Azawad: kolejna przystań terroryzmu?

Azawad, niepodległe, choć nieuznawane przez społeczność międzynarodową, państwo Tuaregów w Zachodniej Afryce, zaczyna pod wieloma względami niebezpiecznie przypominać Afganistan lub Jemen.

Tuarescy rebelianci z MNLA (Zdjęcie: mnlamov.net)
Tuarescy rebelianci z MNLA (Zdjęcie: mnlamov.net)

W sobotę 26 maja przywódcy dwóch głównych grup walczących z malijskim rządem ogłosili porozumienie, na mocy którego wspólnie będą sprawować władzę nad terytorium Azawadu. Grupy te – Narodowy Ruch Wyzwolenia Azawadu (MNLA) oraz Ansar Dine (Obrońcy Wiary) – dotychczas niewiele łączyło poza wspólnym wrogiem, czyli rządem w Bamako; teraz jednak połączyli siły.

Szariat w Azawadzie

Po podpisaniu porozumienia, lider Ansar Dine powiedział, że doprowadzi ono do powstania niezależnego państwa, w którym obowiązywać będzie szariat.

Jest to niespodziewany zwrot w krótkiej historii nieuznawanego państwa. Do niedawna wydawało się, że to właśnie rola islamu będzie kością niezgody między obu ugrupowaniami. MNLA określało się jako organizacja o wyrastająca z tradycji tolerancyjnego, umiarkowanego islamu z silnymi wpływami wierzeń animistycznych. Jej sojusznik, Ansar Dine to organizacja silnie fundamentalistyczna, mocno powiązana z innymi integrystycznymi ruchami muzułmańskimi w Afryce i współpracująca z Al-Kaidą Islamskiego Maghrebu (AQIM).

Deklaracja o współpracy jest odpowiedzią na niemoc władz Mali i społeczności międzynarodowej. Co prawda Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej obiecała wesprzeć militarnie rząd w Bamako, dotychczas jednak ani jeden zagraniczny żołnierz nie przekroczył malijskiej granicy. Również Zachód dotychczas nie był zainteresowany tym, co dzieje się w tym kraju i ograniczył się do werbalnego potępienia rebelii. Ogłoszona w sobotę współpraca między Narodowym Ruchem Wyzwolenia Azawadu, a islamskimi radykałami z Ansar Dine może szybko zmienić pasywną dotychczas postawę społeczności międzynarodowej.

Talibanizacja Mali?

Jeśli MNLA nie będzie w stanie trzymać w ryzach swoich fundamentalistycznych sojuszników, wkrótce Azawad stanie się epicentrum radykalizmu, z którego po regionie rozchodzić się będą coraz mocniejsze fale niestabilności.

Ze szczególnym niepokojem na sytuację w Mali muszą patrzeć Europa i USA, które zaczynają dostrzegać w Azawadzie kolejne, po Afganistanie i Jemenie, siedlisko muzułmańskiego terroryzmu. Terytorium kontrolowane przez rebeliantów – ogromne i trudno dostępne, bo w większości pustynne lub półpustynne – może być wykorzystane przez organizacje takie jak Al-Kaida Islamskiego Maghrebu do założenia swoich ośrodków treningowych. Co więcej, liderzy Ansar Dine nie ukrywają, że ich celem jest wprowadzenie szariatu co najmniej na terytorium Mali, a najlepiej – na rozniecenie islamskiej rewolucji także w sąsiednich państwach.

Obawy o talibanizację Azawadu i Mail są uzasadnione. Obrońcy Wiary jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości przez tuareskie państwo nakazali przestrzegania wytycznych szariatu mieszkańcom terytoriów kontrolowanych przez rebeliantów. W Timbuktu, mieście, które ze względu na swoją bogatą historię i niezwykle cenne zbiory afrykańskiego piśmiennictwa, zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, na początku maja islamscy fundamentaliści związani z Ansar Dine spalili zabytkowy grobowiec muzułmańskiego uczonego (“świętego”) z XV wieku, cel pielgrzymek wiernych z całego Mali. Skojarzenia z początkami kulturowej czystki, jaką w Afganistanie dokonali talibowie, a której momentem kulminacyjnym było zniszczenie posągów Buddy w Bamianie, nasuwają się same.

Czy to oznacza, że talibanizacja Azawadu, a być może nawet całego Mali, jest nieunikniona? Jak najbardziej nie. Fundamentalistyczny islam jest tworem obcym dla większości mieszkańców tego kraju, w którym dominuje swoisty synkretyzm religijny tworzący łagodną mieszankę rozmaitych wierzeń. Świadczy o tym fakt, że do spalonego przez radykałów grobowca w Timbuktu wierni pielgrzymowali ponieważ wierzyli, iż pochowany w nim święty (przypomnijmy: muzułmański) potrafi wywoływać deszcz…

Ansar Dine kontra Ansar Dine

Kult świętych podsyca dodatkowo tradycja suficka, z której w dużej mierze wyrasta malijski islam, a stosunkowo liberalni religijni kaznodzieje cieszą się ogromną estymą. Spośród nich największym szacunkiem otaczany jest Sheikh Madani Haidara, który jest zagorzałym przeciwnikiem wprowadzenia szariatu i opowiada się za jak najszerszą tolerancją religijną. Niezwykłym paradoksem jest to, że właśnie od założonej przezeń lata temu organizacji skupiającej jego zwolenników – Ansar Dine – muzułmańscy radykałowie zapożyczyli nazwę własnego ugrupowania.

Tak więc dziś w Mali o rząd dusz walczą dwa Ansar Dine – jeden liberalny, znacznie popularniejszy (ok. 1 mln członków), działający jednak głównie na gęściej zaludnionym południu kraju, oraz drugi, radykalny i fundamentalistyczny, którego działalność skupia się w Azawadzie, a liczebność jest bardzo ograniczona.

Choć dysproporcje w popularności obu ruchów wypadają na korzyść zwolenników tolerancji religijnej, główną bronią muzułmańskich fanatyków jest ich zajadłość i bezwzględność, które może pomóc im zwyciężyć w tej walce. Dokładnie tak samo stało się w połowie lat 90. XX wieku w Afganistanie, gdy stosunkowo mało liczna grupka wychowanków pakistańskich medres zajęła kraj, o który walczyli potężni i zaprawieni w bojach z Sowietami watażkowie z Ahmedem Szachem Masudem na czele.

Czy Azawad, a może nawet całe Mali, czeka los podobny do Afganistanu? Tego jeszcze nie wiadomo, ale pasywna postawa Zachodu względem tego problemu wskazuje na to, że nie potrafimy uczyć się na błędach z przeszłości.

Artur Makolągwa