Kto wygrywa, a kto traci w Strefie Gazy? Analiza „Filaru Obrony”

źródło: blogdouh.zip.net

Trwa kolejny dzień izraelskiej operacji „Filar Obrony” („Pillar of Defense”). Według telewizji Al-Jazeera w wyniku ataków zginęło co najmniej 52 Palestyńczyków (news sprzed sekundy: 11 cywilów miało zginąć w ataku lotniczym), z drugiej strony IDF informuje o zabiciu 3 izraelskich cywilów. Izraelska operacja jest prowadzona niemal wszędzie – zarówno z powietrza, z „granicy”, a nawet z morza. Izraelczycy podkreślają, że bombardują jedynie cele związane z Hamasem takie jak biura, magazyny z bronią, kryjówki czy podziemne tunele. Palestyńczycy odpowiadają ogniem, który delikatnie mówiąc, jest bardzo nieskuteczny. Ze względu na to, iż ich sprzęt nie jest precyzyjny, nie jest w stanie zagrozić infrastrukturze izraelskiej, ale przede wszystkim – sprawdza się izraelski system obrony przeciwrakietowej „Iron Dome”, który przechwytuje i niszczy rakiety. Gdyby to były manewry, a nie interwencja, w czasie której giną cywile z jednej i drugiej strony, złożyłbym gratulacje z powodu udanego testu tego systemu, służącego w armii od 2011 roku. Miliony Izraelczyków żyją w stresie, ale większą szansę mają na śmierć w wyniku wypadku samochodowego, aniżeli z powodu rakiet palestyńskich. Dochodzi nawet do takiej sytuacji, że rakiety ze Strefy Gazy trafiają w … Strefę Gazy. Według IDF było tak już 98 razy,

Militarnie i w mediach – Izrael wygrywa
Zbędnym pytaniem jest to, kto militarnie wygra to starcie. Premier Netanjahu – gdyby tylko chciał – mógłby zrównać Strefę Gazy z ziemią i rzeczywiście odesłać – jak to ujął minister spraw wewnętrznych Eli Yshlai z Parti Szas- ją z powrotem do średniowiecza. Hamas nie ma systemu przeciwrakietowego, samolotów, statków, a możliwości ostrzału artyleryjskiego nawet nie ma co porównywać. Zabicie jednego z liderów Hamasu, Jabariego, na ulicy pokazuje, że to Izrael jest w Strefie Gazy panem życia i śmierci. Jak mocno nie odgrażaliby się Hamas, Islamski Dżihad czy też Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny – w czasie takiej operacji mogą jedynie uciekać i chować się między cywilami. Z ich punktu widzenia walka militarna jest przegrana – kwestia tego, jakie straty uda się zadać Izraelczykom. Na razie są one dużo mniejsze niż w czasie „Płynnego Ołowiu”, chociaż uczciwie też należy zaznaczyć, że tamte operacja trwała ponad 3 tygodnie.

Izraelczycy w kwestii komunikacji umieją uczyć się na błędach. Cztery lata temu Izrael przegrywał w przekazie medialnym, teraz jest rewelacyjny z jego punktu widzenia – świetnie skoordynowana akcja na Facebooku, Twitterze (legendarny już @IDFspokesperson) w mediach oraz oficjalne oświadczenia polityków – prezydenta Baracka Obamy oraz Angeli Merkel – popierających Izrael. Wśród samych źródeł izraelskich przekaz jest jednolity. To wszystko powoduje, że w powszechnym odbiorze akcja izraelska uważana jest za defensywną. Dodatkowo IDF zrobiło jeszcze jedną rzecz – infografiki, które pomagają dziennikarzom przygotować materiały oraz pomagają zrozumieć – naturalnie – izraelski punkt widzenia. Nawet w Warszawie doszło do manifestacji poparcia dla Izraela.

Przykładowo – trudno odrzucić tezę, że zastraszona jest cała Strefa Gazy – giną cywile (co najmniej 13 dzieci), izraelskie bomby niszczą nie tylko budynki Hamasu, ale też własność cywilów czy chociażby bardzo utrudniona jest praca dziennikarzy. Nie mówiąc już o rannych, idących w setki. Co robi Izrael w ramach swojej komunikacji? Po pierwsze, nawołuje głośno wszystkich ludzi do oddalenia się od wszelkich budynków, rzeczy, ludzi Hamasu, nawet przy pomocy wysyłania sms-ów do mieszkańców (!!!). Jednocześnie przerzuca temat z zagrożenia dla ludności cywilnej w Gazie na zagrożenie dla ludności cywilnej w Izraelu, sugerując – nie bez racji – że Hamas stosuje taktykę chowania się wśród cywilów.

