kanada, Izrael, Czechy,  Panama, Palau, Wyspy Marshalla,  Nauru i Mikronezja – a głosował przecież cały świat. Unia Europejska podzieliła się na głosujących za (np. Francja, Hiszpania) i wstrzymujących się (np. Niemcy, Polska) i nie była skłonna do działania jako jednolita siła polityczna. Zgodnie z przewidywaniami Ameryka Południowa, Bliski Wschód i Afryka zagłosowały “za” Palestyną.

Zwycięstwo w Zgromadzeniu Ogólnym i co dalej?

Wzmocnienie statusu Palestyńczyków ma wymiar przede wszystkim propagandowy. Nie idą za tym zwiększone szanse na zawarcie pokoju, ani faktyczne uprawnienia czy przywileje poprawiające sytuację Palestyńczyków. Dzięki temu wydarzeniu Palestyna – na dzień, może dwa – obecna będzie w każdym prawie mieszkaniu na świecie, w którym przegląda się media. Prezydent Władz Palestyńskich, Mahmud Abbas nie wypadł wczoraj szczególnie korzystnie, zwłaszcza jeżeli porównamy go do legendarnego Jassera Arafata, ale swój cel osiągnął. Izrael zresztą podobnego wyniku głosowania mógł się spodziewać – po “Filarze obrony”, ostatniej operacji na terenie Strefy Gazy polegającej m.in. na bombardowaniu czy ostrzeliwaniu z morza celem uderzenia w infrastrukturę Hamasu, negocjacje z Palestyńczykami ws. tego wniosku były jeszcze trudniejsze, a i miało to odpowiedni wpływ na świat. Niektórym państwom UE łatwiej głosowałoby się przeciwko, gdyby nie operacja w Strefie Gazy (Chorwacja, Niemcy, Rumunia?).

Wzmocnienie statusu nie ma jednak żadnego wpływu na proces pokojowy. Obie strony okopały się na swoich pozycjach od paru lat i ich nie opuszczają. Izraelczycy chcą rozmów pokojowych bez żadnych warunków wstępnych, jednocześnie rozbudowując osiedla na Zachodnim Brzegu Jordanu, zaś Palestyńczycy z Organizacji Wyzwolenia Palestyny (Hamas rządzący w Strefie Gazy odrzuca możliwość oficjalnych rozmów) uzależniają podjęcie negocjacji od zamrożenia rozwoju osadnictwa na Zachodnim Brzegu. Do rozwiązania pozostają jeszcze inne problemy, bez których rozstrzygnięcia proces pokojowy nie drgnie nawet o milimetr. Palestyńczycy są podzieleni – Hamas rządzi w Strefie Gazy, zaś Fatah, wchodzący w skład OWP, na Zachodnim Brzegu Jordanu. Rozmowy pokojowe między Palestyńczykami, choć parokrotnie ogłaszano potencjalny sukces, nigdy nie kończą się zawarciem porozumienia. W efekcie mamy dwuwładzę i pytanie – kto tak naprawdę reprezentuje Palestyńczyków, skoro to w 2006 roku Hamas wygrał demokratyczne wybory? Problemowi Palestyńczyków odpowiada kontra izraelska – jeżeli Hamas wejdzie do koalicji z Fatahem, to Izrael nie będzie “negocjował z terrorystami”. Zgrabnie ujął to premier Netanjahu mówiąc, że prezydent Abbas będzie miał pokój albo z Izraelem albo z Hamasem.

Jak widać podstawowym problemem jest nakłonienie stron do rozmów, a co dopiero mówić o poszczególnych trudnościach negocjacyjnych – izraelskie osadnictwo, kwestia Jerozolimy, uchodźcy, granice, tzw. mur bezpieczeństwa itd. Więcej na temat procesu pokojowego napisałem w tekście “Daleko od pokoju na Bliskim Wschodzie” do lektury którego wszystkich gorąco zachęcam.

