Recenzja i polemika z książką „Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny Państwa Środka”

źródło: merlin.pl

Rok 2011 zapewne trwale zapisze się w podręcznikach historii. Ostatnie kilkanaście miesięcy należy chyba zaliczyć jako jedne z najczarniejszych – o ile nie najczarniejsze – okresów w dziejach Unii Europejskiej. Twór ten często przedstawiano, jako jedno z najważniejszych osiągnięć polityczno-ekonomicznych Cywilizacji Łacińskiej. Unia Europejska była organizacją, której narody pokojowo żyły obok siebie, rządziły się w sposób demokratyczny oraz radowały się z niespotykanego dotąd dobrobytu. Kryzys strefy euro może zwiastować kres powyższego porządku. Problemy gospodarcze oprócz marginalnej Grecji mają także kraje o stabilnych podstawach ekonomicznych tj. Hiszpania i Włochy. Mało optymistycznie wygląda także sytuacja Stanów Zjednoczonych. Państwo któremu część analityków przepowiadało stworzenie pierwszego w dziejach imperium mundi, czyli imperium globalnego, od 2008 przeżywa poważne problemy gospodarcze. W sierpniu bieżącego roku agencja ratingowa Standard&Poor’s obniżyła ocenę zdolności kredytowej USA z poziomu AAA do AA+. Tymczasem na wschodzie od trzech dekad rośnie potęga Chin. W zeszłym roku stały się drugą gospodarką globu. Olbrzymia populacja, znacznie tańsza aniżeli na Zachodzie siła oraz nieoszacowany kurs Yuana uczyniły z Państwa Środka największego eksportera świata dysponującego wielkimi nadwyżkami budżetowymi. Dziś wiele borykających się z kryzysem krajów Europy prosi Chiny o ekonomiczną pomoc. Jak na ironię sytuacja taka ma miejsce w setną rocznicę upadku Cesarstwa Chińskiego. Do usunięcia przez republikańskich rewolucjonistów ostatniego rezydenta smoczego tronu w znacznym stopniu przyczyniła się polityka mocarstw zachodnich.

Doniosłe wydarzenia zawsze mają swoich komentatorów. Usiłują oni wyjaśnić dziejące się na naszych oczach wydarzenia oraz dokonać ekstrapolacji przyszłości. Gdy stopniowo upadało imperium sovietica, Francis Fukuyama napisał swój słynny „Koniec historii”. Nie inaczej jest w dobie zmniejszania się roli Świata Łacińskiego i wzrostu znaczenia mocarstw spoza naszego kręgu kulturowego. Jedną z prac analizujących ów proces jest kontrowersyjna książka pt. „Chiny światowym hegemonem? Imperializm ekonomiczny Państwa Środka” autorstwa Antoine Brunet’a oraz Jeana-Paula Guichard’a.

Co przyniesie nam wzrost Chin?

Praca dwóch francuskich autorów doskonale wpisuje się intelektualną dyskusję, która toczy się od pewnego czasu w skali globalnej. Dyskutanci szukają odpowiedzi na pytanie – czy wzrost potęgi Państwa Środka jest czymś pozytywnym, szansą dla Europy i reszty świata, czy wręcz przeciwnie, silne Chiny są poważnym zagrożeniem dla pozostałej części globu. Pochodzący znad Sekwany i Loary autorzy stawiają bardzo wyraziste tezy. Według nich Chiny są wielkim zagrożeniem dla reszty świata, szczególnie łacińskiego.

Chociaż autor piszący niniejszą recenzję oponuje przeciwko tak kategorycznemu postrzeganiu wzrostu potęgi Państwa Środka, to twórcy książki zasługują na pochwałę z powodu rozprawienia się z wieloma mitami dotyczącymi zarówno Chin jak i międzynarodowych stosunków polityczno-ekonomicznych. Nadal popularny jest wizerunek Chin – taki obraz tego państwa wciąż jest powszechny w Polsce – jako państwa straszliwie biednego, zacofanego oraz produkującego wyłącznie tandetne towary. Omawiana książka polemizuje z takim przedstawieniem kraju znad Jangcy. Wymienia się tutaj liczne osiągnięcia Chin ostatnich trzech dekad. Chiny są pierwszą potęgą handlową świata. W zeszłym roku wyprzedziły w tej dziedzinie Niemcy. Mówiąc o chińskiej nadwyżce handlowej, autorzy podają liczbę 600 mld $. Państwo Środka jest także pierwszym mocarstwem finansowym globu. Rezerwy walutowe Chin wynoszą ok. 4 000 mld $. Dla porównania rezerwy walutowe pozostałych krajów świata oscylują wokół 2 700 mld $. Powyższe liczby mówią same za siebie. Dzięki zgromadzonemu latami bogactwu, Pekin stał się wierzycielem globu. W szczególności USA. Chiny cały czas rozwijają się pod względem technologicznym i militarnym. Oczywiście nadal wytwarzają towary łatwe do wytworzenia i o często niskiej jakości np. jeansy znane polskiemu widzowi chociażby z dokumentu „China Blue”. Niemniej Chiny są coraz ważniejszym producentem samochodów, czy samolotów. Stale rozwija się chińska potęga militarna. Autorzy wspominają o tym, że Chiny posiadają drugą co do wielkości na świecie flotylle atomowych okrętów podwodnych oraz dysponują trzecim arsenałem rakiet jądrowych. Rosnące znaczenie ekonomiczne i wojskowe Państwa Środka przekłada się na ich znaczenie polityczne. Dla znacznej części państw rozwijających się, Chiny są wzorem do naśladowania.

