Martwy bliskowschodni proces pokojowy – impas kontrolowany

Bliskowschodni proces pokojowy utknął w martwym punkcie. Co ciekawe, zarówno Palestyńczykom, jak i władzom Izraela taka sytuacja jest na rękę.

Zdjęcie: eddiedangerous-flickr
Zdjęcie: eddiedangerous-flickr

Co się dzieje normalnie, gdy obie strony nie są zainteresowane bolesnym kompromisem i zakończeniem konfliktu? Konflikt trwa w najlepsze. Tak dokładnie byłoby w relacjach izraelsko-palestyńskich, gdyby nie fakt, że obie strony zgodnie deklarują pozorną chęć zawarcia porozumienia i za niepowodzenie w tym zakresie obwiniają siebie nawzajem, nie rozwiązując ze swej strony kluczowych problemów (Izrael – osadnictwo, Palestyna – podział na rządzący na Zachodnim Brzegu Jordan Fatah i rządzący w Strefie Gazy Hamas) uniemożliwiających chociażby rozpoczęcie negocjacji.

Stracone lata

Ostatnie lata to nie tyko strata czasu i energii, ale tez – w wyniku wzajemnych ostrzeliwań czy też izraelskiej operacji “Płynny Ołów” – życia ludzkiego. Niezależnie od tego, czy Izrael bombardowałby Strefę Gazy lub też czy Hamas albo inne radykalne organizacje ostrzeliwałyby południowy Izrael, utrzymałby się status quo. Palestyńczycy oraz Izraelczycy zostają ranni, a nawet giną, nadaremno.

O ile prezydent Władz Palestyńskich, czy tez, jak się tłumaczy w Polsce, Autonomii Palestyńskiej, wydaje się skłonny do ustępstw, o tyle w kwestii pokoju nie da się prowadzić efektywnych rozmów bez Hamasu, reprezentujący znaczną część społeczeństwa palestyńskiego. Sytuacja jest o tyle komiczna, że:

1) Izrael chce rozmawiać z Organizacją Wyzwolenia Palestyny bez warunków wstępnych, nie oferując zamrożenia rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, czyli przyszłym terytorium Palestyny;
2) prezydent Abbas chce rozmawiać z Izraelem tylko wtedy, gdy ten zamrozi rozbudowę i nie będzie prowadził polityki faktów dokonanych;
3) skuteczne rozmowy są możliwe tylko wtedy, gdy Palestyńczycy będą jednolicie reprezentowani;
4) Fatah próbuje porozumieć się z Hamasem, ale jak dotąd pojednanie kończy się fiaskiem;
5) logicznym efektem pojednania byłby wspólny rząd i podział władzy;
6) jeżeli jednak to się uda, to:

6.1) Hamas nie chce rozmów z Izraelem, ewentualnie może rozważyć jednostronne powołanie Państwa Palestyńskiego;
6.2) Izrael nie godzi się na negocjacje z rządem, w którym będzie zasiadał Hamas tłumacząc, iż Karta Hamasu zawiera w sobie artykuły nawołujące do anihilacji Izraela;

7) Podsumowując – Izrael kontynuuje niezgodną z prawem międzynarodowym rozbudowę osiedli, a Palestyńczycy nie mają reprezentacji, jeżeli jednak ją uzyskają, to Izrael nie zamierza rozmawiać z Hamasem, a Hamas z Izraelem.

Kręcimy się w kółko.

Jak widać jest to wszystko strasznie skomplikowane, a mówimy JEDYNIE o samym doprowadzeniu do bilateralnych rozmów. Ostatnie skończyły się po miesiącu, co zresztą – tuż przed ich rozpoczęciem – udało mi się przewidzieć. A co ze spornymi kwestiami? Osadnikami, uchodźcami, Jerozolimą, kształtem gospodarczym państwa, granicami i tak dalej. Ostatnim premierem Izraela, który zrobił coś rzeczywistego dla procesu pokojowego był Ariel Szaron w 2005 roku, który zdecydował się na jednostronne wycofanie ze Strefy Gazy. Później pojawiła się szansa wystąpienia premiera Olmerta przed Ligą Państw Arabskich, ale Izraelczycy wraz z Arabami zaprzepaścili taką okazję, a po przejęciu władzy przez Likud i jego koalicjantów, oczywiste było, że rozmowy pokojowe nie pójdą naprzód, bo tego nie życzy sobie niechętny rozmowom pokojowym elektorat Likudu, Partii Szas oraz Naszego Domu Izrael.

Światełko w tunelu?

Oczywiście, mógłbym teraz opisywać, kto nie chce pokoju, dlaczego, jaki należałoby wywrzeć nacisk, które kwestie są sporne i jak przebiegała historia sporu. Nic się jednak w tym zakresie nie zmieniło od czasu, gdy opublikowałem esej “Daleko od pokoju na Bliskim Wschodzie”, do którego lektury gorąco zachęcam.

