Meksykańska telenowela wyborcza klasy B

Pierwszy lipca 2012 roku to prawdopodobnie najważniejszy dzień w nowoczesnej historii Meksyku. Jest to dzień ważny także dla mnie, jako osoby silnie z tym krajem związanej.

Co sześć lat Meksyk wybiera pierwszą osobę w państwie, która w silnym systemie prezydenckim posiada ogromny zakres władzy. Został on nieco ograniczony na fazie przemian demokratycznych dekady lat 90., jak i po alternacji, od roku 2000. W minioną niedzielę – poza prezydentem, a także wyborami do obu izb parlamentarnych – sześć stanów wybierało: prezydentów municypalnych, deputowanych stanowych i szefów jednostek większych niż dzielnic (tzw. okręgów, które mogą w mieście Meksyk liczyć nawet do 1,800,000 mieszkańców). W 32 stanach zostały zainstalowane 142,894 punkty wyborcze, w których mogły głosować 79,454,802 osoby (ze wszystkich 112,336,538 mieszkańców Republiki).

W wyborach wystartowało czterech kandydatów: Enrique Peña Nieto (PRI, PVEM), Andrés Manuel López Obrador (PRD, PT, Convergencia), Josefina Vázquez Mota (PAN), Gabriel Quadri de la Torre (PANA).. Zgodnie z komunikatem komisji wyborczej wygrał je ten pierwszy, kandydat Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej, która rządziła Meksykiem przez większość XX wieku. Andrés Manuel López Obrador, kandydat lewicy, czeka z uznaniem wyników, twierdząc, że doszło do nadużyć wyborczych i zbierając na nie dowody. Czy może mieć rację?

Zadaniem tego tekstu nie jest optowanie za którąkolwiek z opcji politycznych, czy też wskazywanie prawdziwej lub domniemanej winy któregoś z kandydatów. Ma on ukazać perspektywę odmienną od znanej nam w Europie, perspektywę kraju w procesie demokratyzacji, w którym to systemie wiele elementów procesu wyborczego może nas jeszcze dziwić.

Proces wyborczy

Zacznijmy od podstaw. Karta do głosowania teoretycznie jest jasna i zrozumiała, logiczna i prosta w użyciu. Jednakże, każdy z kandydatów prezydenckich może mieć tyle pól do głosowania, ile partii politycznych go popiera. Co oznacza w praktyce, że kandydatka PAN ma tylko jedno pole, kandydat PRI dwa, a kandydat PRD aż trzy pola. Wynika to z głosów przyznawanych nie tylko dla konkretnego kandydata, ale także dla jednej, dwóch lub trzech jego partii, dla zachowania rejestracji wyborczej każdej z nich. Wspominam o czynnikach zwiększających trudność głosowania, bo w Meksyku jest to temat urastający do problemu. W szczególności, jeśli weźmiemy pod uwagę, że niemal 40% społeczeństwa można zdefiniować jako funkcjonalnych analfabetów, możliwości manipulacji rosną.

Zgodnie z prawem, każdy z punktów wyborczych dysponuje jedynie 750 kartami wyborczymi, co oznacza, że punktów takich jest wiele. Istnieją jednak także „specjalne” punkty, przeznaczone dla osób przebywających poza swoimi okręgami wyborczymi, w innych municypiach, stanach, regionach Meksyku. Niedzielny proces wyborczy ukazał po raz kolejny, że osoby, które nie są zarejestrowane w miejscu zamieszkania, bądź znajdują się rzeczywiście w podróży, dysponują bardzo ograniczoną realną możliwością głosowania. Karty wyborcze w tych punktach nie starczyły nawet dla połowy wszystkich osób, czekających w niebotycznych kolejkach. Co więcej, manifestacja osób, które nie mogły, a chciały głosować, rosła przed IFE (Federalny Instytut Wyborczy) przez cały dzień. Rzecz jasna, wielkość punktów wyborczych jest przeznaczona dla osób rzeczywiście mieszkających w danym okręgu, by zapobiec oszustwom wyborczym i móc rzeczywiście kontrolować proces wyborczy.