Zauroczenie Indiami i hipokryzja w świetle próby rakiety Agni V

Test indyjskich międzykontynentalnych rakiet balistycznych nie spotkał się z istotną reakcją ze strony Zachodu – zupełnie inaczej niż analogiczny test północnokoreański. To hipokryzja, która udaje geopolityczną kalkulację.

Pocisk balistyczny Agni-II na paradzie w 2007 r (Wikimedia/Antonio Milena/Agencia Brasil)
Pocisk balistyczny Agni-II na paradzie w 2007 r (Wikimedia/Antonio Milena/Agencia Brasil)

Indie przeprowadziły udany test rakiety balistycznej Agni V o zasięgu 5000 km. Pekin znajduje się więc w zasięgu indyjskich sił nuklearnych. Dotychczas Indie posiadały rakiety o zasięgu do 3500 km. Po zakończonej sukcesem próbie New Dehli dołącza do ekskluzywnego grona posiadaczy interkontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) – Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji i Chin. Paradoksalnie, wcale mnie to nie cieszy. Wręcz przeciwnie, martwi mnie hipokryzja, która udaje geopolityczną kalkulację.

Obłaskawianie Indii

Warto zwrócić uwagę na fakt, iż indyjski test nie spotkał się z istotną reakcją ze strony Zachodu. Zupełnie inaczej niż niedawny, nieudany, analogiczny test północnokoreański. Zachód uważa bowiem Indie za cennego sojusznika w globalnej układance i pokłada w New Dehli wielkie nadzieje. Przede wszystkim jako przeciwwagę dla Chin. W związku z tym Indiom można wybaczyć wiele, zbroić je bez przeszkód (wobec embarga na zachodnią broń dla Chin) i akceptować poważne grzechy przeszłości (amerykański układ dotyczący cywilnego programu nuklearnego), czyli skonstruowanie broni jądrowej poza reżimem traktatu NPT.

Wspomniany układ pomiędzy Indiami a USA pozwala Indiom określać, które instalacje nuklearne są cywilne, a które wojskowe, a więc decydować, gdzie mają dostęp inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA). Jest to nic innego jak usankcjonowanie Indii jako pełnoprawnej potęgi jądrowej. Podnosi to prestiż Indii i winduje ten kraj do globalnej pierwszej ligi. A także do klubu „dobrych” potęg jądrowych, w przeciwieństwie do Pakistanu, który ma na pieńku z Indiami (chociażby Kaszmir), i który nie doczekał się uznania swego atomowego statusu. Pakistan zwraca zresztą uwagę, iż układ Indie-USA w istotny sposób zmienił regionalny układ sił na niekorzyść Islamabadu.

Pakistan nie wydaje się jednak Zachodowi tak atrakcyjny jak Indie. Nie jest demokracją (od niepodległości dłużej trwały rządy wojskowych niż cywilów), jest mniejszy (terytorium, ludność, gospodarka), do tego wspiera talibów i radykalnych islamistów, nie tylko w Afganistanie. Można więc Pakistan lekceważyć, przeprowadzać na jego terytorium ataki przy wykorzystaniu samolotów bezzałogowych, a gdy nie będzie już potrzebny, porzucić (co stało się już raz, po wycofaniu ZSRR z Afganistanu).

W kontrze do Chin

Idealistyczny obraz Indii, jaki mamy na Zachodzie, jest czymś bardzo nierozważnym. A priori przyjęliśmy, iż ten kraj to nasz sojusznik; że łączy nas nie tylko podobne postrzegania świata, lecz również wspólne wartości. Jednocześnie uznaliśmy, że naprzeciw dobrych Indii stoją złe Chiny. Wiadomo, dyktatura, komuniści, uciekające miejsca pracy w przemyśle, kradzież własności intelektualnej, a ostatnimi czasy coraz śmielsze posunięcia na arenie międzynarodowej. W tej logice Indie są wielkim, sympatycznym misiem, do którego warto się przytulić i którego miło pogłaskać, natomiast Chiny są ogromnym złym smokiem, którego ognisty oddech może przypalić nam porcięta. W tej logice nie mieści się też, że Iran może rozwijać program nuklearny, a już na pewno nie to, że może posiadać broń jądrową (czego nie jestem entuzjastą, lecz nie przeraża mnie to; da się żyć z nuklearnym Iranem).

