Raport Davisa: wojna w Afganistanie to kosztowna klęska

Żołnierz ISAF na patrolu w Afganistanie (Zdjęcie: U.S. Army/Micah E. Clare/Flickr)
Żołnierz ISAF na patrolu w Afganistanie (Zdjęcie: U.S. Army/Micah E. Clare/Flickr)

Obraz wojny w Afganistanie przekazywany opinii publicznej przez władze i media ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mimo wysiłku ostatnich dwóch lat, gdy liczba żołnierzy w Afganistanie zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, podpułkownik Daniel Davis z U.S. Army twierdzi, że zaobserwował „brak sukcesów na praktycznie każdym poziomie”. Liczba ofiar (zabici i ranni) rośnie z roku na rok, podobnie jak ilość ataków rebeliantów, a afgańska armia i policja to wirtualne byty, niezdolne do zapewnienia bezpieczeństwa po wycofaniu się z kraju sił zachodniej koalicji.

Podpułkownik Davis, w służbie od 1985 roku, czterokrotny uczestnik misji bojowych (operacja Pustynna Burza, Afganistan 2005-2006, Irak 2008-2009 i ponownie Afganistan 2010-2011), przygotował dwa raporty (jeden z nich tajny, przeznaczony dla członków Kongresu, senatorów, władz państwowych; drugi, w formacie PDF, znajdziecie tutaj) zawierające obserwacje i wnioski dotyczące sytuacji w Afganistanie, a także artykuł w Armed Forces Journal, w którym skrótowo wyłożył swoje zdanie. Zainteresowanym szczegółami polecam zapoznanie się z podlinkowanymi wyżej materiałami. Poniżej zwięzłe streszczenie raportu.

Wojna w Afganistanie – prawda z pola walki

Nic nie działa lepiej niż liczby i cytaty. Przyjrzymy się więc liczbie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie w kolejnych latach: 21,100 (2005), 23,300 (2006), 26,400 (2007), 35,600 (2008), 69,000 (2009), 102,000 (2010 i 2011). Dane dotyczą momentu szczytowego, przed końcem 2011 roku rozpoczęła się redukcja amerykańskiego kontyngentu, który ma powrócić do rozmiaru sprzed 2010 roku w roku obecnym. Procentowo wzrost liczebności sił amerykańskich przedstawia się następująco: 15% (2005), 10% (2006), 12% (2007), 26% (2008), 49% (2009), 32% (2010) i 0% (2011). A jak wygląda statystyka zabitych i rannych? Nieprzerwany wzrost, przy czym jest on znacznie większy w latach 2009-2010: 26% (2005), 26% (2006), 43% (2007), 9% (2008), 62% (2009) i 57% (2010).

Ilość zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy dramatycznie rośnie w analizowanym przedziale czasu. W roku 2004 zginęło 52 żołnierzy, a 218 zostało rannych, co przekłada się na 270 ofiar walk w Afganistanie. Rok 2005 to odpowiednio: 99 zabitych i 268 rannych (367 ogółem), natomiast rok 2006 przyniósł w sumie 498 ofiar (98 zabitych i 400 rannych). Liczba ta niemal ulega podwojeniu w 2007 roku – 117 zabitych, 749 rannych (866 ofiar) i zbliża się do tysiąca w roku 2008: 155 zabitych i 795 rannych, co daje łącznie 950 ofiar.

Kolejne lata to już statystyki prawdziwie szokujące: rok 2009 przyniósł 2459 ofiar, z czego 317 stanowili zabici, a 2142 ranni; rok 2010 przyniósł już 5739 ofiar, z czego 499 stanowili zabici, a 5240 ranni; rok 2011 przyniósł nieco mniej ofiar niż poprzedni – 5542, z czego 418 stanowili zabici, a 5124 ranni.

Z czego wynikają tak alarmujące dane? Wystarczy porównać rok 2009 z 2011, by zobaczyć dramatyczny wzrost liczby ogólnych aktów przemocy – z nieco ponad 15 tys. do 27,700 oraz liczby improwizowanych ładunków wybuchowych (IEDs; znalezionych oraz tych, które eksplodowały) z niespełna 5,200 do 11 tys. W tym samym czasie liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy wzrosła o 164%.

