USA: okręt za 7 mld dolarów przyszłością marynarki wojennej

Strategia dominacji USA na morzu musi kosztować. Stany nie zawahały się przeznaczyć 7 mld dolarów na zaledwie jeden okręt i planują zakup kolejnych statków tego typu. Czy to dobra inwestycja?

USS Zumwalt (Wikimedia Commons-CC)
USS Zumwalt (Wikimedia Commons-CC)

W kraju, w którym przerywa się jedyny program budowy istotnego okrętu wojennego, jakim miała być fregata Gawron (budowana ponad 10 lat kosztem 400 mln zł), pisanie o marynarce wojennej jest czymś abstrakcyjnym. Niemniej warto obserwować światowe trendy, w szczególności jeśli wyznacza je najpotężniejsza dziś flota Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy Polska poskąpiła 1 mld zł na zakup i montaż wyposażenia do Gawrona, USA nie zawahają się przeznaczyć 7 mld dolarów na jeden okręt, którym będzie niszczyciel typu Zumwalt.

Żeby uświadomić sobie skalę kosztu tego okrętu należy przytoczyć kilka liczb: 7 mld $ to, w przeliczeniu po aktualnym kursie NBP (3,34 zł) ponad 23 mld zł; budżet MON w roku 2012 wynosi 29,5 mld zł; wydatki na modernizację techniczną to nieco ponad 7 mld zł, z czego 5,6 mld zł ma zostać przeznaczone na zakup uzbrojenia. Teraz nieco łatwiej zrozumieć, jak drogi będzie niszczyciel DDG-1000 (Zumwalt).

Od razu należy dodać, że również Amerykanie musieli drastycznie ograniczyć program budowy Zumwaltów. Pierwotnie planowali skonstruowanie 32 okrętów, a powstaną zaledwie trzy. To i tak lepiej niż Gawron, który miał mieć sześciu kolegów, a ostatecznie nie uda się zwodować nawet pojedynczego okrętu.

Przyszłość floty nawodnej

Dlaczego koszt jednego okrętu jest tak astronomicznie wysoki? Technologia musi kosztować. A Zumwalt będzie najnowocześniejszym okrętem wojennym na świecie: ma być niewidzialny dla radarów oraz korzystać, oprócz standardowego uzbrojenia, z działa kinetycznego. Pocisk wystrzelony z takiego działa mógłby osiągnąć prędkość ośmiokrotnie większą od prędkości dźwięku. Niepotrzebna byłaby wielka masa pocisku, tak samo jak głowica bojowa. Zniszczenie siałaby energia kinetyczna pocisku. Połączenie niewielkiej masy pocisku z dużą prędkością pozwoliłoby na atakowanie celów oddalonych od okrętu nawet o 300 mil morskich (555 km).

Przy tym wszystkim trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Zumwalt nie spełni swojego podstawowego celu, jakim było przejęcie roli podstawowego niszczyciela US Navy. Tę rolę nadal spełniać będą okręty typu Arleigh Burke. Weszły one do użycia w 1991 roku, a obecnie w służbie znajdują się 62 takie okręty. Oprócz standardowej roli niszczycieli pełnią one, wraz z krążownikami rakietowymi typu Ticonderoga, istotną rolę w ramach systemu Aegis, zapewniając morski komponent systemu tzw. tarczy antyrakietowej.

Tymczasem Zumwalt ma być raczej wsparciem dla działań przybrzeżnych, niż klasycznym niszczycielem. Patrząc na specyfikację DDG-1000 i liczbę zamówionych okrętów można stwierdzić, że jest to przede wszystkim próba sprawdzenia w praniu (w boju, do czego najpewniej dojdzie) działania wielu przełomowych technologii. Kosztowny to eksperyment – przypomnę, iż jeden okręt to koszt rzędu 7 mld dolarów – jednak z punktu widzenia technologicznego warto doprowadzić go do końca. Zumwalt ma bowiem wszelkie zadatki na wyznaczenie kierunku rozwoju floty nawodnej w najbliższych dekadach.

Właściwy kierunek?

Z drugiej strony od razu pojawia się pytanie: czy USA zaryzykują użycie Zumwaltów w prawdziwym boju, w którym zawsze istnieje możliwość zatopienia okrętu? Anonimowy chiński admirał stwierdził, że do posłania na dno kosztującego miliardy dolarów okrętu wystarczy kilka łodzi motorowych wypełnionych materiałami wybuchowymi. W tym miejscu warto przypomnieć, że intensywnie z łodzi motorowych korzystają chociażby Irańczycy na wodach Zatoki Perskiej. Nietrudno wyobrazić sobie euforię mułłów w Teheranie po zatopieniu pływającego pod banderą Wielkiego Szatana cudeńka kosztującego fortunę.

Z militarnego punktu widzenia można poddawać w wątpliwość sensowność wydawania tak ogromnej kwoty na pojedynczy okręt. Jest to jednak odwieczna walka dwóch wartości: ilości z jakością. Czy lepiej skonstruować 3-4 niszczyciele Arleigh Burke czy jednego Zumwalta? Czy lepsza jest flota liczniejsza, czy mniejsza, ale złożona z bardziej zaawansowanych technologicznie okrętów? Czy w epoce dynamicznego rozwoju alternatywnych sposobów prowadzenia walki z profesjonalnymi siłami zbrojnymi zasadne jest konstruowanie bardzo drogiej i zaawansowanej broni?

Historia nie daje tu jednoznacznej odpowiedzi, chociaż można doszukać się istotnych wskazówek. Podczas II wojny światowej to Niemcy dysponowali uzbrojeniem o największym zaawansowaniu technologicznym, jednak przegrali w starciu z przeważającą ilością alianckiego sprzętu. Podczas I wojny światowej kilka flot posiadało okręty tak kosztowne i zaawansowane (oczywiście odpowiednio do realiów) jak Zumwalt – były to drednoty i superdrednoty. W większości nie brały one udziału w poważniejszych walkach. Nie tylko nie dochodziło do wielkich bitew morskich, lecz admiralicje obawiały się utraty drogich okrętów.

Czy Zumwalt będzie drednotem XXI wieku? Czy, podobnie jak XX-wieczne konstrukcje, da impuls do morskiego wyścigu zbrojeń regionalnych mocarstw? Amerykanie planują wprowadzenie pierwszego DDG-1000 do służby w 2014 (względnie 2015) roku. Mniej więcej 100 lat temu, w przededniu pierwszego ogólnoświatowego konfliktu, wchodziły do służby drednoty Wielkiej Brytanii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych i Japonii.

Piotr Wołejko