Autorzy zasługują niewątpliwie na uznanie, gdyż na łamach swej książki podjęli się polemiki z prawie bezkrytycznym przyjęciem na zachodzie idei globalnego wolnego handlu. Przekonanie o braku potrzeby ochrony własnego rynku oraz konieczności gospodarczego specjalizowania poszczególnych krajów stało się w ostatnich kilkunastu latach dogmatem. Stany Zjednoczone oraz państwa Europy Zachodniej spokojnie znosiły przenoszenie przez rodzime koncerny fabryk do krajów o tańszej sile roboczej. Dezindustrializacja świata łacińskiego nie niepokoiła nikogo. Uważano, że samo posiadanie know-how wystarczy, aby utrzymać dominujące miejsce na gospodarczej mapie świata. Tymczasem autorzy zwracają uwagę na fakt, że wszystkie potęgi budowały swój dobrobyt w oparciu o gospodarczy protekcjonizm. Czyniły tak (bądź czynią dalej) m.in. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, USA, czy spoglądając na Daleki Wschód – Japonia. W podobny sposób postępują dziś Chiny. Używają w tym celu protekcjonizmu monetarnego, czyli zaniżają kurs własnej waluty.

Przesadzona krytyka Chin

Po ciekawych i słusznych pierwszych rozdziałach książki, czytelnika zainteresowanego problematyką chińską może spotkać zawód. Autorzy odchodzą od realistycznego i zdroworozsądkowego oglądu rzeczywistości i popadają w coraz bardziej emocjonalną sinofobię. Nazywają Chiny państwem totalitarnym. Badacze systemów politycznych na całym świecie zastanawiają się, jak zaklasyfikować specyficzny mariaż monokratycznej władzy i rynkowej gospodarki mający miejsce za Wielkim Murem. Niewątpliwie nawet jak na standardy autorytarne, KPCh kontroluje – bądź usiłuje kontrolować – wiele dziedzin działalności ludzkiej. Do najbardziej szokujących tego przykładów należy zbrodnicza polityka kontroli urodzin, przy czym należy pamiętać, że partia zastanawia się nad jej zliberalizowaniem. Warto się zastanowić, czy akurat autorzy pochodzący z Francji (kraju mogącego „poszczycić się” dopuszczalności aborcji na życzenie) mają moralne prawo krytykować chińskie rozwiązania w tej kwestii. Czy z etycznego punktu widzenia spędzenie płodu spowodowane suwerenną decyzją rodziców, jest mniejszą zbrodnią aniżeli dokonanie jej w wyniku państwowego przymusu? Autor recenzji oczywiście nie broni polityki KPCh w tej kwestii. Niemniej jest ona zrozumiałą jeśli popatrzymy kulturowe oblicze Chin. W Państwie Środka jednostka ludzka zawsze miała mniejsze znaczenie, niż państwo i społeczeństwo. W naszym kręgu kulturowym, to jednostka ludzka jest ważniejsza od społeczeństwa i państwa. Przez długi czas dotyczyło to również osób jeszcze nie narodzonych. Chiny nie pouczają innych narodów o potrzebie przestrzegania praw człowieka. Kraje świata łacińskiego tak. Polityka kontroli urodzin w Chinach jest kontynuacją etycznych tradycji tego kraju. Polityka aborcyjna wielu państw zachodnich połączona jeszcze z krytyką w tej dziedzinie Chin jest najczystszym przykładem hipokryzji.

