Zbrodnie wojenne pod czujnym okiem mediów

Choć zbrodnie wojenne towarzyszą konfliktom zbrojnym od ich zarania, ich nagłaśnianie przez dziennikarzy jest domeną ostatnich kilkudziesięciu lat. Jaką rolę w sukcesach i porażkach wojennych odgrywają obecnie media?

Egzekucja jeńca z Vietcongu (Eddie Adams/digitaljournalist.org)
Egzekucja jeńca z Vietcongu (Eddie Adams/digitaljournalist.org)

Powyższe zdjęcie zna niemal cały świat. Przedstawia ono szefa policji Południowego Wietnamu dokonującego egzekucji na bezbronnym członku Vietcongu. Morderstwo to, popełnione 1 lutego 1968 roku przed obiektywem fotografa Associated Press Eddiego Adamsa, zaowocowało zdjęciem, które jak żadne inne do tej pory miało wpływ na losy wielkiej polityki. Pomijając kwestię kim była ofiara (jedna z hipotez mówi, że był członkiem szwadronu śmierci Vietcongu odpowiedzialnym za śmierć wielu południowowietnamskich cywilów), zdjęcie wywołało na świecie szok, który bardzo wymiernie przełożył się na antywojenny ruch w USA pod koniec lat 60., a Eddiemu Adamsowi dało przy okazji Nagrodę Pulitzera.

Długa historia zbrodni

Niczym nieusprawiedliwiona śmierć cywilów towarzyszy wojnom od zarania dziejów. W dawnych czasach było to normą i niewielu szokowało. Nie ważne było czy zbliżający się oddział jest “swój” czy “obcy”, gdy tylko w oddali pojawiły się połyskujące w słońcu pancerze dzielnych wojaków, każdy komu życie było miłe pierzchał w las. Tendencja ta zmieniała się wraz z rozwojem demokracji i wolnych mediów. Choć podczas II Wojny Światowej reżimy Hitlera czy Stalina mordowały ludzi na skalę przemysłową, to zachodni alianci byli o wiele bardziej uważni, a kroczący za oddziałami reporter wojenny stawał się standardem. Media zaczęły zwracać uwagę, czy ręce żołnierzy nie są brudne od niewinnej krwi.

Nie obywało się bez tragicznych incydentów, bo obyć się nie mogło. Wojna mocno wpływa na psychikę biorących w niej udział ludzi, a na wiele rzeczy, jakich doświadcza na wojnie żołnierz nie są w stanie przygotować żadne ćwiczenia. Nie dziwne więc, że we wszystkich wojnach jakie toczyły demokratyczne kraje po 1945 roku dochodziło do wielu przypadków zbrodni wojennych.

Amerykanie mieli swoje wpadki w Korei, w Wietnamie, czy choćby słynny skandal z więzienia w Abu Ghraib w Iraku, podobnie Francuzi w Indochinach czy Algierii. Każda z tych wojen pod koniec swego trwania była szalenie niepopularna w opinii publicznej państw demokratycznych biorących w niej udział. Każda kończyła się porażką lub co najwyżej “połowicznym sukcesem” państwa demokratycznego.

Robert Bales i „kill team”

Robert Bales (clevescene.com)
Robert Bales (clevescene.com)

Nie inaczej jest w Afganistanie. Ten uśmiechnięty żołnierz ze zdjęcia po lewej to sierżant Robert Bales. 11 marca opuścił w nocy swoją bazę w południowym Afganistanie, włamał się do domów miejscowej ludności i z zimną krwią zabił 16 osób, w tym dziewięcioro dzieci i trzy kobiety.

W mediach zawrzało, a o tym fatalnym wydarzeniu można usłyszeć było wszędzie, nawet tam, gdzie na długie miesiące zapomina się, że w Afganistanie toczy się wojna. Polityczne reperkusje morderstw są na razie trudne do oceny, na pewno będą jednak duże i w pewnej mierze zniweczą wysiłki koalicji, która wreszcie odnosi znaczące sukcesy w wojnie.

To nie jedyny przypadek z ostatnich lat. O ile można uznać, że sierżant Bales doznał załamania nerwowego, o tyle tzw. oddział “kill team” przez długi okres czasu polował na Afgańczyków. “Żołnierze” ci mordowali cywilów dla zabawy, następnie fotografowali się nad zwłokami i kolekcjonowali “pamiątki” w postaci odciętych palców. Przed przełożonymi pozorowali działania w obronie własnej, przez długi okres skutecznie.

Sprawa wyciekła 21 marca 2011 roku, kiedy to pomimo wielkiej presji ze strony amerykańskiej generalicji, niemiecki Der Spiegel opublikował kilka spośród bardzo wielu zdjęć i filmów wykonanych przez “kill team”.

Takie rzeczy na wojnie zdarzały się od zawsze i będą zdarzać się nadal. Nie ma możliwości by w sytuacji gdy na teatrze działań znajduje się ponad 100,000 żołnierzy, operujących w generującym ogromny stres środowisku Afganistanu wszyscy utrzymali się przy psychicznym zdrowiu. Nie ma też możliwości by nie pojawili się dewianci, tacy jak “kill team”.

Rolą mediów w demokratycznym kraju jest tropienie takich spraw i ukazanie ich opinii publicznej. Niestety, każdy kij ma dwa końce: choć obecnie żołnierze dokonują znacznie mniejszej ilości nadużyć niż jeszcze kilka dekad temu, nagłośnienie każdej zbrodni wojennej wpływa fatalnie na obraz wysiłku wojennego w kraju, mogąc go nawet kompletnie zniweczyć. Opinia o wojnie afgańskiej w USA jest w tej chwili najniższa od jej początku. Przypadki zbrodni wojennych mają na to kolosalny wpływ.

Co ciekawe, wśród Afgańczyków nastroje są zgoła inne. Afganistan toczy nieprzerwana wojna od 35 lat. Po 11 latach obecności sił koalicji znaczna część społeczeństwa docenia jej zdobycze – pracę refundowaną przez Amerykanów, szkoły budowane przez amerykańskich żołnierzy, leczenie zapewniane przez amerykańskich lekarzy. Żyje im się najlepiej odkąd pamiętają. A zbrodnie wojenne Amerykanów? Owszem oburzają się, ale zdecydowanie mniej gwałtownie niż ludzi zachodu. Są przyzwyczajeni, wszak niewielu z nich już pamięta życie w pokoju, a wyczyny Amerykanów przy postawie Rosjan czy okropieństwach wojny domowej wyglądają o wiele łagodniej (o wiele bardziej żywiołowo reagują na nagminne przypadki palenia Koranu przez Amerykanów).

Dwuznaczna rola mediów w konflikcie zbrojnym

Pojawia się pytanie, czy można zachować balans między obowiązkiem reportera, a obowiązkiem generała? Pierwszy patrzy na ręce, drugi chce zamieść pod dywan. Gdzieś w tle majaczy wieloletni wysiłek wojenny, tysiące ofiar i osiągane od 2009 roku sukcesy, które naprawdę mogą pozwolić wyjść NATO z twarzą z tej wojny w roku 2014. Czy siła mediów i tendencja do nagłaśniania klęsk, a ledwie informowania o sukcesach nie jest zbyt duża?

Przez cały XX i XXI wiek trwało niewypowiedziane starcie między reporterem, a oficerem. W ostatnich latach reporter zyskał ogromną przewagę. Po 1945 żadne państwo demokratyczne nie wygrało lądowej wojny o dużej intensywności. Czy “winne” temu są media? Na pewno nie, ale zdecydowanie podnoszą generałom poprzeczkę.

Mateusz Grzywa