Lewicowiec Melenchon rośnie w siłę i zmienia oblicze wyborów prezydenckich we Francji

Francois Hollande do niedawna był faworytem wyborów prezydenckich we Francji, a jego pozycja na lewicy była niezachwiana. Dziś kandydat socjalistów słabnie głównie za sprawą Jeana-Luca Melenchona.

Jean-Luc Melenchon na pochodzie, trzeci z lewej (Flickr/looking4poetry)
Jean-Luc Melenchon na pochodzie, trzeci z lewej (Flickr/looking4poetry)

Z kandydaturą Melenchona jeszcze niedawno mało kto we Francji się liczył. Wytykano mu nierealne wręcz pomysły w sferze gospodarczej (np. podniesienie stawki podatku dochodowego dla najbogatszych do 100%) i geopolitycznej, konfrontacyjność i brak poważnego zaplecza politycznego. Okazało się jednak, że jego antysystemowość jest dziś w cenie.

Choć jeszcze w grudniu ubiegłego roku na kandydata Frontu Lewicy zamierzało głosować zaledwie około 5 proc. Francuzów, to obecnie jego zwolenników jest już niemal trzykrotnie więcej. W ciągu zaledwie czterech miesięcy Jean-Luc Melenchon prześcignął doświadczonego, choć kompletnie bezbarwnego, centrystę Bayrou i zrównał się w sondażowym poparciu z kandydatką Frontu Narodowego, Marine Le Pen. Z bagatelizowanego kandydata twardej lewicy szybko stał się czarnym koniem wyścigu prezydenckiego, który, choć nie ma szans na wygraną na dłuższym dystansie, to obecnie dyktuje jego tempo.

Zmora Hollande’a

Niebagatalny skok poparcia dla Melenchona musi przyprawiać o ból głowy sztab wyborczy Francoisa Hollande’a. Dwa miesiące temu wydawało się, że w cuglach wygra te wybory, ale ostatnio liczba jego zwolenników szybko topnieje. Jeszcze niedawno Hollande mógł liczyć na to, że nawet jeśli przegra z Sarkozym w pierwszej turze, to bez większych problemów pokona go w drugiej, przewidzianej na 6 maja. Obecnie jego przewaga nad urzędującym prezydentem jest minimalna i stale się zmniejsza, na co ogromny wpływ miały w równym stopniu niedawne zamachy w Tuluzie, co skuteczne działania Melenchona, który jest bardziej wyrazisty w swoich poglądach i potrafi lepiej odczytać nastroje francuskiego elektoratu niż kandydat socjalistów.

Pod względem gospodarczym, a w obecnej kampanii ekonomia zajmuje poczesne miejsce, nastroje te są w tej chwili mocno przechylone w kierunku lewicy, choć można w nich znaleźć również nutę gaullistowskiego przekonania o tym, że francuski model państwa jest najlepszym z możliwych. Należy tylko dobrze zidentyfikować bolączki przeciętnego Francuza, zaproponować nawet najbardziej absurdalne ich rozwiązanie i opakować je w atrakcyjne opakowanie. Dokładnie to robi Melenchon.

Melenchon: trybun ludowy

Gdy kilka tygodni temu przemawiał do ponadstutysięcznego tłumu na paryskim Placu Bastylii, odwoływał się w równym stopniu do lewicowych haseł protekcjonizmu gospodarczego, co do – prawicowego zazwyczaj – eurosceptycyzmu i przekonania o wyjątkowości Francji. Ogłosił obywatelską rewolucję, której celem jest powołanie VI Republiki, jeszcze bardziej socjalnej i jeszcze bardziej laickiej. Wiwatujący, kolorowy tłum dostał to, czego oczekiwał – zapewnienia, że kryzys finansowy nie zmieni francuskiego modelu społeczno-politycznego, a kraj jest w stanie przeciwstawić się wszechmocnym rynkom, unijnej biurokracji i niemieckim dążeniom do narzucenia swoich rozwiązań gospodarczych całej Europie.

Zdecydowanie bardziej umiarkowany Hollande nie może się zdobyć na tak daleko idące deklaracje, ale żeby nie stracić w oczach wielu wyborców lewicy, musiał odpowiedzieć na hasła Melenchona, by dotrzymać mu kroku. Propozycja nałożenia wysokiego, 75-proc. podatku dochodowego na najbardziej majętnych Francuzów niewątpliwie jest taką odpowiedzią – należy się tylko cieszyć, że nie bardziej radykalną, niż zakładający 100-proc. stawkę populistyczny oryginał.

Mimo podjętych wysiłków, Hollande traci elektorat tradycyjnej lewicy i nic nie zapowiada odwrócenia tej tendencji. Dla tych wyborców jest za mało radykalny i niewiarygodny, bo nie gwarantuje systemowej zmiany, której oczekują. Wydaje się, że niepotrzebnie próbuje się licytować na lewicowość z Melenchonem, bo gołym okiem widać, że w tej kategorii na pewno nie wygra, a może zrazić do siebie wyborców o bardziej umiarkowanych poglądach.

Skrajności rządzą kampanią

Problem w tym, że wpływ haseł Melenchona nie ogranicza się wyłącznie do kampanii jego najbliższego ideowo przeciwnika. Również Nicolas Sarkozy wyczuł, czego oczekują w czasach kryzysu Francuzi i serwuje wyborcze menu dla każdego, od lewa do prawa. Lewicowców mają przyciągnąć obietnice uszczelnienia systemu podatkowego, sprawnie omijanego przez najbogatszych i wielkie firmy, prawicowców zadowolić ma ograniczenie imigracji i poprawa bezpieczeństwa publicznego, a szczególnie walka z muzułmańskim terroryzmem, wszystkich zaś – propozycje otoczenia francuskiego przemysłu specjalną ochroną.

To, co najbardziej zadziwia w całej tej sytuacji, to labilność ideologiczna dwóch głównych kandydatów, a w szczególności urzędującego prezydenta. Sarkozy miota się od lewa do prawa, podkradając pomysły zarówno popieranemu przez komunistów Melenchonowi, jak i nacjonalistce Marine Le Pen. Co ciekawe, bardzo dobrze na tym wychodzi, bo odrobił już stratę do Hollande’a.

Są jednak i efekty uboczne tego slalomu między skrajnościami. Paradoksalnie, jego wynikiem jest zawężenie ideologicznego dyskursu tych wyborów – im bliżej nich, tym programy wyborcze nawet odległych ideowo kandydatów stają się coraz bardziej do siebie podobne. Konfrontację różnych wizji rządzenia Francją zastąpiła licytacja na to, kto lepiej zrealizuje wspólne obietnice wyborcze.

Artur Makolągwa