Iran i Arabia Saudyjska w sporze o Bahrajn

Rywalizacja o dominację w regionie Zatoki Perskiej między szyickim Iranem, a sunnickimi państwami Półwyspu Arabskiego przybiera na sile. Teheran z dużym niepokojem spogląda przede wszystkim na plany pogłębienia integracji w ramach Rady Państw Zatoki.

Integracja Państw Zatoki Perskiej

Choć wbrew oczekiwaniom na poniedziałkowym spotkaniu Rady Państw Zatoki nie padły żadne deklaracje odnośnie integracji politycznej, ustanowienie w najbliższym czasie unii między pogrążonym w chaosie Bahrajnem, a Arabią Saudyjską wydaje się być więcej niż prawdopodobne. Unia miałaby obejmować przede wszystkim sfery polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz gospodarki, a jej głównym celem byłoby stworzenie przeciwwagi dla rosnących wpływów Iranu w regionie.

Do głębszej integracji arabskich państw Zatoki dąży przede wszystkim Arabia Saudyjska, która nie jest w stanie pogodzić się z utratą pozycji regionalnego lidera na rzecz Iranu. Takie rozwiązanie bez wątpienia wydaje się być atrakcyjne również dla sunnickich władców Bahrajnu, którzy – gdyby nie interwencja wojskowa saudyjskich wojsk – pewnie dawno temu podzieliliby los Kaddafiego, Saleha czy Mubaraka. Dla nich opieka Arabii Saudyjskiej jest właściwie jedynym gwarantem utrzymania władzy w kraju zdominowanym przez wrogich im szyitów.

Jak na razie strach przed integracją jest jednak silniejszy, więc jakiekolwiek decyzje w tej materii odłożono do kolejnego spotkania, które odbędzie się w grudniu. Najprawdopodobniej współpraca między Rijadem, a Manamą będzie się w tym czasie coraz bardziej zacieśniać, ale dopóki nie będzie to konieczne, jej zakres będzie starannie ukrywany, żeby nie zaogniać sytuacji na zrewoltowanych ulicach Bahrajnu.

Irańska odpowiedź

Zza wód Zatoki arabskim planom integracji uważnie przyglądają się irańscy politycy. Na poniedziałkowym posiedzeniu madżlesu parlamentarzyści przyjęli uchwałę, w której potępiają plany stworzenia unii saudyjsko-bahrańskiej. Trudno się im dziwić: Iran od lat ma chrapkę na leżącą u południowych wybrzeży Zatoki Perskiej wyspę, która niegdyś wchodziła w skład jego terytorium, lecz później została skolonizowana przez Brytyjczyków. W latach 50. XX wieku władze w Teheranie posunęły się nawet do uznania Bahrajnu za jedną ze swych prowincji (ostanów), lecz ostatecznie w 1971 r. poniechał jakichkolwiek pretensji.

Po rewolucji islamskiej Teheran nie wysuwał już bezpośrednich roszczeń, jednak o Bahrajnie nie zapomniał. Wykorzystując fakt, że większość bahrańskiej populacji wyznaje szyizm (w odróżnieniu od swoich sunnickich władców, a tak jak przeważająca część Irańczyków), starał się umacniać w niej idee chomeinistowskiej rewolucji i budować siatkę wpływów, z której dziś w pełni może już korzystać.

W poniedziałek jeden z parlamentarzystów określił wycofanie przed 30 laty roszczeń do wyspy jako dokonaną przez szacha zdradę, lecz zdecydowanie dalej posunął się Ali Laridżani, marszałek madżlesu, jeden z najważniejszych polityków w kraju i zaufany człowieka Najwyższego Przywódcy. Odnosząc się do kwestii ustanowienia unii, Laridżani stwierdził, że “jeśli Bahrajn miałby połączyć się z jakimkolwiek innym państwem, powinien nim być Iran, a nie Arabia Saudyjska”. Powiedział również, że „Bahrajn nie będzie łatwym kąskiem dla Arabii

Kij i marchewka dla małych państw Zatoki

Tak poważna deklaracja, właściwie niemal groźba z ust jednego z najbardziej prominentnych osobistości irańskiej sceny politycznej pokazuje determinację Teheranu w walce o wpływy w regionie Zatoki i potwierdza zmianę polityki wobec najbliższych sąsiadów. Relacje z nimi od lat naznaczone były dwuznacznością: z jednej strony Iran podkreślał pokojowy charakter prowadzonej przez siebie polityki, z drugiej zaś – często równocześnie dążył do ich destabilizacji dzięki rozbudowanej siatce nieformalnych wpływów.

W dużej mierze dzięki wysiłkom poprzedniego prezydenta, reformisty Mohammeda Chatamiego, z większością państw Zatoki Iran utrzymuje całkiem poprawne, choć niepozbawione wzajemnej nieufności, stosunki dwustronne. Odkąd jednak urząd prezydenta sprawuje Ahmadineżad, jednoznacznie konfrontacyjna polityka względem Zachodu i jego sojuszników przybrała na sile, wpływając negatywnie na te relacje.

Bahrajn, jako zamieszkiwana głównie przez szyitów była irańska prowincja, a zarazem jeden z najważniejszych sojuszników USA w regionie, na którego terenie znajduje się baza amerykańskiej V floty, naturalnie stał się jednym z głównych punktów sporu między krajem ajatollahów, a jego arabskimi sąsiadami. Ani Iran, ani Arabia Saudyjska, nie może sobie pozwolić na utratę takiego terytorium, jednak być może żadne z nich nie będzie również w stanie poświęcić wystarczająco wiele, aby podporządkować je sobie kosztem przeciwnika. Co więcej, dla obu stron byłoby to zaledwie pyrrusowym zwycięstwem: w razie ustanowienia unii bahrańsko-saudyjskiej Saudowie mieliby kłopoty z utrzymaniem porządku w zrewoltowanym kraju, zaś jakakolwiek agresja ze strony Teheranu łatwo stałaby się pretekstem do siłowego rozwiązania wszystkich problemów, jakie kraj ten stwarza społeczności międzynarodowej.

Konsekwencje unii dla Iranu

Pogłębiona integracja w ramach Rady Państw Zatoki to dla Iranu bezpośrednie zagrożenie podstawowych interesów, godzące jednak również w jego ponadregionalne aspiracje. Unia między Arabią Saudyjską, a Bahrajnem byłaby więc dlań ciosem o ogromnym znaczeniu – nie tylko politycznym, ale przede wszystkim propagandowym, który osłabiłby jego wpływy i podkopał pozycję na arenie międzynarodowej.

Ostatnie dziesięć lat przyniosło Iranowi pasmo mniejszych i większych sukcesów na arenie międzynarodowej, które sprawiły, że dziś to w Teheranie, a nie w Rijadzie, pociąga się za sznurki w najważniejszych wydarzeniach na Bliskim Wschodzie. Utrata wpływów w Bahrajnie byłaby pierwszą dotkliwą porażką Iranu od lat, do tego taką, która podrażniłaby ego wielu Irańczyków, którzy do dziś nie pogodzili się z niepodległością tego kraju. Państwo ajatollahów na pewno nie zostawiłoby kwestii unii bahrańsko-saudyjskiej bez odpowiedzi, pytanie tylko, ile byłoby w stanie dla jej zapobieżenia poświęcić.