źródło: Israeli Defense Force
źródło: Israeli Defense Force
źródło: Israeli Defense Force
źródło: Israeli Defense Force

Izrael czyni dokładnie to, czego brakowało w czasie „Płynnego Ołowiu” (szacuje się, że wtedy zginąć mogło 1000 cywilów) – pilnuje, żeby straty wśród cywilów były mniejsze, aby w mediach pojawiał się przekaz o precyzyjnym bombardowaniu (raczej mało prawdopodobnym przy np. ostrzale artyleryjskim), a także o tym, że ludność cywilna Izraela jest w stałym zagrożeniu, o którym informują alarmy przeciwrakietowy, że ponad milion Izraelczyków musi spać w schronach, a szkoły są zamykane (ciekawe czy te w Strefie Gazy nie są?). Izrael prowadzi inteligentniejszą operację, aczkolwiek zabicia cywilów nie uniknie – dlatego stara się, aby w powszechnym odbiorze uznano, iż przynajmniej – w przeciwieństwie do Palestyńczyków, którzy uderzają tylko w cywilów – próbuje temu zapobiec.

Jeżeli nałożymy sobie liczby – tj. to, że od przerwania rozejmu wystrzelano ze Strefy Gazy 500 rakiet, które zabiły 3 osoby, to okaże się, że te rakiety nie są w stanie w żaden sposób na stałe zagrozić Izraelowi. Są w stanie za to dezorganizować życie na południu (i na razie nie tylko – Jerozolima, Tel Awiw też są zagrożone) – tj. powodować strach, poczucie zagrożenia, zamknięcie szkół oraz nocleg w schronach. Izrael w tym czasie doprowadził do zabicia i ranienia dużo większej liczby cywilów (choć jest to oczywiście trudne do określenia – mowa o minimum 13 dzieciach), ale na tym media się nie skupiają.

„Rozszerzenie” operacji i sondażowe sukcesy
Kanał 10 izraelskiej telewizji przeprowadził sondaż, z którego jasno wynika, co następuje:

– 91% badanych Izraelczyków popiera operację „Filar Obrony”;
– 76% badanych Izraelczyków domaga się kontynuacji operacji;
– 41% badanych Izraelczyków uważa, że Netanjahu jest najbardziej kompetentną osobą w dziedzinie bezpieczeństwa (drugi na liście – obecny minister obrony – Ehud Barak).

To tak na wypadek, gdyby ktoś się jednak łudził, że wybory parlamentarne do Knessetu nie mają tutaj żadnego znaczenia. Całość została rozegrana w taki sposób, że opozycja – co jest zresztą tradycją w tego typu sytuacjach – popiera operację rządu.

Ciekawym zagadnieniem jest rozszerzenie operacji. W czasie „Płynnego Ołowiu” władze izraelskie również sugerowały, że są gotowe na interwencję lądową. Tym razem mówi się o 75 tysiącach ludzi, których można momentalnie rzucić na taką operację. Główny problem jest jednak inny – Izraelczycy mają teraz wszystko pod kontrolą. Rakiety nie są w stanie wyrządzić wielkiej krzywdy, infrastruktura Hamasu została w dużej mierze zniszczona i będzie niszczona dalej, a sam Hamas po raz kolejny już wie, że militarnie jest bez żadnych szans.

Premier Netanjahu mógłby teraz doprowadzić do rozejmu – niskie straty izraelskie, zniszczona infrastruktura Hamasu i ewentualny spokój dla południowego Izraela zrobiłby z niego bohatera do czasu wyborów, co dałoby mu pewną reelekcję. Hamasu co prawda nie udało się zniszczyć, a organizacje palestyńskie i tak się odbudują, jeżeli chodzi o szmuglowanie broni, infrastrukturę czy magazyny, ale szef Likudu odniósłby propagandowe zwycięstwo.