Chociaż w Państwie Środka nadal polityka wkrada się do wielu elementów życia ludzkiego, to Chińczycy dysponują coraz większą liczbą swobód. Porównując współczesne Chiny do Chin maoistowskich, czy ostatniego totalitarnego kraju w świecie Korei Północnej, należy zauważyć, że różnice są wielkie. Istniejące w Państwie Środka swobody gospodarcze pozwalają Chińczykom na rosnącą niezależność od władz. Media – chociaż podlegające kontroli partii – pozwalają sobie na krytykę władz np. przy okazji klapy z inwestycją COVECu w Polsce[1]. Oczywiście Chiny są państwem monokratycznym. Niemniej KPCh zastanawia się nad reformami politycznymi. Od lat 80 za Wielkim Murem praktykuje się demokracje w ramach komitetów wioskowych[2]. W Chongqing (najludniejszym mieście świata) testuje się system konsultacji społecznych, nawiązujący w pewnym stopniu do tradycji politycznych starożytnych Aten[3]. Te i inne polityczne eksperymenty przeprowadzane na różnych obszarach Chin wraz z toczącą się wśród elit dyskusją intelektualnych odnośnie ustrojowej przyszłości kraju są fascynującym tematem. Niemniej zabrakło dla niego miejsca w recenzowanej książce. Taki obraz zwyczajnie nie pasuje do wizji Chin kreowanej przez Panów Brunet’a i Guichard’a.

Chiny winne kryzysu

Myślą przewodnią omawianej pracy jest założenie, iż ekonomiczna działalność Chin jest główną przyczyną kryzysu trawiącego globalną gospodarkę od jesieni 2008 roku. Dzięki mocno zaniżonemu kursowi waluty towary z Państwa Środka są znacznie bardziej konkurencyjne od towarów produkowanych w krajach Zachodu. Chiny dysponują także zdecydowanie tańszą siłą roboczą. Skutkuje to przenoszeniem fabryk z Ameryki Północnej oraz Europy Zachodniej do Chin. Proces ten powoduje stopniową dezindustrializację Zachodu. Zmniejszenie oferty eksportowej poszczególnych krajów wymusiło korektę ich polityki ekonomicznej. Pragnąc rozwoju gospodarczego świat łaciński dokonał „ucieczki do przodu” inwestując w gospodarkę poprzez tanie kredyty. Ogromne pożyczki były także możliwe dzięki hojności Chin. Pogłębiająca się spirala zadłużenia doprowadziła do kryzysu finansowego w 2008 roku.

Naturalnie Pekin miał swój udział w spowodowaniu globalnego kryzysu. Wszelako widzenie w Chinach głównej przyczyny obecnego kryzysu jest przesadą. Towarzyszący temu skrajny emocjonalizm, zaś nie przystoi poważnym ponoć badaczom. Należy także pamiętać, iż nie wszystkie kraje mają ujemny bilans handlowy z Państwem Środka. Dodatnią wymianą handlową mogą się pochwalić Japonia i Korea Południowa, a do niedawna także Niemcy. Potęga Chin rozwijała się dzięki wielu czynnikom. Jednym z nich były ogromne inwestycje zachodnich i dalekowschodnich koncernów. Amerykańskie, francuskie, brytyjskie, niemieckie, czy włoskie korporacje zamykały swoje fabryki w Europie, zwalniały swych pracowników – często własnych rodaków – i otwierały swe zakłady nad Jangcy. Siła robocza była i jest tam nadal tańsza. Władze państwowe nie oponowały. Oczywiście zysk w biznesie jest rzeczą kluczową. Jednakże ci ludzi dokonali wyboru. Zgodzili się na dezindustrializację własnych krajów.

Umacnianiu rosnącej przez lata 90 handlowej potęgi Państwa Środka w sporym stopniu pomogło przystąpienie do WTO w 2001 roku. Pozostałe kraje tej organizacji nie mogły odtąd stosować instrumentów protekcjonistycznych wobec chińskiego eksportu. Koniecznie należy pamiętać, że WTO musiała wyrazić zgodę na przyjęcie Chin. Olbrzymią rolę niej odgrywają Stany Zjednoczone i gdyby nie chciały przyjęcia Pekinu do tej organizacji, Chiny nie wstąpiłyby do WTO. Prawda jest taka, że Zachód pomógł Państwu Środka dojść do potęgi. Decydenci z USA i krajów Europy Zachodniej postąpili tak z powodu własnej naiwności, ignorancji oraz chciwości. Autorzy mimochodem zwracają uwagę na powyższe kwestię, jednakże główną przyczynę obecnej sytuacji dostrzegają w zachowaniu Chin. Oskarżają Państwo Środka o absolutnie całe zło świata od ubóstwa po rozpad instytucji rodziny. Oczywiście autorzy nie zwracają uwagi na destrukcyjny wpływ rewolucji obyczajowej na sytuację moralną świata łacińskiego. Najlepiej o wszystko oskarżyć Chiny, nawet jeśli w latach 60 ich wpływ na światową ekonomię był znikomy. Jednym ze szczytowych przejawów hipokryzji autorów jest skrytykowanie pewnego brazylijskiego urzędnika chwalącego politykę ekonomiczną Chin. Zarzucili mu brak współczucia dla borykających się z kryzysem krajów Europy. Jak powszechnie wiadomo politycy amerykańscy i europejscy oczywiście nie mogą zasnąć zamartwiając się losem dzieci z faweli w Rio de Janeiro. Polityka jest brutalna. Każdy kraj kieruje się egoizmem w swym działaniu. Państwa mogą dążyć do mocarstwowej pozycji, jeśli mają ku temu realne podstawy. Gdy kraje Europy i Stany Zjednoczone budowały swoją potęgę stosowały protekcjonizm gospodarczy. Podobnie dziś postępują Chiny, korzystając z błędów państw Zachodu.

