Nie przeceniajmy geografii

Oceniając potencjał geopolityczny państw, często zbyt dużą wagę przykładamy do barier geograficznych. A historia uczy, że bywają one proste do pokonania.

Założenie, że Chiny będą agresywnie działać, rodzi pytanie: w jaki sposób? Mają Himalaje, dżunglę w Birmie i Wietnamie, Syberię na północy oraz ocean z japońską flotą potężniejszą od ich własnej” – powiedział szef Stratforu George Friedman w wywiadzie dla polskiej edycji magazynu Forbes. Pozornie taka analiza jest słuszna i należałoby jej przyklasnąć. Historia uczy jednak, że bariery wyglądające na praktycznie niemożliwe do pokonania niekoniecznie są takimi w praktyce. Odnosi się to także do Chin.

Przejdziem góry

Pekin prowadził już wojnę w Himalajach, w której upokorzył Indie i wywalczył, niewielkie bo niewielkie (38 tys. km kwadratowych), koncesje terytorialne. Obszar Aksai Chin, uznawany przez Indie za część Kaszmiru, przeszedł w ręce chińskie. Tym samym Chiny na stałe umiejscowiły się w pakistańsko-indyjskim sporze o Kaszmir, wspierając słabszą stronę tego konfliktu (Pakistan). Wojna dwóch azjatyckich gigantów trwała miesiąc (październik-listopad 1962 r.) i właśnie minęła jej 40. rocznica.

Od tego czasu Chińczycy zainwestowali miliardy dolarów w rozbudowę infrastruktury regionu i pogranicza z Indiami, stwarzając możliwość efektywnej dyslokacji znacznych sił wojskowych w razie ewentualnego konfliktu. A ten tli się nadal, ponieważ Chiny roszczą pretensje do indyjskiego stanu Arunachal Pradesh. Na wspólnej granicy cyklicznie dochodzi do incydentów o ograniczonej skali. Rozmowy w tej sprawie ciągną się od lat i nie przynoszą żadnych rozwiązań. Potencjalnie istnieje możliwość konfliktu zbrojnego. I nikt nie będzie zważał na Himalaje i związane z tym trudności.

Przejdziem lasy

Podobnie ma się rzecz z dżunglą, o której wspominał George Friedman. Chiny prowadziły wojnę z Wietnamem w 1979 roku. Starcia miały charakter lokalny, ale brało w nich udział przynajmniej 250 tysięcy żołnierzy obu stron. Faktycznie, Chińczycy mieli trudności z posuwaniem się w głąb terytorium wietnamskiego, jednak dysponowali słabiej wyszkolonymi i uzbrojonymi siłami, które dodatkowo były źle dowodzone. Bardziej doświadczeni i lepiej wyposażeni Wietnamczycy stawiali skuteczny opór i Pekin po kilku tygodniach wycofał swoich żołnierzy. Obie strony ogłosiły zwycięstwo, lecz tak naprawdę wygrał Wietnam. Chiny nie pomogły w żaden sposób Kambodży, w której Wietnamczycy doprowadzili do obalenia reżimu Czerwonych Khmerów, nie zadali też poważniejszych strat Wietnamowi.

Wrócim się przez morze

Stany Zjednoczone są odcięte od Europy i Azji potężnymi oceanami, a potrafiły prowadzić w tych regionach skuteczne operacje wojskowe, angażujące potężne siły (i związaną z tym logistykę). Wcześniej mocarstwa kolonialne również nie miały problemów z pokonaniem oceanów czy mórz, a Hiszpanie w XVI wieku potrafili zetrzeć w pył cywilizacje Ameryki Łacińskiej przy użyciu niewielkiej grupki zbrojnych. Fakt, że wielu z nich zginęło w trakcie podboju można pominąć, gdyż Hiszpania kontrolowała zdobyte wówczas terytoria przez kilka kolejnych stuleci.

W trudnych warunkach geograficznych toczyły się także dwie wojny irackie i inwazja, a następnie okupacja Afganistanu. Jednak w żadnej z tych operacji bariery naturalne nie zapobiegły ani nie powstrzymały sił atakujących. Górzysty i lesisty teren nie zapobiegł też niemieckiej ofensywie w Ardenach zimą 1944 roku. Niemieckie czołgi zostały powstrzymane przede wszystkim przez trudności w zaopatrzeniu – zabrakło im paliwa.

Nie przeceniajmy znaczenia geografii

W historii wojen znajdziemy wiele przykładów, gdy wojska pokonywały przeszkody naturalne i atakowały w pozornie niedostępnych terenach (vide Hannibal i jego przeprawa przez Alpy). Jeśli państwo uzna, że atak jest konieczny, to go przeprowadzi. Na pewno sztab sił zbrojnych nie będzie szukał usprawiedliwień w geografii. A powinniśmy mieć na uwadze także postępy technologii militarnych, które pozwalają na działania na większą skalę, przy użyciu mniejszych sił, zapewniając jednocześnie większą siłę ognia. W przypadku Chińczyków zawsze trzeba też pamiętać o ich potencjale mobilizacyjnym (miliardowa populacja).

Miło słucha się rozważań o geografii i geopolityce, a George Friedman potrafi świetnie opowiadać. Ma rację, gdy zwraca uwagę na trudne usytuowanie Polski, której nie bronią praktycznie żadne naturalne bariery. Przecenia jednak znaczenie ich istnienia w przypadku innych państw, między innymi Chin.