Wybory w Iranie 2012: ciąg dalszy wojny na górze

Choć w jutrzejszych wyborach parlamentarnych w Iranie czeka nas rywalizacja wyłącznie między kandydatami konserwatystów, ich stawka jest większa, niż na to wygląda.

To będą wybory inne niż wszystkie poprzednie. Mając w pamięci protesty po wyborach prezydenckich z roku 2009, tym razem władze w Teheranie postanowiły zamknąć opozycji drogę do parlamentu. Liderzy reformistów tacy jak Mir-Hosejn Musawi, Mohammed Chatami czy Ali Akbar Haszemi Rafsandżani od lat przebywają albo w areszcie domowym, albo są zmarginalizowani, sami więc wezwali do bojkotu tych wyborów. Mniej prominentni przedstawiciele opozycji w większości nie przeszli zaś przez sito selekcji kandydatów na parlamentarzystów. W ten sposób na arenie została właściwie tylko jedna frakcja: konserwatyści, zgrupowani w kilka partii takich jak Monoteizm i Sprawiedliwość (MJP) czy Zjednoczony Front Konserwatystów (UFC). To oni obsadzą zdecydowaną większość z 290 miejsc w madżlesie.

Rozbici konserwatyści

Problem w tym, że trudno już mówić o takiej frakcji. Tarcia wewnętrzne rozdarły środowisko konserwatystów na kilka ugrupowań, które wzajemnie się zwalczają, a linie podziałów partyjnych nie w pełni oddają zróżnicowanie między tymi grupami. Obecnie trudno sobie wyobrazić, żeby były one w stanie dojść jeszcze kiedyś do porozumienia, a przegrani w tej walce zostaną pozbawieni pełnionych funkcji i zmarginalizowani.

Wśród konserwatywnych elit politycznych największe znaczenie mają obecnie trzy ugrupowania: konkurujące ze sobą na bieżąco frakcje obecnego prezydenta, Mahmuda Ahmadineżada, i Najwyższego Przywódcy, Alego Chameneiego, oraz pozostająca nieco z boku grupa skupiona wokół ultrakonserwatywnego ajatollaha Mesbaha Jazdiego. To między nimi rozstrzygną się jutrzejsze wybory.

Najsilniejszą reprezentację w obecnym parlamencie ma frakcja związana z rahbarem. To właśnie lojalni Chameneiemu parlamentarzyści wezwali Ahmadineżada do złożenia wyjaśnień odnośnie prowadzonej przez jego rząd polityki. Jeśli chameneiści wygrają, możemy spodziewać się kontynuacji wewnętrznych napięć między madżlesem, a prezydentem oraz braku jakichkolwiek reform, a nawet – „dociśnięcia śruby” społeczeństwu. W wymiarze zewnętrznym, antyzachodni kurs i wojownicza retoryka zostałyby zapewne utrzymane, choć niewykluczone, że po wyborach prezydenckich (2013 r.) nieco osłabłyby.

Obóz prezydencki jest obecnie w defensywie. Dawni sojusznicy, w tym i ajatollah Jazdi, opuścili Ahmadineżada gdy zaczął się jego konflikt z Najwyższym Przywódcą. Ci, którzy zostali to głównie pragmatycy, jakże różni od ultrakonserwatystów, którzy dominowali w jego otoczeniu przez ostatnie lata. Najprawdopodobniej zgodziliby się na niewielkie i powolne reformy w zakresie swobód obywatelskich i obyczajowych, jednocześnie spychając na możliwie jak najdalszy tor duchownych. Znów wzrosłoby znaczenie Strażników Rewolucji i aparatu bezpieczeństwa, a irańska gospodarka zostałaby już prawie całkowicie uzależniona od firm kontrolowanych przez Strażników. Atutem obozu prezydenckiego jest fakt, że to właśnie rząd będzie nadzorował przebieg wyborów. Możemy zatem spodziewać się dokładnie takich samych nieprawidłowości jak trzy lata temu.

Najbardziej tajemnicza jest frakcja Jazdiego, charyzmatycznego ajatollaha z Komu, który jeszcze do niedawna promował Mahmuda Ahmadineżada. Najprawdopodobniej składa się ona głównie z duchownych, którzy niezadowoleni są z odejścia – ich zdaniem – od ideałów rewolucji islamskiej i zasad imama Chomeiniego. Wzrost znaczenia zwolenników Jazdiego miałby katastrofalne skutki zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Napięcie wokół programu atomowego Iranu osiągnęłoby punkt krytyczny, bowiem Jazdi, przez wielu nazywany apokaliptycznym ajatollahem, nieraz mówił o konieczności obrony islamu i Islamskiej Republiki wszelkimi możliwymi sposobami.

