Rozszerzenie Rady Bezpieczeństwa ONZ: to nie będzie proste

O konieczności reformy ONZ od lat mówi się dużo, a o ewentualnym rozszerzeniu kategorii stałych członków Rady Bezpieczeństwa jeszcze więcej. Nic konkretnego z tego jednak nie wynika. Dlaczego jednak mimo to kolejne państwa albo dopiero startują, albo prześcigają się w wyścigu o krzesło stałego członka w Radzie?

Flaga ONZ (politykaglobalna.pl)
Flaga ONZ (politykaglobalna.pl)

Chodzi o nic innego jak prestiż, władzę i realny wpływ na to, co się dzieje na świecie. Przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać na gruncie Karty Narodów Zjednoczonych. Rada Bezpieczeństwa składa się z członków stałych (Chiny, Francja, Rosja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania) i niestałych, wybieranych na zasadzie rotacji na dwuletnią kadencję. Przy wyborze obowiązuje klucz regionalny – 5 miejsc dla Afryki i Azji, 2 Ameryki Łacińskiej, 2 Europy Zachodniej i 1 Europy Środkowej. Na dzień dzisiejszy reprezentantami z Afryki i Azji są Indie, Pakistan, Maroko, RPA i Togo.

Decyzje w ramach RB podejmowane są większością co najmniej 9 głosów, przy czym wymagana jest absolutna jednomyślność wszystkich członków stałych dysponujących prawem weta. Państwa  okresowo zasiadające w Radzie nie dysponują takimi prerogatywami, toteż ci, którzy postulują rozszerzenie składu Rady domagają się tego tylko w odniesieniu do członków stałych. Prawo weta to potężna broń, której użycie paraliżuje całkowicie pracę Rady i z której mocarstwa bardzo chętnie korzystają, nie stojąc bynajmniej na straży interesów społeczności międzynarodowej, a swoich własnych. Na początku lutego próby uchwalenia rezolucji dotyczącej Syrii nie doszły do skutku, ponieważ Rosja i Chiny skorzystały z prawa weta. Tak to w praktyce wygląda.

Kandydaci na stałych członków Rady Bezpieczeństwa

Lista kandydatów na kolejnych stałych członków Rady Bezpieczeństwa przedstawia się następująco: RPA, Nigeria, Egipt, Brazylia, Japonia, Niemcy, Indie, Włochy, Hiszpania, Portugalia, Kanada. Niektórzy do tego grona dodają jeszcze Unię Europejską. Mandat dla Unii miałby powstać na wskutek połączenia miejsca francuskiego i angielskiego w Radzie. Pomysł jest nietrafiony, ponieważ oczywiście ani Wielkiej Brytanii, ani Francji w ogóle nie śni się porzucenie wygodnych pozycji na rzecz Unii. Nie bardzo wiadomo też jak Unia miałaby przemawiać jednym głosem, skoro na łonie mniej licznej RB trudno o porozumienie.

RPA, Nigeria i Egipt utrzymują, że w Radzie powinno zasiadać państwo lub państwa z kontynentu afrykańskiego. Brazylia chce zostać przedstawicielem Ameryki Południowej. Japonia i Niemcy wskazują, że zaraz po Stanach Zjednoczonych są głównymi płatnikami ONZ, a przy okazji światowymi potęgami gospodarczymi, więc miejsce w Radzie Bezpieczeństwa im się po prostu należy. Dodatkowo Niemcy wskazują na znaczny swój udział w misjach pokojowych Narodów Zjednoczonych. Włosi i Hiszpanie uważają, że skoro Niemcy mogą starać się o miejsce w Radzie, to one też. Indie podkreślają swój potencjał, także ludnościowy, którego ich zdaniem nie należy lekceważyć.

Brazylia może liczyć na wsparcie Chin i Francji, chociaż w tym ostatnim wypadku akurat można przypuszczać, że serdeczność ze strony Francuzów podyktowana była chęcią sprzedaży Brazylijczykom nowych technologii, a serdeczność wszak nic nie kosztuje.  Na pewno nie może liczyć na pomoc ze strony Argentyny z którą konkuruje w regionie. Japonia ma za sobą swojego sojusznika, USA, a także Wielką Brytanię, ale jej kandydaturze przeciwne są Chiny. Niemców popierają niemal wszyscy pretendenci z wyjątkiem Włoch, które obawiają się wzrostu ich znaczenia. Roszczeń Portugalii nikt nie traktuje poważnie.

