Historie polskiego ambasadora z Białorusi. Łukaszenka ogrywa sam siebie

Miñsk, Białoruś, 02.11.2010. Minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski (P) podczas spotkania z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką (L) w Mińsku. Żródło: PAP/Leszek Szymański/Pardon.pl
Miñsk, Białoruś, 02.11.2010. Minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski (P) podczas spotkania z prezydentem Białorusi Alaksandrem Łukaszenką (L) w Mińsku. Żródło: PAP/Leszek Szymański/Pardon.pl

W dyplomatycznej rzeczywistości zdarza się, iż uznaje się dyplomatę z innego kraju za persona non grata i „proponuje” mu się jak najszybsze opuszczenie kraju. Z reguły jednak dotyczy to dyplomatów niższej rangi, prowadzących działalność szpiegowską i chroniących się za immunitetem dyplomatycznym. Swego czasu Wielka Brytania uznała za persona non grata kilkudziesięciu radzieckich dyplomatów (!) pracujących w Londynie. Naturalną odpowiedzią jest analogiczne wydalenie dyplomatów w tej samej randze, w zasadzie niezależnie od tego czy prowadzili jakąś niezgodną z prawem działalność. Podobno w latach 90-tych polski wywiad nie wydalał rosyjskich dyplomatów, bo i tak wszyscy wiedzieli, że szpiegują, a znany i rozpoznany wróg jest lepszy od nieznanego.

Przypadek ambasadora Leszka Szerepki jest inny. Ambasadorzy nie prowadzą działalności wywiadowczej, chociaż z pewnością znajdują się w posiadaniu wielu poufnych informacji. Wyobrażacie sobie ambasadora, który gania za swoimi informatorami? Od tego są w ambasadzie inni. Wydala się również ambasadora – oczywiście uznaniowo – gdy chce się zademonstrować fatalny stan stosunków, niemalże wojnę albo/lub że dane państwo zbyt mocno miesza się sprawy wewnętrzne państwa przyjmującego. Nie robi się jednak tego w zamian za zaangażowanie państwa w nałożenie 21 zakazów wjazdowych do UE – polski ambasador został „poproszony” o udanie się do Polski na konsultacje. Skutkiem tego jest wycofanie wszystkich ambasadorów unijnych z Białorusi, a także ambasadorów białoruskich z UE. Kryzys dyplomatyczny pozycji Białorusi jednak wcale nie poprawia, a powoduje szczerą radość na Wschodzie.

Eskalacja Łukaszenki

To prezydent Łukaszenka dąży do konfrontacji i wziął za cel sobie Polskę. Łukaszenka potrzebuje wroga, a do tego Polacy nadają się bardzo dobrze. Białoruskie władze będą podnosić działalność szpiegowską Polaków, przypominać wpadki naszych dyplomatów, zaangażowanie w walkę o niezależność Związku Polaków na Białorusi, wspieranie opozycji czy aktywność w nakładaniu sankcji – dodajmy bardzo miękkich – przez Unię Europejską.

Reakcja Białorusi na symboliczne sankcje – bo inaczej nie można nazwać kilku zakazów wjazdowych, w tym 2 dla milicjantów – jest okrutnie przesadzona. Wydalenie ambasadora byłoby proporcjonalne, gdyby amb. Szerepka szykował na niego zamach albo przygotowywał grunt pod polską inwazję. Chcąc przebić wydalenie ambasadora, Białorusini musieliby … zerwać z Polską (i pewnie z państwami UE wtedy też) stosunki dyplomatyczne.

Przesłanie „Baćki” dla swoich rodaków brzmi „nie boimy się Unii Europejskiej, tez możemy na nich nałożyć sankcje” może sprzeda się wśród obywateli popierających go, ale w Europie spowoduje jedynie pusty śmiech. Europa miałaby interes we wciągnięciu Białorusi do swojej strefy wpływów, ale aktualnie – poza nielicznymi państwami takimi jak Polska – nie interesuje się poważniej Białorusią. Europa ma inne zmartwienia – potężne problemy strefy euro i arabskie rewolucje, wliczając w to sytuację w Syrii, wobec której Unia zastosowała rzeczywiste sankcje (m.in. zamrożenie środków banku centralnego).

Łukaszenka na eskalacji nic nie wygra, bo zamyka sobie drogę na Zachód, jednocześnie wzmacniając pozycję Rosji która niewątpliwie wykorzystuje uzależnienie gospodarki białoruskiej od rosyjskich surowców. Niekorzystne pod tym względem jest nie tylko przejęcie udziałów w Biełtransgazie, również zakaz reeksportu zakupionego gazu, ale też otworzenie Nord Streamu.