Jak widać, z perspektywy pluralistycznych systemów politycznych Europy i świata zachodniego, różnice między frakcjami nie są duże. Można zatem się zastanawiać: o co zatem toczy się ta gra i czy będzie miała dla nas jakieś skutki?

Stawka: zasady ustrojowe Islamskiej Republiki

Zarzewiem sporu między frakcjami konserwatystów jest podział obowiązków między Najwyższym Przywódcą, a prezydentem i rządem. Choć nikt nie podważa generalnej zasady tego ustroju (welajat-e fakih), mówiącej o przywódczym statusie prawnika muzułmańskiego (w osobie Najwyższego Przywódcy), różne wydają się być jej interpretacje.

W systemie politycznym Iranu, to przywódca (rahbar) jest jednocześnie formalną głową państwa, uosobieniem jego majestatu i siły, oraz duchowym przywódcą wszystkich irańskich szyitów (a rości sobie prawa do bycia przywódcą szyitów w ogóle). Daje mu to niezwykłą pozycję jako strażnika niepodległości państwa i jego muzułmańskiego charakteru, a co za tym idzie – również szerokie, choć często nieprecyzyjnie opisane kompetencje. Prezydent w tej konfiguracji pełni funkcję szefa rządu, ale zakres jego władzy w dużej mierze pokrywa się ze sferami zainteresowań rahbara.

Kluczem do zrozumienia obecnej sytuacji są wydarzenia, które nastąpiły po wyborach prezydenckich sprzed trzech lat. Legitymacja władzy Chameneiego doznała wtedy sporego uszczerbku, co – jak się wydaje z perspektywy czasu – jeszcze bardziej wyczuliło go na wszelkie próby nieposłuszeństwa, a okazane wtedy niezadowolenie ogromnej części społeczeństwa sprawiło, że stracił on zaufanie do polityki prowadzonej przez rząd Mahmuda Ahmadineżada. Wszystko to skłoniło go do zwiększenia stopnia bezpośredniej interwencji w bieżące sprawy państwa.

Jednocześnie, sam prezydent dostrzegł możliwość poszerzenia swojej władzy i zaczął odważniej budować swoją pozycję w konserwatywnej ekipie i poszerzać zaplecze polityczne. Ahmadineżad, protegowany wpływowego ajatollaha Jazdiego i samego rahbara, wcześniej przez wielu traktowany jako pionek, zapragnął zostać prawdziwą figurą. Zamiast wycofać się pod naporem Przywódcy, jak swego czasu zrobił to jego poprzednik na stanowisku, reformista Mohammed Chatami, poszedł z nim na wymianę ciosów. Szybko okazało się to zadaniem ponad siły byłego burmistrza Teheranu, który doznał serii upokarzających klęsk.

Nadchodzi czas zmian

Bez względu na to, jak bardzo Chamenei się będzie starał, ataki na jego pozycję będą się wzmagać. Powód jest prozaiczny: podeszły wiek Najwyższego Przywódcy, który skłania jego przeciwników, zarówno w gronie elit świeckich, jak i wśród duchownych, do przygotowywania się do walki o jego schedę. Kolejne plotki o jego śmierci pojawiają się regularnie co kilka lat i choć na razie Chamenei zdaje się cieszyć zdrowiem, Irańczycy są świadomi tego, co nieuchronne. Wszyscy liczący się gracze od lat starają się zdobyć jak najlepszą pozycję wyjściową na wypadek śmierci rahbara, a im staje się on starszy, tym rywalizacja będzie stawać się ostrzejsza.

Zatem, choć jutrzejsze wybory to wyścig koni z jednej stajni, ich stawką będzie przyszłe oblicze irańskiego reżimu. Wynik wyborów pokaże układ sił w konserwatywnym establishmencie. Na bazie wyników tych wyborów parlamentarnych, poszczególne frakcje będą decydować o starcie w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Tak naprawdę najbliższy rok, gdy – najprawdopodobniej – dojdzie do swoistej kohabitacji między prezydentem Ahmadineżadem, a niechętnym mu parlamentem, z punktu widzenia Iranu będzie rokiem straconym. Dopiero po wyborach prezydenckich w 2013 r. dowiemy się, jakie dokładnie skutki będzie mieć jutrzejszy dzień i jak będzie wyglądać irańska polityka w perspektywie kilku następnych lat.

Artur Makolągwa