Syria: dlaczego Baszar al-Assad może spać spokojnie?

Baszar al-Assad i Dmitrij Miedwiediew (Zdjęcie: Wikipedia)
Baszar al-Assad i Dmitrij Miedwiediew (Zdjęcie: Wikipedia)

Prezydent Syrii Baszar al-Assad ostatnimi czasy ma dużo powodów do zmartwień. Od niemal roku w Syrii dochodzi do demonstracji – każdego dnia są one większe. Walki zbrojne objęły dużą część kraju, włącznie z przedmieściami Damaszku. W przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy arabscy rewolucjoniści obalili dyktatorów w Tunezji, Libii, Egipcie i Jemenie. Wydawać by się mogło, że Assad jest w sytuacji bez wyjścia, a jego dni są już policzone. Nic z tych rzeczy. Na razie może być spokojny o swoje stanowisko i władzę. Dlaczego?

Kraj

Teoretycznie Syria jest krajem dość jednolitym – 90% mieszkańców stanowią Arabowie. Reszta to przede wszystkim Kurdowie, którzy, jak wszędzie gdzie żyją, nie mają nic do powiedzenia. W razie czego będą jednak stać murem za Assadem. Po latach uznawaniu ich za cudzoziemców, 7 kwietnia ubiegłego roku prezydent wydał dekret, który nadał im syryjskie obywatelstwo. Jest to dla około 200 tysięcy osób nowina wręcz cudowna. Szansa na lepsze, normalne życie. Nie zapomną oni, komu to zawdzięczają. Szczególnie, gdy alternatywą są mniej, lub bardziej radykalne arabskie partie sunnickie, które miłością do Kurdów, delikatnie mówiąc, nie pałają.

Jak już było wspominanie, przytłaczająca większość Syryjczyków to Arabowie. Cóż z tego, skoro i tak jest to religijny tygiel. Najwięcej jest sunnitów – nie mają oni jednak większego wpływu na władzę. I to właśnie oni wywołali trwającą rebelię. Na czoło wysuwa się, tak jak w Egipcie, Bractwo Muzułmańskie. Jednak w Syrii opozycja jest jeszcze bardziej rozdrobniona i niezdolna do skoordynowanych działań. Od lat sunnici są tłamszeni przez rządzącą alawicką mniejszość do której należy sam Baszar al-Assad. Jest to jeden z pobocznych odłamów islamu, jednak z całą pewnością wyjątkowy. Alawici nie uznają szariatu, w większości są mocno zlaicyzowani i boją się przejęcia władzy przez ortodoksyjnych muzułmanów. Zresztą nie są w tym strachu osamotnieni, najbardziej przerażeni są chrześcijanie. Którzy potencjalnie są najbardziej zagrożeni w przypadku zmiany władzy – są najsłabsi i nie mają żadnej ochrony. A na dodatek ich zachodni „bracia” wydają się nie zauważać ich problemów.

Według obiektywnych badań Assad wciąż może liczyć na poparcie około połowy społeczeństwa. Przede wszystkim opisanych już mniejszości. Podkreśla się jednak, że nie wszyscy sunnici są przeciwko niemu – część boi się przejęcia władzy przez ortodoksów. Również najważniejsza siła w kraju, armia, stoi murem za prezydentem. Jeśli dochodzi do dezercji to tylko wśród szeregowych i podoficerów. Mała strata biorąc pod uwagę, że kadra oficerska (jak na razie) jest wierna swojemu przywódcy. Syryjskie wojsko, od kilkudziesięciu lat kupujące, kiedyś od ZSRR, później od Rosji, tysiące sztuk broni całkiem niezłej jakości nie zostanie pokonane jeśli opozycja wciąż będzie w rozsypce, a zachód nie udzieli mu pomocy. Bo do interwencji w stylu libijskim nie dojdzie. Syryjska obrona przeciwlotnicza jest wiele razy lepsza i silniejsza niż ta którą mógł bronić się Kaddafi.

Sojusznicy

Reakcja zachodu i państw arabskich na sytuację w Syrii jest stosunkowo ostra. Oczywiście znów nie ma co porównywać tego do interwencji w Libii, niemniej jednak podjęto już wiele inicjatyw mających na celu zatrzymanie przelewu krwi. Assad nie przejmuje się jednak kolejnymi apelami i groźbami. Dlaczego? Wierzy w swoich potężnych sojuszników – Chiny, Iran i Rosję. Każde z tych państw ma interes w zachowaniu status quo i nie zamierza współpracować z przeciwnikami syryjskiego reżimu.

Najbardziej upadku prezydenta Assada boi się Iran. Alawitom dużo bliżej do szyitów niż sunnitów, często są wręcz uznawani za odłam islamu szyickiego. Rządy mniejszości w strategicznie położonym kraju. Rządy mniejszości która za swojego naturalnego sojusznika uważa Iran. Tego władze w Teheranie nie chcą stracić. Zwłaszcza teraz, gdy atmosfera wokół instalacji nuklearnych i ogólnie irańskiej polityki zagranicznej zagęściła się. Nie bez znaczenia jest też sąsiedztwo Syrii i Izraela. Duże wpływy w Damaszku dają możliwość ciągłego wymachiwania pięścią w kierunku państwa żydowskiego. A na tym Iranowi zależy najbardziej – to podstawa jego polityki i sens egzystencji.

