Czy Arabska Wiosna zmieni się w Salaficką Jesień?

Arabska Wiosna wraz z obaleniem autokracji przyniósł wzrost znaczenia islamskich radykałów. Czy po Arabskiej Wiośnie nastanie Salaficka Jesień?

Protestanci na placu Tahrir w Kairze (AhmadHammoud/Flickr)
Protestanci na placu Tahrir w Kairze (AhmadHammoud/Flickr)

Fala ataków na amerykańskie ambasady w regionie w ostatnich dniach musi niepokoić. Tym bardziej, że doszło do nich w państwach, które przeszły dogłębne zmiany w wyniku „arabskiej wiosny”. O wpływie Salafitów, jednego z najbardziej radykalnych ruchów w łonie Islamu, na rzesze wyzwolonych spod autokratycznej władzy Arabów w Libii, Jemenie, Egipcie, a także Syrii pisze na blogu Democracy Lab Christian Caryl.

Libijczycy to naród, który zawdzięcza Amerykanom dużo. To również kraj, w którym według badań opinia o USA jest przychylna, jeśli porównamy Libię do innych państw muzułmańskich. Mimo to, właśnie tam w zeszłym tygodniu zamordowano amerykańskiego ambasadora, człowieka, który jak niewielu przyczynił się do upadku pułkownika Kaddafiego. Autor artykułu podkreśla kilka dynamicznych czynników, które charakteryzują region po „arabskiej wiośnie”. Jak na przykład ten, że to właśnie Salafici zmieniają dżihadystów w roli podmiotu, za którym mogą podążyć muzułmańskie masy. To niewątpliwie prawda. Wszyscy pamiętamy, że nazwisko Osama bin Laden pojawiło się w arabskojęzycznych mediach dopiero w dniu jego śmierci, po długim niebycie spowodowanym „arabską wiosną”.

Ludzie na Bliskim Wschodzie potrzebują obecnie jasnych, prostych haseł, za którymi mogą podążać. Zwłaszcza w Syrii, gdzie setkami giną w krwawej wojnie. Salafici mogą im to dać. Hasło odnowienia i powrotu do korzeni z czasów Mahometa jest obecnie w regionie chwytliwe. Autor zwraca uwagę, że ruch salaficki, na przykład w Egipcie przed rewoltami 2011 roku był praktycznie nieobecny na politycznej scenie. Ukazał się nagle i w pierwszych wolnych wyborach uzyskał świetny wynik. Niewykluczone, że kolejne wybory Salafici wygrają, nie tylko w Egipcie. Co wtedy? Czy będziemy mieli powtórkę z Iranu po 1979 roku? Trudno wyrokować, ale taki obrót spraw wydaje się możliwy. Salafici walczą nie tylko na „legalnej politycznej scenie”. W Libii, czy Tunezji, gdzie mają znikomy wpływ na legalną władzę uciekają się do przemocy.

Wpływ Salafitów na region może mieć jednak znacznie gorsze efekty, niż ataki na ambasady, a nawet śmierć amerykańskiego ambasadora. Po pierwsze ruch, przez samą swoją popularność podsyca sunnicko-szyicką waśń. Znawcy Islamu już dziś posuwają się do twierdzeń, że konflikt jest o wiele bardziej żywotny niż napięcia na linii radykalny Islam – liberalny Zachód. Iran, o czym pisze autor, już dziś wykorzystuje to w swojej propagandzie, informując, że …Salafitów wspiera Zachód. Niejednokrotnie pisałem, że wojna religijna byłaby katastrofą na niewyobrażalną skalę dla Bliskiego Wschodu…

Po drugie Salafici grają na antyzachodnich postawach arabskiej ulicy. Fred Halliday w swojej książce „Bliski Wschód w stosunkach międzynarodowych” napisał, że mieszkańcy Bliskiego Wschodu w każdym negatywnym zjawisku, które ich dotykało upatrywali zewnętrznych wpływów. Celnie określił to jako „najwyższą formę narcyzmu”. Zjawisko to jest niezmienne. Mimo że Barack Obama dalece zmienił swoje podejście do regionu w porównaniu do swojego poprzednika…opinia o USA dziś jest gorsza niż była w czasie końcówki rządów George’a W. Busha. Wydaje się, że jest to stała tendencja i trudno wskazać jakie zachowanie USA mogłoby to zmienić. Salafici świetnie grają na tych emocjach.

„Arabskiej wiosny” nie da się oceniać jednoznacznie. Nie można jednak ukrywać pod kołdrą politycznej poprawności, że demokratyczne zmiany na Bliskim Wschodzie przysłużą się interesom państw zachodu i regionalnej stabilności. To autokraci potrafili zwalczać terror i radykalne ruchy, co Zachodowi było na rękę. Demokratyzacja to proces pożądany, tylko że jej plonów nie zbierzemy prędko. Znacznie wcześniej możemy ujrzeć na Bliskim Wschodzie kolejną teokrację…

Mateusz Grzywa