O istocie wojny. Ludzie zabijają się. Z dwóch stron

Baszar al-Assad zabije tyle osób, ile będzie potrzebował, jeżeli dzięki temu będzie mógł utrzymać się przy władzy. Ale czy moglibyśmy spodziewać innego postępowania po komukolwiek uczestniczącemu w konflikcie zbrojnym? Taka jest przecież natura wojen.

Źródło: Flickr-Wasfi Akab-CC
Źródło: Flickr-Wasfi Akab-CC

Co łączy starożytną wojnę perską z wojną w Iraku, Afganistanie, Libii czy wojną domową w Syrii? Mianowicie wszędzie giną ludzie, a jednocześnie w szeroko rozumianej kulturze przyjęło się, iż z jednej strony obserwujemy podłych barbarzyńców, gotowych na wszystko (Kserkses, Saddam Hussajn, talibowie, Muammar Kaddafi i Bashar al-Assad), a z drugiej bohaterów walczących o wolność i demokrację (Leonidas, Amerykanie, opozycja syryjska i libijska itd). Nasi przeciwnicy to diabeł wcielony, a my jawimy się jako uosobienie anioła oraz nadzieja ludzkości Kiedy najemnik Kaddafiego gwałci kobietę jest zbrodniarzem, a kiedy robi to amerykański żołnierz w Iraku też to krytykujemy, mówiąc o trudach wojny, wyjątkowej sytuacji psychicznej i nadużyciu albo zamiatamy sprawę pod dywan. Zasadnicze pytanie brzmi jednak, czy z perspektywy tej kobiety istnieje jakakolwiek różnica, kto dokonuje na niej gwałtu? Czy Bundeswehra bombardująca przypadkiem wioskę w Afganistanie różni się czymś – z perspektywy ofiar – od szyickich terrorystów zabijających niewinnych ludzi na bazarze w Bagdadzie?

Zarówno w Iraku, Afganistanie, Libii, jak i Syrii. Społeczeństwo ma “odczuwać”, ze wspieranie jednej ze stron jest aksjologicznie legitymowane. W rzeczywistości chodzi jednak o realizowanie swojego interesu, a prawa człowieka to raczej jedynie element Public Relations. W Libii nie doszło by do żadnych zmian, gdyby nie interwencja NATO i pomoc dla rebeliantów. A że na ich czele stał były minister sprawiedliwości (!) z czasów Kaddafiego w latach 2007-2011, Mustafa Abdul Jalil – cóż z tego? Kilka miesięcy temu – już po pokonaniu Pułkownika – w sieci krążył filmik, na którym widać czarnoskórych ludzi, podejrzewanych o bycie najemnikami Kaddafiego, zamkniętych w klatce, którym każe się trzymać w buzi flagę libijską. Aż przypomina się dowcip o Stalinie – a mógł zabić! Nie rzecz w tym, że w Libii nadal łamie się prawa człowieka – to nic sensacyjnego, ale jednocześnie po obaleniu Kaddafiego skończyło się zainteresowanie mediów i polityków przestrzeganiem praw, które miały być podstawą ingerencji w wewnętrzne sprawy Libii.

Wojnę wygrywa silniejszy, a nie ten, kto ma moralną rację. Silniejszy z reguły wygrywa też dlatego, że jest w stanie zabić/ranić/wystraszyć swojego przeciwnika, a nie ze względu na popisy oratorskie. Oczywiście, takie elementy jak poparcie ludności mają olbrzymie znaczenie, ale co do zasady wojna polega na walce i zabijaniu swoich wrogów. Robią tak obie strony konfliktu, bo tutaj podział na siły dobra i siły zła nie ma zastosowania, gdy jedni i drudzy mordują niewinnych cywilów, chociażby przypadkiem.

Przenieśmy się zatem do Syrii. Assad to bezwzględny prezydent i zabije tyle osób, ile będzie potrzebował, jeżeli dzięki temu będzie mógł utrzymać się przy władzy. Nie chce tez podzielić losu Kaddafiego. Niewątpliwie nie ma nic przeciwko torturowaniu i zabijaniu opozycjonistów, w tym dzieci. Stale z nimi walczy, używając wojska, nie wyłączywszy snajperów i helikopterów. Cierpią także niewinni ludzie. Liczba ofiar jest nie do oszacowania. ONZ podaje 16 tysięcy ludzi, jednak nie ma w tej sprawie wiarygodnych źródeł. Przeciwnikom Assada – na podstawie których doniesień prowadzi się obliczenia – zależy na maksymalnej zwiększeniu tej liczby, zaś reżimowi Assada odwrotnie. Ile było ofiar w Tremseh? Wiarygodnie odpowiadając – nie wiadomo.

Jednocześnie jednak – w relacjach prasowych – przeciwko rządowi syryjskiemu staje armia nieuzbrojonych, pokojowo nastawionych opozycjonistów, których prezydent Assad masakruje. Nie zapala się nikomu “lampka”? Zaraz, to oni mu czym odpowiadają? Niczym Anglicy w 1939 roku bombardują żołnierzy i ludność cywilną ulotkami, dzięki czemu trwają zażarte walki? Państwa Zatoki Perskiej zapowiedziały już dawno pomoc finansową dla opozycji. Przecież oni nie kupują im kartek i długopisów do pisania wierszy, a broń. Gdy czytam, że trwają walki w Damaszku i opozycjoniści bronią się, to przecież oni nie bronią się przy pomocy kijów. W Syrii trwa regularna wojna domowa i ofiary – w postaci ludności cywilnej – padają z dwóch stron. Przypuszczam, że podobnie jest z pogromami na tle religijnym. Różnica polega jedynie na tym, że nasze media relacjonują je tylko z jednej strony, podobnie jak media rządowe w Syrii. Assad rzeczywiście nie cofnie się przed masakrą swoich przeciwników, ale jego przeciwnicy, choć maja na swoim koncie niewątpliwie mniejsze “osiągnięcia”, również są bezwzględni i żądni zemsty. Trudno zresztą robić opozycji zarzutu z tego, że się bronią przed anihilacją – nie należy jednak ich przesadnie uszlachetniać, bo to nie jest walka Assada z cywilami, a z uzbrojoną opozycją, walczącą o władzę i jego likwidację. Tutaj należy wspomnieć, ze rebelianci stają się coraz silniejsi, a Assad słabnie.

Jedni i drudzy mogą więc powitać w piekle. Piekło stworzył obecny reżim Assada, ale obie strony znają zasady gry i w niej uczestniczą, celem pokonania przeciwnika – dosłownie i w przenośni – po trupach. Głównym pragnieniem Zachodu, Turcji, państw Zatoki Perskiej, podobnie jak Rosji, Chin czy Iranu, nie jest zatrzymanie przemocy, a przewrócenie/utrzymanie reżimu Assada. Na rozejmie zależy chyba tylko Kofiemu Annanowi.

Walka toczy się więc o interesy polityczne, a nie o ludzkie życie. Obie strony zabijają. To w końcu wojna domowa. Nie dajmy się przekonać, że wojny na świecie to walka czystego dobra z czystym złem. Co najwyżej to może być wojna za sprawy dla nas ważne.