Tymczasem Indie, chociaż sprawiają dobre wrażenie, wcale nie są takie prozachodnie. Indie realizują własne interesy, a nie cudze (zachodnie) i idzie im to (głównie z nami, Zachodem) całkiem sprawnie. Wystarczy zalotne spojrzenie, a do New Dehli pędzą Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy czy Niemcy i z radością sprzedają to, co mają najlepszego. Nowoczesne technologie szerokim strumieniem płyną do Indii także z Izraela, z którym New Dehli utrzymuje bliskie relacje, w szczególności wojskowe. Pozyskanie Indii (czy też odzyskanie) dla Zachodu wydawało się wielkim gambitem Georga W. Busha (wspomniany wyżej układ nuklearny to jego osiągnięcie), a jego celem było odwrócenie rozwijającej się na niekorzyść zachodnich potęg geopolityki wschodzącej Azji.

Częściowo udało się Indie pozyskać. Wynika to jednak bardziej z ich obawy przed Chinami, które rozwijają się bardzo dynamicznie i wyprzedzają Indie o kilka długości i myślą strategicznie okrążając Indie naszyjnikiem z pereł. New Dehli potrzebuje partnerów i sojuszników, głównie w zakresie modernizacji gospodarki. Nie zamierza jednak grać w polityce międzynarodowej tak, jak zagra Zachód. Tutaj przeważa własny interes. Od negocjacji dot. wolnego handlu (runda Doha), przez negocjacje klimatyczne, po azjatycki układ sił, Indie grają pod siebie. A w dyplomacji starają się przede wszystkim zbytnio nie wychylać, tj. wypowiadać się i działać ostrożnie. W szczególności dotyczy to Chin, z którymi uwikłane są w wiele sporów – terytorialny, o wspieranie przez Pekin Pakistanu oraz o zasoby wody pitnej (chińskie plany regulacji rzek).

Złudzenie, iż Indie znajdują się w zachodnim bloku i byłyby skłonne zwrócić się przeciwko Chinom przyniosło New Dehli wymierne korzyści. Akceptacja statusu potęgi atomowej, dostęp do nowoczesnych technologii i uzbrojenia oraz pełna zgoda na rozwijanie programu rakietowego. Nie cieszy mnie to, gdyż globalne bezpieczeństwo się przez to nie poprawia. Kolejny kraj zyskuje dostęp do broni, która może potencjalnie wyrządzić poważne szkody. Zapewne i bez zachodniej akceptacji Indie osiągnęłyby postęp w zakresie ICBM, natomiast proliferacja tej technologii postępuje (wewnętrzna proliferacja) częściowo przy poklasku Zachodu.

Myśleć w dłuższej perspektywie

Gdy wspiera się taki rozwój zdarzeń jak najbardziej zasadne staje się pytanie: dlaczego innych traktujemy inaczej? Dlaczego chcemy atakować Iran? Wyolbrzymione zagrożenie ze strony Iranu to niebywała rzecz na Zachodzie. W czym i komu ten kraj zagraża? W naszej logice, jak widać, komuś zagraża. Jednak w logice Chin już niekoniecznie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A jaki będzie punkt siedzenia Indii za dekadę lub dwie? Czy nadal będą odgrywały rolę „sympatycznego misia”?

Sojusze się zmieniają, a Indie jeszcze nie tak dawno (raptem 30 lat) były dalekie od sympatii do Zachodu. Zastanawiam się, czy powinniśmy zupełnie bezkrytycznie podchodzić do rozwoju indyjskiego potencjału rakietowego. Aktualnie zdaje się nam, że ten potencjał wzmacnia nasz, zachodni system wojskowy i osłabia tym samym pozycję Chin. W dłuższej perspektywie wcale nie musi tak być (chociażby integracja w łonie BRICS, przestawienie wektorów na współpracę Południe-Południe itp.).

Piotr Wołejko