W kwestii wpływu (choć w zasadzie uzależnienia) gospodarki białoruskiej od Rosji polecam lekturę kilku artykułów: Anna Maria Dyner, PISM, Biuletyn, „Wzrost znaczenia Rosji w białoruskim sektorze energetycznym”, Anna Maria Dyner, PISM, Biuletyn, „Białoruś – najtrudniejszy rok ostatniej dekady” oraz mój tekst, z lata 2010 pt.„Rosja a białoruska gospodarka – czy to sponsoring?” na temat powiązań gospodarczych. Część rzeczy uległa zmianie, ale skala się nie zmieniła.

Wywołanie konfliktu dyplomatycznego to przerost formy nad treścią i to Mińsk działa z premedytacją, a Warszawa – wraz z Brukselą – spokojnie reagują. Po rozpędzeniu opozycji w 2010 nikt z Zachodu z prezydentem Łukaszenką na poważnie nie rozmawiał. Łukaszenka sam wrzucił się w ramiona Moskwy, jest od niej uzależniony, a także – z premedytacją – blokuje sobie drogę do rozmów z Zachodem. Raczej więc nie da się obronić tezy, że Łukaszenka ograł Unię Europejską. Raz mu się udało – przy okazji wizyty ministra Sikorskiego i Westerwelle na Białorusi – gdy doprowadził do licytacji UE i Rosji. W stosunkach z Europą postawił się jednak pod ścianą, a Europie – w tym momencie – na Białorusi nie zależy, więc wszelkie tego typu dramaty nikogo w Brukseli nie przestraszą. Pozwolą jednak zademonstrować Brukseli swoje jasne stanowisko w kwestii ochrony praw człowieka i systemu demokratycznego. „Baćka” nic nie ugrał i nie ugra, a może sprowokować Unię do podjęcia poważniejszych działań, łącznie z sankcjami gospodarczymi, które – jak wszyscy wiemy – mają tę wadę, że uderzą również w przeciętnego Białorusina.

Unia nie ma narzędzi

Inna kwestia do dyskusji to skuteczność Unii Europejskiej. Unia nie ma obecnie pomysłu na Białoruś oraz Ukrainę, które obecnie znajdują się bliżej Rosji niż UE. O ile parafowanie umowy stowarzyszeniowej z Kijowem to żaden problem, ale co innego jej ratyfikacja, w sytuacji w której Janukowycz załatwił Tymoszenko kilkuletnią pracę w więziennej szwalni (warto odnotować, że znowu odżywają plotki, że prezydent mógłby ułaskawić byłą premier), a były Minister Spraw Wewnętrznych, Jurij Łucenko, zostaje skazany za coś, co nazwalibyśmy naruszeniem prawa administracyjnego. Ukraina nie jest obecnie państwem prawa, a państwem selektywnego stosowania prawa, a zasądzane kary są nieproporcjonalne do popełnionych czynów.

Unia Europejska ma całkiem niezłą marchewkę w postaci funduszy europejskich i kapitału, pozwalającego na rozwój państw współpracujących z iną, aczkolwiek strasznie słaby kij – Assad musiał zabić kilka tysięcy ludzi, aby „zasłużyć” na poważniejsze sankcje. Wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa jest nie tylko w powijakach, ale zarządza nią również osoba niekompetentna, bez talentów dyplomatycznych i niezbędnej charyzmy. Na miejscu Assada, Kaddafiego czy Łukaszenki równiez nie bałbym się baronessy Ashton.

Tutaj pojawia się miejsce na decyzję – jakiej Unii chcemy i czego w związku z tym od niej wymagamy? Obecnie mamy współgranie zespołu interesów – brytyjskich, francuskich, niemieckich, polskich etc, które powoduje, że 100% zgody udaje się osiągnąć tylko w sprawach fundamentalnych, tym samym obniżając zdolność do szybkiego i skutecznego reagowania. Jeżeli chcemy, aby Europa była skuteczniejsza, musimy oddać na jej ręce więcej decyzyjności tak, że może to oznaczać nieuwzględnienie w każdym przypadku 100% interesu narodowego Polski (stopień ten zależeć będzie od umiejętności polskiej dyplomacji). Obie drogi mają zalety i wady, ale na którąś należy się zdecydować i nią konsekwentnie podążać.

P.S. Muszę dodać do tekstu nową, istotną informację, zmieniającą kilka faktów. Podana przez media informacja, jakoby ambasador Szerepka został wydalony (w znaczeniu dyplomatycznym) jest nieprawdziwa. Nasz ambasador został „poproszony o udanie się na konsultacje”. To również nieprzyjazny gest, ale o dużo mniejszym znaczeniu (dodał: Patryk Gorgol, 1.03.2012r). Tych, których wprowadziłem w błąd – przepraszam.