Czas na wojnę handlową z Chinami

Pochodzący z Francji autorzy przedstawiają alternatywę dla rosnącej chińskiej potęgi. Uważają, że Stany Zjednoczone, kraje UE oraz różne państwa obawiające się Pekinu powinny wystąpić z WTO i założyć własną organizację wolnego handlu. Organizacja taka stosowałaby cła wobec towarów zza Wielkiego Muru. Chiny mogłyby wstąpić do WTO-bis tylko pod warunkiem aprecjacji Yuana. Jest to niezwykle odważny pomysł. Jego realność chyba najlepiej podsumują niedawne wydarzenia z Waszyngtonu. Demokraci pragnęli przeforsowania w Kongresie ustawy pozwalającej nakładać cła na towary z państw stosujących nieuczciwe praktyki handlowe. Ustawa przeszła przez senat, aczkolwiek spotkała się z niechęcią w zdominowanej przez Republikanów Izbie Reprezentantów…[4]

Zmierzając ku końcowi należy zwrócić pod uwagę na jeszcze jeden mankament książki. Chiński proeksportowy model gospodarczy odchodzi powoli do historii. Około dwóch dekad dodatniego salda handlu zagranicznego zapewniło Chinom posiadanie ogromnej nadwyżki budżetowej. Wszelako elity KPCh wiedzą, że zbytnie uzależnienie gospodarki od eksportu może mieć bardzo negatywne konsekwencje. Pogrążony w kryzysie świat konsumuje mniej. Istnieje niebezpieczeństwo, iż Chiny zanotują w przyszłym roku przewagę importu nad eksportem[5]. Wyjściem z takiej sytuacji jest wzmocnienie roli rynku wewnętrznego w chińskiej gospodarce. Klasa średnia w Chinach liczy sobie już ponad 200 mln ludzi. W liczbach bezwzględnych jej stan prezentuje się imponująco. Stanowi ona ok. 20% społeczeństwa chińskiego. Jest to już jego znaczący segment, aczkolwiek nadal będący mniejszością. Dlatego ekipa Przewodniczącego Hu Jintao prowadzi politykę ambitnych inwestycji w dotąd zaniedbanych prowincjach centralnych Chin. Symbolem tego procesu jest imponujący rozwój wspominanego wcześniej Chongqingu. Yuan podlega i będzie podlegał aprecjacji. Mocniejsza waluta, to większe możliwości nabywcze społeczeństwa[6]. Jeszcze niedawno najdroższym dla cudzoziemców miastem Państwa Środka był Hongkong[7]. Zamożna metropolia do 1997 roku była brytyjską kolonią i naturalnie nigdy nie doświadczyła „dobrodziejstw” komunizmu. Dziś najdroższym miastem Chin jest Pekin, a tuż za stolicą plasuje się Szanghaj[8]. Siła robocza w Państwie Środka staje coraz droższa[9]. Produkcja z zamożnych prowincji wschodnich, przenosi się w kierunku zachodnim, bądź do innych krajów Azji[10].

Podsumowując należy stwierdzić, iż „Chiny światowym hegemonem?” jest niewątpliwie pozycją wartą przeczytania. Wszyscy zainteresowani stosunkami międzynarodowymi oraz udziałem w nich Chin powinni się z nią zapoznać. Niemniej do wielu zawartych w książce tez należy podchodzić z rezerwą. Nie należy traktować ich, jako prawd objawionych. Warto o tym szczególnie pamiętać w Polsce. Modne i lotne hasła często znajdują u nas poklask. Nawet jeśli są bzdurne. W interesie Polski leży ułożenie sobie dobrych stosunków z rosnącym mocarstwem.

Stanisław Niewiński  



[2] P. Furmański, Problem demokratyzacji Chin w obliczu postępującej modernizacji oraz westernizacji społeczeństwa, [w:] Azja u progu XXI wieku, pod redakcją M. Jelińskiego, M. Lisieckiego, Toruń 2008, s. 113.

[3] M. Leonard, Zrozumieć Chiny, Warszawa 2009, s. 144.

[6] Patrz szerzej: R. Pyffel, To już nie te Chiny, [w:] „Pomorski Przegląd Gospodarczy” 2011  nr 2, s. 19-23.

[8] Tamże.

[9] R. Pyffel, dz. cyt.

[10] Tamże.