Ahmadineżad w ogniu pytań

Polityka Mahmuda Ahmadineżada znajduje coraz mniej zrozumienia nie tylko w świecie zachodnim, ale również w Iranie.

Dwa dni temu madżles zadecydował, że Ahmadineżad zostanie pierwszym prezydentem Islamskiej Republiki zmuszonym stawić się przed obliczem parlamentarzystów by publicznie odpowiedzieć na ich pytania i wątpliwości. Zgłoszono 10 zapytań, w większości dotyczących aktualnej sytuacji ekonomicznej kraju (głównie kwestii redukcji bezrobocia, stopy inflacji i racjonalizacji wydatków publicznych), lecz nie pominięto również związanych z polityką zagraniczną i wewnętrzną. Prezydent powinien odpowiedzieć na nie w ciągu 30 dni podczas otwartego posiedzenia madżlesu.

Choć to pierwszy raz w historii, gdy irański parlament zdecydował się wezwać w ten sposób prezydenta, zawiodą się jednak ci, którzy liczą na jakiś przełom w spetryfikowanym systemie politycznym Iranu. Jest to zaledwie kolejny akt walki o władzę między odmiennymi frakcjami w łonie konserwatywnych elit politycznych, nie mający nic wspólnego z realną funkcją kontroli parlamentu nad poczynaniami rządu.

 Impeachment Ahmadineżada? Niekoniecznie

Jako że wnioskodawcom nie udało się zebrać większości koniecznej do zgłoszenia interpelacji, musieli zadowolić się jedynie procedurą zapytania parlamentarnego, która nie przewiduje możliwości konstruktywnej debaty nad udzielonymi odpowiedziami, ani tym bardziej zgłoszenia wotum nieufności dla prezydenta. Ba!, nie wiadomo nawet czy po wystąpieniu Ahmadineżada jakakolwiek dyskusja w ogóle zostanie przeprowadzona!

Fakt, że prezydent nie zostanie odwołany z urzędu nie oznacza jednak, że może czuć się bezpiecznie. Wydaje się, że sprawa ma na celu przede wszystkim podważenie jego autorytetu i przypisanie mu niepowodzeń, za które de facto odpowiedzialny jest cały establishment. Co więcej, oskarżenie o promowanie własnego powinowatego oraz o bezpodstawne (a być może i niezgodne z prawem) faworyzowanie Teheranu w kwestii specjalnych wydatków  z budżetu państwa, mogą zdecydowanie zmienić sposób, w jaki Irańczycy postrzegają prezydenta. Jego główną siłą na arenie politycznej była bowiem niezależność (fakt, pozorna), nieprzekupność i nieuwikłanie w układy polityczno-biznesowe. Pozbawiony cech, które pozwoliły mu wygrać dwukrotnie wybory, Ahmadineżad wkrótce przestałby być liczącym się graczem na irańskiej scenie politycznej, dokładnie tak jak stało się z jego poprzednikiem, Mohammedem Chatamim.

Irańska wojna na górze

Co zatem stoi za tą farsą? Przede wszystkim, jest to kolejny epizod starcia między ajatollahem Chameneim, Najwyższym Przywódcą Iranu, a słabnącym od pewnego czasu obozem prezydenckim. Choć wielu twierdzi, że konflikt między dwiema najważniejszymi osobami w państwie rozpoczął się wraz z unieważnieniem przez rahbara prezydenckiej decyzji o dymisji szefa wywiadu Hejdara Moslehiego w kwietniu ubiegłego roku, tak naprawdę sięga on korzeniami wygranych przez Ahmadineżada wyborów prezydenckich sprzed 3 lat. To właśnie powyborcze zamieszki umocniły pozycję służb bezpieczeństwa w państwie w takim stopniu, że przez pewien czas spekulowano nawet, czy nie dojdzie do wojskowego puczu lub sytuacji, w której cywilna administracja będzie jedynie fasadą dla rządów wojskowych. Wydawało się wówczas, że ze względu na swoje wieloletnie powiązania z aparatem bezpieczeństwa oraz bliskość pokoleniową z jego przywódcami, Mahmud Ahmadineżad może zdecydowanie umocnić swoją pozycję w systemie politycznym kraju.

Tak się jednak nie stało i przez kolejne blisko dwa lata Iran toczyła ukryta wojna frakcyjna na najwyższych szczeblach władzy. Jej zwieńczeniem była właśnie sprawa Moslehiego, która ostatecznie ukazała potęgę wpływów Najwyższego Przywódcy i słabość obozu prezydenckiego.

Przedwyborcze szachy

Zmuszenie Ahmadineżada do stanięcia w ogniu pytań ma jednak przede wszystkim wymiar doraźny. Za niecały miesiąc, 2 marca 2012 r., w Iranie odbędą się wybory parlamentarne. Tym razem stawka wygląda inaczej niż we wszystkich poprzednich wyborach, bowiem startuje w nim właściwie wyłącznie obóz obecnej władzy. Cała sprawa rozchodzi się zatem tylko o to, która z frakcji rządzących dostanie najwięcej mandatów.

Wywołanie Ahmadineżada do tablicy przez parlamentarzystów ma w tym kontekście znaczenie symboliczne: oto bowiem po raz pierwszy w historii Islamskiej Republiki jej prezydent staje przed parlamentem (tradycyjnie uważanym za posiadający najmniejszy wpływ na politykę Iranu), aby tłumaczyć się ze swojej nieudolności. Co więcej, robi to w właściwie w przeddzień wyborów parlamentarnych. Nawet jeśli uda mu się wyjść z tego obronną ręką, kojarzeni z nim kandydaci na parlamentarzystów oberwą rykoszetem i ich szanse na objęcie mandatu zmaleją.

W ten prosty sposób poplecznicy Chameneiego nie tylko po raz kolejny ustawią w szeregu urzędującego prezydenta, ale najprawdopodobniej rozwieją również jego marzenia o zakotwiczeniu się na dłużej na irańskiej scenie politycznej po zakończeniu drugiej kadencji. Pozbawiony wsparcia ze strony rahbara, Ahmadineżad walczy nie tylko o swoją wiarygodność jako szef rządu, ale i o przetrwanie jako polityk z pierwszej ligi. Wkrótce przekonamy się, czy po raz kolejny uda mu się wywinąć oponentom czy tym razem polegnie.

Artur Makolągwa