Ukraina: między Tymoszenko a bojkotem

Nie ulega wątpliwości, iż wyrok skazujący i kolonia karna dla Julii Tymoszenko były dużymi krokami za daleko. Ukraina jednocześnie pokazała jak daleko jest jej do Unii, a zwłaszcza do spełnienia tzw. kryteriów kopenhaskich. Prawo na Ukrainie stosowane jest selektywnie i wtedy, gdy życzy sobie tego obecna władza – na czele z Wiktorem Janukowyczem. Julia Tymoszenko niewątpliwie nie jest wcieleniem cnót wszelakich, jednakże decyzja Partii Regionów zadziwiła nawet Władimira Putina i na usta aż ciśnie się – chociaż jeszcze nieśmiało – porównanie z Michaiłem Chodorkowskim, który również pojechał sobie na długoletnią kolonię…

W tle pojawiają się dwa tematy „europejskie”. Umowa stowarzyszeniowa Unii Europejskiej z Ukrainą oraz Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w Polsce i na Ukrainie. Pierwszy temat jest jak najbardziej aktualny. Umowa stowarzyszeniowa została wynegocjowana już parę miesięcy wcześniej i miała być perłą w koronie polskiej prezydencji. Wyrok skazujący na Tymoszenkę storpedował ten plan i układ nie został podpisany do dziś. Trzydziestego marca doszło jedynie do parafowania umowy, czyli … złożenie podpisu potwierdzającego autentyczność dokumentu. Unia Europejska – przynajmniej na dziś – nie zamierza pójść o krok dalej tłumacząc to problemami Ukrainy z praworządnością. W efekcie integracja Ukrainy stoi w miejscu, a rozgrywka wokół byłej premier Tymoszenko trwa. Czy została pobita przez strażnika? Jaką należy jej zapewnić pomoc? W tych warunkach Ukraina oddala się od Europy i trudno oczekiwać, aby ktoś Janukowycza nagradzał w zamian za siarczyste policzki wymierzane w ten sposób Europie. W październiku na Ukrainie odbędą się wybory parlamentarne i do tego czasu na pewno umowa stowarzyszeniowa nie wejdzie w życie. Inna sprawa, że wśród grup państw AKP (Afryka-Karaiby-Pacyfik), mających umowę stowarzyszeniową, również nie znajdują się państwa o krystalicznie demokratycznych systemach (m.in. Zimbabwe, Erytrea, Somalia)

Jednocześnie – zwłaszcza w Niemczech – pojawiła się kwestia bojkotu Euro 2012, ze względu na łamanie praw człowieka przez … polityków. Idea wydaje się szczytna, punkty u wyborców łatwe do zdobycia, ale taka operacja – naturalnie poza pozyskiwaniem głosów – ma niewiele wspólnego z przedstawianymi celami. Powiedzmy sobie szczerze – kogo interesuje czy Angela Merkel pojawi się na meczu? A Barroso? A władze holenderskie z rodziną królewską? Przeciętny człowiek nie zwróci na to uwagi – co innego, gdyby na boisku zabrakło, z powodów politycznych, reprezentacji Niemiec i Holandii. Tak, to byłby rzeczywisty bojkot. Kto jednak się ze mną założy, że ani Niemcy ani Holendrzy się na to nie zdecydują? Oczy świata nie będą przecież skierowane na trybuny, a na piłkarzy. Istnieje też druga możliwość – odebrania organizacji imprezy Ukrainie, ale trudno oczekiwać, aby zgodziła się na to UEFA, która – raz na cztery lata – na takim turnieju zarabia miliard euro. Bojkot to był w 1980 roku w czasie Igrzysk Olimpijskich w Moskwie, gdy kilkadziesiąt państw zdecydowało się pozostawić swoich sportowców w domu, a nie na Ukrainie, gdzie – prawdopodobnie – nie będzie Angeli Merkel i Jose Manuela Barroso. Z punktu widzenia kibica – czy oni będą na stadionie, w Dubaju czy na grillu rodzinnym – to bez wielkiej różnicy. To tylko gest, choć wygląda na szlachetny to bez większego znaczenia.

Pozostaje jeszcze inne sprawa – na to jak pusty jest ten dzwon wskazuje bezproblemowość, z jaką światowi przywódcy uczestniczyli w ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Pekinie, oskarżanym nieustannie o łamanie praw człowieka, a także fakt, iż zimowe igrzyska w Soczi, podobnie jak MŚ w piłce nożnej w 2018 w Rosji, nie są dla nikogo żadnym problemem, pomimo „niedociągnięć” w demokracji tego kraju, opozycjonistach w więzieniach, a obrońcach prawa człowieka nawet czasami na cmentarzach. Realpolitik i trudno politykom się dziwić, bo dbają o interes własnego państwa, ale nie spodziewajmy się za wiele od „bojkotu” Euro 2012. Jeżeli ktoś chciałby rzeczywiście postraszyć Janukowycza – a nie jedynie zademonstrować dezaprobatę – to wycofałby swoje drużynę złożoną z gwiazd albo doprowadził do odebrania organizacji turnieju. To by obecne władze ukraińskie zabolało dużo mocniej.