Trudna transformacja ustrojowa na przykładzie Egiptu

Powolność zmian ustrojowych w Egipcie aż kole w oczy. Niestety, niewiele można na to poradzić. I dobrze! – to normalna cecha transformacji ustrojowej.

Zgromadzeni na Placu Tahrir zwolennicy Morsiego cieszą się z jego wygranej (Flickr: Jonathan Rashad-CC)
Zgromadzeni na Placu Tahrir zwolennicy Morsiego cieszą się z jego wygranej (Flickr: Jonathan Rashad-CC)

Rewolucja i transformacja ustrojowa to poważna sprawa. W końcu zmieniamy kraj od fundamentów aż po dach, używając budowlanej metafory. Po drodze musimy pokonać mnóstwo przeszkód: brak funduszy, niedobór materiałów i niesprzyjającą pogodę. W międzyczasie załatwiamy podłączenie mediów, porządkujemy papiery i zakładamy księgę wieczystą. Wszystko to trwa długo, jest kosztowne, a nierzadko przyprawia nas o białą gorączkę.

Dziś, w epoce natychmiastowego przepływu informacji, wszyscy oczekują, że sprawy będą załatwione niezwłocznie, już, teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do niebotycznych rozmiarów rozdmuchuje się każdą wypowiedź pośledniego gracza politycznego, aktywisty czy komentatora. Tymczasem, chociaż niektórym nie mieści się to w głowie, nic nie dzieje się tak szybko. Nakręcona spirala emocji i nadziei jest natomiast świetnym materiałem filmowym, który zdobi czołówki dzienników na całym globie. Przypadkowi przechodnie czy demonstranci zawsze z chęcią wypowiedzą się do kamery, a ich przekaz zamyka się najczęściej w jednym z dwóch słów: radość albo zawód.

Zbyt szybkie tempo

O ile pierwsza wojna w Zatoce w 1991 roku była pierwszą wojną epoki telewizyjnej, o tyle arabska wiosna, w szczególności w Egipcie, jest pierwszą rewolucją epoki mediów 24/7, gdzie istotną rolę odgrywa Internet. Postęp technologiczny tak dalece wyprzedził realia społeczno-polityczne, że powolność postępów rewolucji bądź transformacji ustrojowej aż kole w oczy. Niestety, niewiele można na to poradzić.

Opozycja, prześladowana przez dawny reżim, nie stworzy nagle kwitnącej i różnorodnej sceny politycznej. Szerokie masy społeczne, nieznające innych realiów niż reżimowe, nie staną się nagle światłym zapleczem popierającym daleko idące reformy, nie mówiąc już o wprowadzeniu demokracji. Funkcjonariusze dawnego reżimu, jego establishment, nie straci nagle wszystkich wpływów i możliwości, zdobytego kapitału i tzw. teczek, czyli papierów/haków na opozycjonistów i swoich kolegów. Wiedza jest często cenniejsza od pieniędzy.

Jeśli weźmiemy powyższe pod uwagę, spojrzymy na wydarzenia w Egipcie z większym dystansem. Co z tego, że opóźniono o kilka podanie do publicznej wiadomości wyników drugiej tury wyborów prezydenckich? Nic. Zupełnie nic. Kto oglądał konferencję prasową komisji wyborczej musiał przecierać oczy ze zdumienia. Władza tłumaczyła przez długie minuty bardzo szczegółowe zagadnienia. Ta sama władza dwa lata temu nie musiała się nikomu z niczego tłumaczyć.

Owszem, rozwiązanie parlamentu (decyzja sędziów) i wprowadzenie poprawki do konstytucji (przez wojsko) przyznającej armii dodatkowe uprawnienia muszą martwić. Jednak nie wszystko zawsze się udaje. Być może konieczny jest krok wstecz, by móc wykonać dwa kroki do przodu. Czy generałowie próbują powstrzymać transformację? Oczywiście! Czy ktoś mógł mieć co do tego wątpliwości? Armia włada Egiptem od kilku dekad i parę miesięcy protestów na placu Tahrir z pewnością nie wstrząsnęło generałami na tyle, by w popłochu zrezygnować z przywilejów. Spójrzmy, jak opornie idzie analogiczny proces w Turcji, gdzie armia nie rządziła wprost (poza krótkimi okresami), jednak ograniczała swobodę wyboru eliminując pewne ugrupowania.

Chwała Bractwu?

Nowym prezydentem Egiptu został reprezentant Bractwa Muzułmańskiego Mohamed Morsi. Wykształcony w USA inżynier miał kilka wielce kontrowersyjnych wypowiedzi, jak chociażby tą, w której ograniczał prawo do ubiegania się o prezydenturę dla mężczyzn wyznających islam. Teraz prezentuje się już z innej, o wiele łagodniejszej strony. Udaje czy i on przechodzi przez proces transformacji? Czy jego koledzy z Bractwa są zdolni stworzyć rząd pozbawiony religijnych skrajności, który będzie tolerował różnice poglądów?

Wiele osób obawia się, że Bractwo Muzułmańskie będzie dążyło do islamizacji Egiptu i wprowadzi wiele ograniczeń znanych z irańskiej teokracji. W obawie przed Braćmi ci ludzie są gotowi w dalszym ciągu popierać rządy wojska. Tymczasem warto spytać, czy istnienie Bractwa nie jest jednak błogosławieństwem dla Egiptu i jego nowej, być może bardziej demokratycznej przyszłości. Bracia są jedyną zorganizowaną siłą, z którą wojsko musi się liczyć. Porozbijana opozycja w postaci świeckich, liberalnych partyjek nie tworzy dla armii żadnej przeciwwagi. Te grupy dopiero tworzą struktury, werbują ludzi, tworzą podwaliny pod szeroką działalność. A Bractwo już tu jest, gotowe do działania od pierwszego dnia.

Kto wie, jak wyglądałaby transformacja w Polsce, gdyby naprzeciw komunistów z Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele nie stała Solidarność, a niewielkie grupki skłóconych ze sobą liderów poszczególnych środowisk? Czy w ogóle doszłoby do okrągłego stołu i stopniowego przekazywania władzy? Komuniści mogliby zgodnie z prawdą mówić, że nie mają partnera do dyskusji. A Solidarność też była nierzadko uważana za radykalną i groźną dla przyszłości państwa. Wiadomo, że między Bractwem a Solidarnością jest zdecydowanie więcej różnic niż podobieństw, lecz pewne analogie są ponadczasowe i ponadnarodowe.

W przypadku Egiptu i pozostałych państw, które zmienia arabska wiosna, należy zachować dystans i uważnie obserwować wydarzenia. Nie powinniśmy poddawać się presji szukających sensacji mediów. Transformacja musi potrwać. O tym, czy będzie udana, dowiemy się najpewniej za kilka lat.

Piotr Wołejko