Powiem więcej, ja jestem zwolennikiem teorii, że Hamas i inne organizacje, pomimo ostrzeliwania południowego Izraela, nie robiły to ze specjalną intensywnością, wręcz nie chcąc konfrontacji z Izraelem (wiadomo – pewna porażka, straty) i w pewnym momencie sugerując rozejm. To Izrael zdecydował się na przerwanie statusu quo i poważną operację. Co z tego wyciągnie Hamas dla siebie to poparcie ludności palestyńskiej. Niechęcią do otwartego starcia należy wytłumaczyć fakt, że dopiero po rozpoczęciu operacji Palestyńczycy zaczęli odpalać rakiety o dalszym zasięgu. Sukcesem Hamasu i innych radykalnych grup jest ta dezorganizacja życia Izraela, której nie było 4 lata temu – jednocześnie jednak przewaga Izraela jest jeszcze większa, a faktyczne możliwości Palestyńczyków mniejsze ze względu na system antyrakietowy. W czasie „Płynnego Ołowiu” zginęło 10 żołnierzy izraelskich (teraz: 0), z czego część od tzw. „friendly fire”.

Wracając do meritum – rząd izraelski, decydując się na operację lądową, straciłby atut kontrolowania sytuacji. Militarnie oczywiście nadal by wygrywał, ale dramatycznie podniosłaby się liczba zabitej ludności cywilnej, trudniej byłoby również na froncie wojny komunikacyjnej, bo twitterowym i facebookowym strumieniem popłynęłyby filmiki ze Strefy Gazy. Ponadto drugi oddech uzyskałby Hamas przygotowany do wojny w mieście, a nie mający szans w wojnie na odległość ze względu na brak zaawansowania technicznego. Wzrosłyby również straty po stronie izraelskiej, jeżeli chodzi o żołnierzy.

Długoterminowo – nie zyska ani Izrael, ani Hamas
Poza doraźnymi celami militarnymi (zmniejszenie lub zlikwidowanie ostrzeliwania i zniszczenie infrastruktury) i politycznymi (wybory) nie widać jednak w tym większego sensu. Izrael nie zniszczy Hamasu, ani Hamas Izraela. Trwałym efektem tej operacji będą kolejne cierpienia ludności cywilnej, notabene przy całkowitej akceptacji ludności cywilnej z drugiej strony frontu (!). Likud i Hamas wzmocnią swoje pozycje, a zapłacą za to odpowiednio izraelska lewica, mimo wszystko bardziej pokojowa, oraz Mahmud Abbas, umiarkowany przywódca, którego Fatah rządzi na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Sytuacja polityczna Izraela nie jest najlepsza. Egipt na pewno nie pomoże, nawet po zawarciu rozejmu, w osłabieniu Hamasu. Co gorsza dla Izraela – Egipt może celowo, ale też niekoniecznie, stać się miejscem, z którego będą leciały rakiety na Izrael. To przez Egipt szła również wszelka broń do Strefy Gazy – w większości podziemnymi tunelami. Cztery lata temu w Kairze rządził prezydent Mubarak, który nawet planował budowę „podziemnego muru” na granicy w Strefie Gazy. Również na północy nie jest wesoło, gdzie w Libanie dominuje Hezbollah, a Syryjczycy nie zapominają o Wzgórzach Golan. Więcej o problemach premiera Netnajahu pisałem w artykule „Najbardziej stresująca praca listopada – premier Izraela”

Izrael doprowadził też do jeszcze jednego przykrego efektu ubocznego. O ile wcześniej można się było łudzić, że prezydenta Władz Palestyńskich, wspomnianego już Mahmuda Abbasa, uda się przy pomocy gróźb (odebranie finansowania, nieprzekazywanie zebranych podatków) zmusić do wycofania wniosku o nadanie Palestynie statusu państwa-obserwatora przy ONZ, o tyle teraz Abbas tego na pewno nie wycofa, bo byłoby to polityczne samobójstwo. Już teraz jego przeciwnicy zarzucają mu, że jest zbyt uległy, a co dopiero byłoby, gdyby wycofał wniosek w czasie bombardowania Strefy Gazy? Jeżeli do głosowaina dojdzie – Palestyna wzmocni swoją pozycję w ONZ, chociaż nie będzie to miało żadnego znaczenia poza wizerunkowym i propagandowym. W szczególności nie ma żadnej zależności pomiędzy nadaniem statusu państwa-obserwatora o Statutem Rzymskim o Międzynarodowym Trybunale Karnym, co twierdzą niekompetentne media.

Pomimo że Izrael nie jest w stanie długoterminowo zapewnić sobie eliminacji wrogów, to trzeba przyznać, że doraźne cele realizuje w tej operacji wyśmienicie i najlepiej jak można było. Znowu potwierdziło się również, że na Stany Zjednoczone Izraelczycy mogą liczyć o każdej porze dnia i nocy.