Sam Izrael stoi przed wielkim dylematem. Może albo nie mieszać się w sytuację w Syrii i zaakceptować to, że Assad, który przez lata wspierał Hezbollah pozostanie u władzy, albo włączyć się w próby jego usunięcia. I doprowadzić do sytuacji w której przy zachodniej granicy rządzić będą egipscy Bracia Muzułmańscy, a na wschodzie ich syryjscy odpowiednicy. Rządzący Izraelem, na czele z Benianimen Netanjahu muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy nie lepsze będzie stare, dobrze znane zło.

Syria jest jednym z największych importerów rosyjskiej broni. Ostatnie czego Moskwa potrzebuje to utrata dobrego, pewnego kupca w czasach kryzysu. I przy okazji sojusznika, który od lat wiernie trwa przy boku największego państwa świata (a nie jest to ostatnimi czasy popularne zachowanie). Jednak nie to jest najważniejsze. Upadek reżimu Assada oznaczałby prawdopodobnie wypowiedzenie umowy dotyczącej portu Tartus, gdzie znajduje się baza rosyjskiej marynarki wojennej. Jej zlikwidowanie byłoby kolejnym ciosem dla wciąż walczącej o pozostanie mocarstwem Rosji. Na to Putin i Ławrow na pewno się nie zgodzą. Nawet kosztem utraty resztek wiarygodności na arenie międzynarodowej.

Chiny same w sobie nie mają szczególnego interesu w utrzymaniu władzy przez Assada. Oczywiście poza pokazaniem Stanom Zjednoczonym, że świat z jednym tylko globalnym mocarstwem właśnie się skończyły. Natomiast Pekinowi bardzo zależy na zachowaniu idealnych stosunków z Iranem, któremu jak wiadomo na Syrii zależy bardzo. Układ wydaje się prosty – dostawy irańskiego gazu i ropy wciąż będą płynąć szeroką rzeką w kierunku największych chińskich ośrodków przemysłowych, a w zamian za to Chiny będą skutecznie walczyć z amerykańskim lobbingiem na forum międzynarodowym, szczególnie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Przeciwnicy

Obalenia Assada chcą przede wszystkim Stany Zjednoczone, kraje arabskie oraz członkowie Unii Europejskiej. Każdy z innych powodów.

USA jak zwykle ostatnimi czasy popiera opozycję walczącą ze starym reżimem. Wynika to z chęci pokazania się w jasnym świetle obrońcy praw człowieka i uciśnionych w momencie, gdy utratę zaufania wobec Stanów Zjednoczonych można zauważyć wszędzie na świecie. Nie bez znaczenia wydaje się też chęć zemsty na dyktatorach, którzy przez lata grali na nosie władz w Waszyngtonie i nie robili sobie nic z kolejnych ostrzeżeń i apeli, które płynęły z amerykańskiej stolicy. Oczywiście do żadnej amerykańskiej interwencji nie dojdzie. Zbliżają się wybory prezydenckie. Obama ma dużo do stracenia. I nic do zyskania. Pozostałe motywy polityki departamentu stanu pozostają nieznane, szczególnie że Syria po upadku Assada zamieni się prawdopodobnie w państwo na wskroś islamskie.

Na tym zależy właśnie zależy Arabii Saudyjskiej, która zamiast laickich rządów Assada widziałaby w Syrii rządy sunnickich ekstremistów, nad którymi mogłaby sprawować duchową władzę i uzyskać dzięki temu duże wpływy. Ważnym elementem jest również rywalizacja między dynastią Saudów, a Iranem. Widać to na przykładzie Bahrajnu, na który co raz bardziej ostrzą sobie zęby ajatollahowie oraz Kuwejtu. Teraz Rijad może pokazać, że nie pozostanie bezczynny wobec zachowań Iranu.

Pozostałe kraje arabskie boją się o własne podwórko. Walcząc o „demokrację” w Syrii chcą pokazać własnym obywatelom, że mają liberalne poglądy i wcale nie chcą represjonować własnej opozycji. Jednym słowem bawią się w grę pozorów. A Unia Europejska? Jak zwykle chce działać w imię praw człowieka, mimo że patrząc obiektywnie nie może zrobić nic.

Pat jaki zapanował na forum ONZ, blokowanie decyzji przez Chiny i Rosję skutecznie uniemożliwia podjęcie jakichkolwiek działań. Równie mizerne skutki przynoszą kolejne inicjatywy Ligi Państw Arabskich. Wszystko to pokazuje, że system organizacji międzynarodowych jest coraz mniej wydajny i nie jest w stanie zapobiec jakiemukolwiek konfliktowi wewnętrznemu, ani nawet zahamować jego eskalację. Jedyną nie wiadomą w tej rozgrywce mocarstw jest postawa Turcji. W tym momencie siedzi ona „okrakiem na palisadzie” i przygląda się wszystkiemu z boku. Podjęcie przez nią działań może przechylić szalę zwycięstwa na jedną ze stron. Do tego momentu Assad może być spokojny, wojna co prawda będzie trwać w najlepsze. Lecz on sam będzie trwał przy władzy.

 Bartłomiej Serafinowicz