Prywatne wojsko: przyszłość sił zbrojnych?

Wykorzystanie najemników to dziś wielki biznes i ważna część gospodarki. Prywatne firmy wojskowe (PMC), ochroniarskie (PSC) oraz świadczące usługi dla armii (głównie amerykańskiej i brytyjskiej) stały się dobrze płatną przystanią dla byłych członków formacji specjalnych, jak SEALs, Delta Force czy SAS. Ten rynek wart jest ponad 100 miliardów dolarów.

Apologeci prywatyzacji wojska twierdzą, że sprzyja ona skupieniu się na tym, co dla żołnierzy najważniejsze, czyli na walce. Dla krytyków działalność prywatnych firm wojskowych to nabijanie kieszeni prywatnym przedsiębiorstwom oraz wskrzeszanie najemników jako istotnych aktorów konfliktów zbrojnych.

Wojskowy outsourcing

Prywatne firmy wojskowe i ochroniarskie przejmują zadania zarezerwowane tradycyjnie dla sił zbrojnych. Zajmują się ochroną obiektów (koszar, baz wojskowych, ambasad), specjalistycznymi szkoleniami dotyczącymi wykorzystania najnowszych technologii militarnych (a także ich rozwijaniem), analizą ryzyka strategicznego, wsparciem wywiadowczym i ochroną kontrwywiadowczą czy prowadzeniem ośrodków szkoleniowych dla służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo publiczne. Nierzadko znajdują się na głównym froncie walki. Prywatyzacja sięgnęła też logistyki i zaopatrzenia. To wszystko w celu odciążenia żołnierzy od zbędnych zadań, które uniemożliwiają wykorzystanie ich umiejętności w walce z wrogiem.

Za outsourcingiem w armii gorąco opowiadali się przedstawiciele Partii Republikańskiej w USA, między innymi były szef Pentagonu Donald Rumsfeld oraz były wiceprezydent Dick Cheney. Prywatyzacja postępowała najszybciej za czasów prezydentury Ronalda Reagana i George’a W. Busha. Dziś prywatne firmy zatrudniają ponad 1,5 miliona pracowników na całym świecie, a przyznawane im rządowe kontrakty są warte setki milionów dolarów. Przykładowo: DynCorp, jedna z największych prywatnych firm wojskowych, w 2010 roku zawarła umowy warte blisko 2,5 miliarda dolarów. Dużo więcej zarabia koncern Halliburton, którego działalność obejmuje logistykę i zaopatrzenie, przez katering, po obsługę szybów wiertniczych. Warto wspomnieć, że wiceprezydent Cheney, zanim trafił w 2001 roku do Białego Domu, przez pięć lat był prezesem Halliburtona.

Problemy i wątpliwości

Działalność prywatnych firm wojskowych budzi wiele problemów etycznych. Najemnicy nie są żołnierzami w świetle prawa międzynarodowego. W Iraku czy Afganistanie, gdzie w szczytowych momentach działało po kilkadziesiąt tysięcy najemników, zyskali oni wątpliwą sławę wśród lokalnej ludności.

Pamiętnym wydarzeniem są wypadki z irackiej Faludży z 31 marca 2004 roku. Rebelianci zaatakowali konwój ochraniany przez czterech najemników firmy Blackwater (dziś Xe Services) i zabili całą czwórkę. Ich zwłoki, przywiązane do samochodów, wlekli przez miasto, a następnie powiesili na moście. W odwecie armia amerykańska przeprowadziła ofensywę w Falludży. Nie udało się jednak odbić miasta z rąk rebeliantów.

Śmierć ludzi z prywatnych firm rzadko przebija się jednak do ogólnokrajowych mediów (Faludża była wyjątkiem). Nie odnotowuje się jej w oficjalnych statystykach. Jest to wygodna forma maskowania strat własnych. Jako że nie są żołnierzami, operatorzy i ich firmy mogą być wykorzystywani w krajach, w których obecność regularnych oddziałów sił zbrojnych nie byłaby mile widziana. Najemnicy z takich firm jak Blackwater czy DynCorp mogli bez przeszkód szkolić gruzińską armię czy ścigać bojowników Al-Kaidy w Pakistanie. W tym kraju Blackwater działała podobno ramię w ramię z CIA. Nie można tego wykluczyć, tym bardziej że spośród ponad 800 tysięcy osób mających dostęp do tajnych informacji wywiadowczych w USA blisko 260 tysięcy to pracownicy prywatnych firm. Prywatyzacja wywiadu jest konsekwencją prywatyzacji wojska.

Nieuchronna przyszłość?

Dobrze wyszkoleni, doświadczeni i zaprawieni w boju żołnierze, najczęściej z formacji specjalnych, stają się łakomym kąskiem dla prywatnych firm wojskowych. Po przejściu do sektora prywatnego (jednak powiązanego z wojskiem) nadal zajmują się tym, do czego zostali wyszkoleni. Zazwyczaj pracują dla swojego rządu. Popyt na najemników jest duży, co pokazała ostatnio operacja w Libii. Po stronie pułkownika Kaddafiego walczył cały zaciąg najemników z wielu stron świata, w tym także z Białorusi czy Ukrainy.

Z usług prywatnych firm korzysta nie tylko Pentagon, lecz także Departament Stanu czy CIA. Nieśmiało wspominają one również o możliwości wykorzystania ich personelu podczas misji pokojowych, organizowanych na przykład pod egidą ONZ. Mówił o tym były właściciel Blackwater Erik Prince oraz jej były wiceprezes Cofer Black, który zapewniał: „jesteśmy szybcy i tani”. Sugerował przy tym, że jego firma mogłaby wystawić batalion w sile trzech–pięciu tysięcy żołnierzy. Obecnie nie ma warunków do realizacji planów Blacka, jednak nie można wykluczyć takiego rozwiązania w przyszłości. Coraz trudniej bowiem zmobilizować w krótkim czasie siły pokojowe, które najczęściej muszą powstrzymywać czystki etniczne bądź wojnę domową. Za precedens można uznać wykorzystanie operatorów Blackwater i Triple Canopy do pilnowania zalanego w wyniku huraganu Katrina Nowego Orleanu. Okazało się wówczas, że sektor prywatny potrafi się zmobilizować szybciej i skuteczniej od instytucji państwowych. Skoro użyto prywatnych firm w kraju, dlaczego nie robić tego za granicą?

Obserwując przekazywanie przez armię coraz większej liczby zadań prywatnym firmom wojskowym, ochroniarskim i usługowym, trudno nie odnieść wrażenia, że tego procesu nie da się już zatrzymać. Wykorzystanie najemników to żadna nowość w historii wojskowości. Dziś jest to także wielki biznes i ważna część gospodarki. Warto może pomyśleć o uregulowaniu sytuacji prawnej najemników zatrudnionych przez prywatne firmy wojskowe, aby zapobiec nadużyciom i poddać ich działalność państwowej kontroli.

Piotr Wołejko