Nigeria, RPA i Egipt: rywalizacja o miejsce dla Afryki

W zasadzie wszyscy zgadzają się tylko  co do do tego, że w Radzie powinien być reprezentant Afryki, także ONZ stoi na tym stanowisku. Pytanie, kto miałby nim zostać? Wśród grona faworytów często wskazuje się Nigerię, a i ona sama bardzo chętnie by się widziała na stałe w Radzie. Swoje stanowisko zdradziła na  59 sesji Zgromadzenia Ogólnego NZ w 2004 roku i od tej pory nie zmieniła zdania, zmieniły się za to okoliczności i dziś w ich świetle trudno przypuszczać, by Nigeria utrzymała upragnioną nobilitację.

Z zewnątrz Nigeria sprawia wrażenia lokalnego mocarstwa, czemu zresztą trudno się dziwić. To z jej inicjatywy powstał ECOWAS (Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej), to na jej terytorium znajdują się duże złoża ropy naftowej i to ona dominuje w regionie (np. poprzez interwencję w Liberii w 1990 – większą część korpusu ECOMOG stanowili Nigeryjczycy, a i sam pomysł pochodziło od nich). To tylko pozory. Wewnątrz Nigeria targana jest konfliktami na tle politycznym i gospodarczym z ropą w tle. Do tego dochodzi jeszcze konflikt religijny między chrześcijańskim południem i muzułmańską północą oraz miejsce w pierwszej dwudziestce państw upadłych opracowywanej przez Fund for Peace. Skoro Nigeria nie jest w stanie zapewnić w własnych granicach utrzymania porządku i bezpieczeństwa, można więc podejrzewać, że i w Radzie sobie z tym nie poradzi. Sam status największego i najludniejszego państwa afrykańskiego nie wystarczy.

Na liście kandydatów z Afryki znajduje się również Egipt, ale ten w związku z przemianami wewnętrznymi, jakie w nim zachodzą od czasów arabskiej Wiosny Ludów również nie kwalifikuje się do brania pod uwagę. Zyskuje na tym RPA, największa gospodarka na kontynencie. Republika Południowej Afryki w drodze ku stałemu miejscu w Radzie Bezpieczeństwa zawiązała w 2003 roku sojusz z dwoma innymi kandydatami (Indiami i Brazylią) – IBSA (India-Brazil-South Africa). Wśród wszystkich państw Czarnego Lądu RPA wydaje się najlepszym kandydatem na stałego członka Rady, co nie znaczy jednak, że najlepszym, bo ma swoje za uszami – podobnie jak w przypadku Nigerii dochodzi tutaj do łamania podstawowych praw człowieka i ksenofobii. Mimo to lepszego kandydata po prostu nie ma.

Aspekt prawny rozszerzenia Rady Bezpieczeństwa

Jak miałoby wyglądać rozszerzenie składu Rady w praktyce? Pomysłów jest kilka. Jeden z nich, przygotowany zresztą przez Niemcy, zakładał poszerzenie składu Rady o siedem nowych państw (dwa miejsca dla Azji i Afryki, po jednym dla Ameryki Południowej, Europy Zachodniej i Wschodniej z okresem próbnym wynoszącym od 10 do 15 lat. Nie bardzo wiadomo status którego członka Rady miałyby otrzymać wchodzące do niej nowe państwa, można jednak zakładać, że w planie chodziło o status członków stałych. Inny niemiecki plan zakładał włączenie do RB 5 nowych państw – 2 z krajów uprzemysłowionych oraz 3 z państw rozwijających się, ale i ten spełzł na niczym. Propozycja Białorusi zakłada dodanie tylko jednego nowego miejsca, najlepiej państwa z Europy Wschodniej i choć nie mówi tego głośno, nie trudno się domyślić, że wśród grona kandydatów z tego regionu najchętniej widziałaby siebie. Reszta podobnie.

W teorii, na gruncie Karty NZ poszerzenie składu RB jest jak najbardziej możliwe. W praktyce może się to okazać wyjątkowo trudnym zadaniem, ponieważ wymagałoby większości 2/3 wszystkich głosów Narodów Zjednoczonych, włączając w to wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa dysponujących prawem weta. Chiny z całą pewnością zablokowałyby kandydaturę Japonii, Stany Zjednoczone – Egiptu etc.

Na tych przykładach widać wyraźnie, że uzbieranie wymaganej większości nie gwarantuje sukcesu, ponieważ sukces zależy od stanowiska mocarstw, a te nie są skore do dzielenia się władzą. Zapewnienia o poparciu dążeń innych są bardziej wyrazem dyplomatycznej kurtuazji niż rzeczywistej chęci. Mimo silnej pozycji, jaką daje prawo weta, żadne z pięciu mocarstw nie jest w stanie samodzielnie nic zdziałać – poza zawetowaniem rzecz jasna.

Taki stan rzeczy powoduje, że jakiekolwiek zmiany są wręcz niemożliwe. Do szumnie zapowiadanych planów poszerzenia Rady nie powinniśmy więc przykładać większej wagi.

Sylwia Larson