Z punktu widzenia Palestyńczyków ważne jest jeszcze jedno pytanie – czy Stany Zjednoczone i Izrael dotrzymają słowa w kwestii nałożenia “sankcji”? Mahmud Abbas został poinformowany, że w razie niewycofania wniosku cofnięte może zostać finansowanie Palestyńczyków przez Stany Zjednoczone, a także zebranych przez Izrael podatków. Oznaczałoby to drastyczne zmniejszenie budżetu palestyńskiego, ale tez …. wzmocnienie Hamasu. Zwycięstwem we wczorajszym głosowaniu Abbas kupuje czas i poparcie Palestyńczyków, które były coraz bardziej zagrożone. Sam Abbas był wielkim nieobecnym w czasie “Filaru obrony” – nawet nie był stroną rokowań – głosowanie ws. wzmocnienia statusu Palestyny pozwoli mu odzyskać równowagę.

Na pewno konsekwencją wzmocnienia statusu Palestyny w ONZ nie jest potencjalna możliwość przystąpienia do Statutu Rzymskiego o Międzynarodowym Trybunale Karnym. Błąd ten powiela wiele mediów – zarówno izraelski “Ha’aretz”, polski “TVN24″ czy amerykański “New York Times”. Bzdura powtórzona wielokrotnie staje się  medialnym faktem.

Sprawę precyzyjnie tłumaczyłem wcześniej. W skrócie:

  1. Prokurator już kiedyś uznał, że Palestyna nie jest państwem w rozumieniu Statut Rzymskiego i odmówił jej możliwości wniesienia sprawy – prawo międzynarodowe jest w dziedzinie uznania międzynarodowego niedostatecznie unormowane, daje więc pewne możliwości interpretacyjne i Prokurator mógłby zmienić zdanie, a nawet wcześniej inaczej zdecydować (mógłby to uczynić np. jego następca), ale fakt statusu państwa-obserwatora jest bez żadnego związku i znaczenia prawnomiędzynarodowego;
  2. Izrael nie uznaje jurysdykcji MTK i nie współpracowałby z trybunałem, co więcej, zgodnie z prawem międzynarodowym nie miałby takiego obowiązku;
  3. Nie można by wnosić spraw sprzed przystąpienia Palestyny do Statutu Rzymskiego.

Polska w tej rozgrywce

Nasza dyplomacja była wyjątkowo wstrzemięźliwa w tej kwestii. Przez długie miesiące nasze oficjalne stanowisko zakładało konsultacje unijne i próby wypracowania wspólnego stanowiska na poziomie europejskim. Europa jednak pozostała podzielona, a oświadczenie lady Ashton trudno uznać za silny, niepodzielny głos. Dużo mocniej wybrzmiały stanowiska Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii.

Polska zdecydowała się wstrzymać, co minimalizuje straty, ale też zyski. Ze względu na dobre kontakty z Izraelem i chęć rozwijania współpracy m.in. na poziomie technologii wojskowych Polska nie mogła głosować “za”, ale jednocześnie głosowanie “przeciwko” byłoby sprzeczne z naszą dotychczasową polityką w tamtym regionie świata.

Zabrakło jednak formy, bo albo informujemy wcześniej o swoim stanowisku albo do końca milczymy. Na parę godzin przed głosowaniem pojawiła się informacja, że decydujemy się na wstrzymać, jednak nie na oficjalnej stronie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, nie na poziomie unijnym (na co pracowaliśmy, a nie wyszło), a na prywatnym koncie twitterowym ministra Sikorskiego. Może jestem konserwatywny, ale uważam, że oficjalne stanowisko powinno najpierw albo równocześnie zostać ogłoszone na oficjalnej stronie MSZ lub Przedstawicielstwa Polski przy ONZ. W aspekcie międzynarodowym ma to zerowe znaczenie, bo głos Polski nie był w tej sprawie ani słyszalny (czego chcieliśmy uniknąć), ani szczególnie istotny, ale powoduje refleksję. Na twitterze można dyskutować, informować, rozpowszechniać czy tez współprowadzić politykę, ale serwis społecznościowy nie może przejąć obowiązków Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Nie robi tak nikt – zarówno Niemcy, Szwedzi, Amerykanie czy Rosjanie. Może więc my też nie powinniśmy?