Morze Śródziemne i Morze Czerwone, a amerykańskie plany w Zatoce Perskiej

Niestabilna sytuacja w państwach położonych na wschodnich wybrzeżach Morza Śródziemnego zmniejsza prawdopodobieństwo ewentualnego ataku USA na Iran.

Flickr: Stewf-CC
Flickr: Stewf-CC

Zachodnia część Bliskiego Wschodu przykuwa w ostatnich tygodniach bardzo wiele uwagi. Nie da się ukryć, że ciężar najważniejszych i najbardziej absorbujących opinię publiczną wydarzeń przesunął się z regionu Zatoki Perskiej do Gazy, Syrii, Izraela czy Egiptu. Media znacznie chętniej piszą obecnie o zbliżających się wyborach w Izraelu, gwałtownym kryzysie politycznym w Egipcie, wojnie w Syrii, czy ostatnio o konflikcie w Gazie. Nad tym co się dzieje w Iranie, Iraku i państwach GCC skupiają się mniej, nie mówiąc już o Afganistanie. Konflikt w tym kraju od dłuższego czasu określany jest jako “zapomniana wojna”, całkiem zresztą słusznie. Wynika to zapewne z dynamiki zmian. Wydarzenia w państwach Zatoki płyną jednostajnym nurtem. Kolejny zamach w Iraku, kolejny apel Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej do Iranu, kolejne zamieszki w naftowych monarchiach. Media nie lubią monotonni, czytelnicy-wyborcy też nie.

W kontraście, w zachodniej części regionu dynamika wydarzeń jest obecnie o wiele większa. Tam więc skupia się uwaga polityków globalnych mocarstw. Gdzieś w tle zainteresowania podniesieniem statusu Palestyny w ONZ, konstytucjonalnym kryzysem w Egipcie, czy rozmieszczaniem przez NATO systemu Patriot w Turcji, przemknęła ostatnio informacja jakoby w USA postanowiono zaatakować Iran w marcu jeżeli kraj ten nie zahamuje swojego programu atomowego. Takich informacji przez ostatnie półtora roku było wiele, przewijały się najróżniejsze daty i choć Amerykanie lubią rozpoczynać wojny w Zatoce wczesną wiosną, to do zapowiedzi tych trzeba podejść sceptycznie.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że gdyby Amerykanie jednak naprawdę chcieli rozpocząć wojnę w Zatoce Perskiej na wiosnę przyszłego roku, to jestem pewien, że obecne zawirowania w zachodniej części Bliskiego Wschodu bardzo by im to utrudniły. Odwołajmy się do historii. Amerykanie działali militarnie w Zatoce Perskiej w latach 1987-2011. W tym w roku 1991 i latach 2003-2011 bardzo aktywnie, w latach 90. również dochodziło do kilku spięć z reżimem Saddam Hussajna, które kończyły się ostrzałem Iraku przez amerykańską marynarkę. We wszystkich tych konfliktach działania floty były kluczowe dla zapewnienia Amerykanom swobody operacyjnej, elastyczności, siły uderzeniowej, zaopatrzenia, oraz czyniły ich niewrażliwymi na polityczne wstrząsy w regionie.

Akweny w zachodniej części regionu były niezwykle ważne w całej układance. U.S. Navy swobodnie operowała na wschodnim Morzu Śródziemnym, Morzu Czerwonym, a przyjazny reżim Hosniego Mubaraka zapewniał amerykańskim okrętom priorytetowy transfer przez Kanał Sueski. Działania na tych akwenach były dla USA, zarówno w roku 1991, jak i 2003, bezpieczne. Królowali na tych wodach niepodważalnie, a startujące z okrętów samoloty i pociski Tomahawk przyczyniały się do zwycięskich kampanii. Problem w tym, że są to czasy zamierzchłe.

Ostatnie kilka lat przyniosło dla zachodniej części regionu gwałtowne zmiany, które bardzo wymiernie odbijają się na bezpieczeństwie tamtejszych akwenów. Po pierwsze we wschodniej części Morza Śródziemnego co raz częstszym gościem jest rosyjska flota czarnomorska. Rosja ma co raz większe ambicje i w oparciu o bazę w syryjskim Tartus chciała ustanowić stałą obecność w regionie. Wojna w Syrii nieco zahamowała te plany, ale na pewno ich nie zdezaktualizowała.

Po drugie, w regionie pojawiła się irańska marynarka wojenna. IRIN przekracza Kanał Sueski, podobnie jak Rosjanie odwiedza syryjskie porty, przemyca broń do Gazy, paraduje wzdłuż wybrzeży Izraela, odbywa ćwiczenia na Morzu Czerwonym, rozmieszcza tam również okręty podwodne. Sytuacja kilka lat temu nie do pomyślenia. Pojawienie się dwóch nieprzyjaznych marynarek wojennych, nieważne jaki jest ich potencjał, na “amerykańskich” do niedawna wodach w sposób oczywisty wpływa na możliwości operacyjne U.S. Navy, a tym samym na wojnę w Zatoce Perskiej.

Istotne są również zmiany natury politycznej, o których wspominałem na początku artykułu. Turcja skupia swoją uwagę na wojnie w Syrii, oraz narastającym problemie kurdyjskim, z wojną tą zresztą zresztą ściśle związanym. Trudno spodziewać się by na wiosnę chciała mieć do czynienia z jakąkolwiek amerykańską inicjatywą militarną w Zatoce. Wydarzenia w Syrii i Libanie rodzą zagrożenie dla żeglugi wzdłuż wschodnich brzegów Morza Śródziemnego. Zmiany w Egipcie mogą zagrozić, utrudnić lub uczynić niebezpiecznym tranzyt okrętów i zaopatrzenia do Zatoki przez Kanał Sueski, co byłoby katastrofą dla amerykańskich sił zbrojnych. Mniej bezpiecznie niż kilka lat temu jest również wzdłuż strategicznie ważnych wybrzeży Jemenu.

Jakakolwiek amerykańska akcja, zwłaszcza obecnie, w czasie gdy na Bliskim Wschodzie nie ma już dużych sił lądowych USA, jest uzależniona od działań marynarki wojennej. Skuteczność floty z kolei zależy od swobody operacyjnej. Zmniejszenie bezpieczeństwa i większa konkurencja na zachodnim Morzu Śródziemnym i Morzu Czerwonym ma bardzo duży wpływ na planowanie posunięć wobec rejonu Zatoce. Sytuacja dziś jest znacznie bardziej skomplikowana niż kilka lat temu i zapewne jest to kolejny czynnik, który sprawia, że politycy w Waszyngtonie będą gotowi wydać rozkaz do ataku dopiero w ostateczności. Jeżeli jednak do przepowiadanej już od bardzo dawna wojny dojdzie, to należy się spodziewać, że Iran za pomocą swoich ekspozytur będzie chciał niepokoić amerykańską marynarkę już na Morzu Śródziemnym i Czerwonym, a być może nawet zaatakować w Kanale Sueskim, który stosunkowo łatwo można zamknąć na kilka miesięcy, na przykład poprzez zatopienie w nim okrętu lub statku czy poprzez zaminowanie.