Afgańskie siły bezpieczeństwa – śmiech na sali

Już w 2004 roku wysocy rangą oficerowie amerykańskiej armii sprzedawali opinii publicznej historie o rozbudowującej się i mężnie walczącej narodowej armii afgańskiej (ANA). Davis w swoim raporcie przytacza wypowiedzi m.in. gen. Waltera Sharpa z posiedzenia Komisji Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA: „Rozwój ANA to bez wątpienia jedno z najlepszych ostatnich doniesień z Afganistanu (…) Gdziekolwiek ANA się nie pojawi, jej profesjonalizm wzbudza entuzjazm Afgańczyków”. W podobnym tonie, na posiedzeniu analogicznej komisji senackiej w roku 2005 wypowiadał się gen. John Abizaid: „Amerykańscy dowódcy raportują, iż afgańska armia świetnie sprawdza się w boju przeciwko rebeliantom na południowej granicy kraju”. Nie inaczej wypowiadał się, na posiedzeniu komisji w Izbie w 2007 roku, gen. Karl Eikenberry: „Afgańska armia oraz afgańska policja (…) cały czas rosną w siłę i osiągnęły imponujący poziom integracji wertykalnej i horyzontalnej pod okiem koalicyjnych mentorów (…) Odgrywają one istotną rolę w zapewnianiu stabilizacji własnego narodu”.

Tymczasem, jak dowodzi Davis, Afgańczycy do dziś przeprowadzają operacje praktycznie wyłącznie przy aktywnym współudziale sił koalicyjnych, nie podejmując w zasadzie samodzielnych działań. Wojsko jest słabo wyszkolone i niezdyscyplinowane (dezercje są codziennością), do tego podzielone etnicznie (sytuacja policji jest analogiczna). Co więcej, żołnierze i policjanci są zastraszeni przez talibów, obawiając się zemsty na swoich rodzinach, a nawet własnej śmierci poza koszarami/posterunkiem policji. Sytuacji nie ułatwia skorumpowana administracja pod wodzą prezydenta Karzaja. Davis tego nie mówi, ale jest jasne, że po opuszczeniu Afganistanu przez wojska koalicji, policja i armia rozpierzchną się na cztery wiatry, a władzę w Kabulu przejmą popierani przez Pakistan talibowie.

Konkluzja – na co to wszystko?

Raport Davisa potwierdza to, co powszechnie wiadomo o sytuacji w Afganistanie. Jest jednak o tyle cenniejsze, że mówi to doświadczony żołnierz, który zna armię i pole walki od podszewki. Oczywiście dowództwo sił zbrojnych USA niezwłocznie zaprzeczyło rewelacjom Davisa, jednak w swoim raporcie podpułkownik ukazuje również mechanizm manipulacji opinii publicznej przez polityków i najwyższych dowódców (jak mniemam, stłamszonych przez polityków, od których zależą ich kariery i generalskie gwiazdki). W sprawie wojny irackiej oraz afgańskiej Biały Dom i Pentagon prowadzą (w przypadku Iraku prowadziły) zakrojoną na szeroką skalę wojnę propagandową, której celem jest przekonanie społeczeństwa, iż wszystko zmierza w dobrą stronę, ku szczęśliwemu końcowi. Media, o których Davis również wspomina w raporcie, pozwoliły się stłamsić i w przypadku wojen stały się tubami propagandowymi administracji.

Tymczasem, nie bardzo wiadomo po co zginęły tysiące żołnierzy koalicji (głównie Amerykanie), a kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Taktyczne sukcesiki są prezentowane jak wielkie i ważne wiktorie, a w rzeczywistości w Afganistanie koalicja ponosi strategiczną klęskę biorąc udział w wojnie domowej, stojąc po przegranej stronie. Karzaj nie cieszy się zaufaniem Pakistanu i najpewniej będzie musiał wkrótce odejść. Czy naprawdę Zachód musi być uwikłany w Afganistanie jeszcze przez dwa lata, skoro od dłuższego czasu jest jasne, że odwlekamy tylko nieuniknione? że w Kabulu rządzić i tak będą talibowie lub podobne im ugrupowanie, wspierane finansowo i logistycznie przez Pakistan? Udało się bardzo poważnie osłabić al-Kaidę, zabić i aresztować wielu jej członków i przywódców, z Osamą bin Ladenem na czele, natomiast nie udało się (i nie uda się) powstrzymać Pakistanu przed zainstalowaniem w Kabulu takich władz, jakich Islamabad/Rawalpindi (siedziba rządu/kwatera główna armii) sobie życzą. Problem radykalizmu islamskiego, zwalczany rzekomo w Afganistanie, można rozwiązać nie w tym kraju, a nawet nie w Pakistanie.

Prawdziwym celem walki z radykalizmem powinna być Arabia Saudyjska – obrzydliwie bogaty siewca najbardziej fundamentalnej interpretacji sunnizmu, tj. wahabizmu (Rijad to główny sponsor i ideolog pakistańskich madras, z których wywodzą się talibowie).

Piotr Wołejko