Obie strony nie są obecnie gotowe do rozmów, a politycy – ze względu na doraźne interesy polityczne – nie są skłonni do poważnych i bardzo bolesnych ustępstw, a tylko takie mogą doprowadzić do pomyślnego finału. W gruncie rzeczy niemożliwe jest porozumienie satysfakcjonujące obie strony przy tak rozbieżnych oczekiwaniach (np. jedni i drudzy chcą, aby Jerozolima była ich niepodzielną stolicą). Pokoju nie będzie, jeżeli obie strony nie stwierdzą, że lepszy kujący w serce pokój niż wygodny – dla wojowniczo nastawionych polityków – konflikt.Obserwujemy w tym zakresie niesamowitą symbiozę. Radykalne siły po obu stronach wzajemnie napędzają sobie poparcie, a przyrost naturalny – zarówno wśród Palestyńczyków ale także osadników i ortodoksyjnych Żydów, powoduje, iż w tej kwestii wcale nie musi być lepiej.

Obiecałem jednak światełko w tunelu.  Istnieje. Obecne fiasko rozmów wynika w głównej mierze z faktu, iż rząd izraelski z premierem Netanjahu oraz ministrem Barakiem na czele – wbrew swoim oficjalnym zapowiedziom – nie uważa, aby pokój z Palestyńczykami i powstanie Niepodległej Palestyny było w interesie bezpieczeństwa państwa. W dodatku ustępstwa mogą doprowadzić nie tylko do upadku koalicji, ale również utraty poparcia. Jest to o tyle ciekawe, że Ehud Barak ponad dekadę temu złożył Palestyńczykom dość hojną propozycję pokoju, którą Jasser Arafat odrzucił.

Sytuacja Izraela jest jednak dynamiczna. “Arabska Wiosna” to dla tego kraju ogromne zagrożenie i inteligentni politycy izraelscy zdają sobie z tego sprawę. To Izrael był ostatnim państwem, które popierało prezydenta Mubaraka. Assadowi wiele też można zarzucić, ale był on przewidywalny i niechętny do rzeczywistego konfliktu. Obecnie w Syrii mamy sytuację, w której dwie strony walczą na śmierć i życie, z czego jedyną rzeczą, która ich łączy jest nienawiść wobec Izraela.

Nowe władze egipskie również wydają nieprzyjazne pomruki strasząc zerwaniem traktatu pokojowego z Camp Dawid. To oczywiście mało realistyczne, ale nowy prezydent Mohammad Mursi, wybrany w demokratycznych wyborach, nie może otwarcie współpracować z Izraelem przy tak antyizraelskim społeczeństwie. Tymczasem w Libanie karty rozdaje inny antyizraelski podmiot – wspierany przez Teheran Hezbollah.. Kolejnym czynnikiem niekorzystnym dla Izraela jest potencjalne uzyskanie broni nuklearnej przez Iran. Z kolei z Turcją niegdysiejszym sojusznikiem, Tel Awiw jest śmiertelnie pokłócony, a premier Erdogan chętnie krytykuje Izrael zdobywając poklask w świecie muzułmańskim.

Tak wyizolowany Izrael może liczyć na Stany Zjednoczone, a ostatni skierował się również w strony Grecji oraz Azerbejdżanu. Tutaj przechodzę do swojej głównej myśli – Izrael, chcąc uniknąć tego zabójczego wyizolowania, może uznać, iż opłaca mu się zagrać kartą palestyńską. To kwestia Palestyńczyków jest – oczywiście oficjalnie – głównym powodem, dla którego krytykowany jest Izrael. Za kilka lat może się okazać, że dla Izraelczyków cenniejszy będzie bolesny pokój, aniżeli wyniszczając konflikt. Analogicznie będzie wtedy z Palestyńczykami, bo w tym przypadku do tanga trzeba dwojga – inaczej pokoju nie będzie.

Wymagać to będzie oczywiście znowu mnóstwa odwagi, nacisków Stanów Zjednoczonych i zdolność do koncyliacji ze strony państw Ligi Państw Arabskich, wszakże również niechętnych Iranowi, a że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem…

Światełko w tunelu jest zatem niewielkie, bo na zmianę spojrzenia obecnej koalicji się nie zanosi, ale to pogarszająca się sytuacja Izraelczyków może skłonić obecny władze do zmiany swojej polityki. Powrót do poważnych rozmów możliwy jest także w przypadku, gdy w Izraelu dojdzie do zmiany koalicji rządzącej. Piłeczka oczywiście nie znajduje się tylko po jednej stronie, bo Palestyńczycy nie uciekną od problemu wspólnej reprezentacji, a Hamas od konieczności zaakceptowania koegzystencji z “reżimem syjonistycznym”, a zatem rewizji Karty Hamasu.