Obama pozostanie prezydentem do 2016 roku

Trzeciego stycznia konwencja republikanów w Iowie rozpocznie wyłanianie kandydata, który zmierzy się w listopadzie z Barackiem Obamą. Przypomnijmy: w 2010 r. GOP wygrała wybory do Kongresu, a ruch Tea Party dał populistycznego wigoru ugrupowaniu kojarzonemu do tej pory z wielkim biznesem i establishmentem w Waszyngtonie. Czy dzięki temu kandydat partii, na której już nie ciążą wojny George’a W. Busha i kryzys z 2008 r. ma szansę na zwycięstwo?

Nie. Co więcej – uważam, że perspektywa zdobycia Białego Domu przed republikanina jest nawet odleglejsza niż cztery lata temu. Partia Republikańska coraz bardziej bowiem przypomina ugrupowanie dowodzone w Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego – we własnej niszy mogące liczyć na dozgonną wierność, natomiast coraz bardziej obce dla reszty wyborców.

W 2008 r. John McCain, mimo Sary Palin u boku, był kandydatem dalekim od konserwatywnej ortodoksji. Teraz, wykluczając jakiś sensacyjny powrót, z trójki kandydatów liczących się w sondażach dwójka przytula się do prawej ściany jak może. Newt Gingrich i Ron Paul z pewnością są atrakcyjni dla wyraziście republikańskiego elektoratu – ale czy ortodoksyjny konserwatysta z bagażem zdrad i rozwodów bądź 76-letni libertarianin pociągną za sobą masy? Mitt Romney, jedyny z faworytów trójki mający coś wspólnego z elektoratem środka, jest natomiast bez pardonu atakowany przez samych republikanów, zarzucających mu chwiejne poglądy i przynależność do zepsutego politycznego establishmentu.

Przebieg kampanii

Jak będzie wyglądać sama kampania? Kandydat republikanów, niezależnie, kto nim zostanie, będzie wytykał Obamie, że jego administracja nie przyniosła wybawienia od kryzysu. Wskaże na wciąż wysokie bezrobocie, marne wyniki produkcji przemysłowej i wezwie do cofnięcia reformy ubezpieczeń zdrowotnych, która – jego zdaniem – wysysa pieniądze z budżetu i nie przyniosła poprawy stanu zdrowia Amerykanów. Ale prezydent może w tych sprawach się bronić, a nawet atakować konkurencję.

Choć gospodarce USA wciąż daleko jest do powrotu do dobrej formy, obecna administracja daleka jest od socjalistycznych eksperymentów o jakie była oskarżana. Co więcej, to republikanie w ostatnim czasie wychodzą na oszołomów, których ekonomiczne doktrynerstwo zagraża portfelom zwykłych Amerykanów. Przykładem była awantura o payroll tax cut – przedłużenie ulgi w podatkach od wynagrodzeń, co forsował Obama, a na co w imię bilansowania budżetu nie chciała się zgodzić republikańska Izba Reprezentantów. Biały Dom wytoczył propagandowe działa, pytając na Twitterze, co dla zwykłych ludzi oznaczać będzie utrata 40 dolarów miesięcznie (bo tyle na uporze republikanów miała stracić przeciętnie zarabiająca rodzina). Odzew był ogromny, republikanie w Kongresie w końcu ulegli, a Obama wyszedł z sytuacji w glorii polityka, który chce obniżać podatki. Czego chcieć więcej?

Obecny prezydent USA może też bronić się uspokojeniem polityki zagranicznej. W ostatnich latach Stany Zjednoczone nie rozpętały żadnej awantury międzynarodowej, a przeciwnie – dokończyły sprawy rozpoczęte przez George’a W. Busha. To za rządów Obamy komandosi zabili Osamę bin Ladena, a ostatni żołnierze wyszli z Iraku (choć rząd w Bagdadzie będzie mógł liczyć na dyskretną pomoc jeszcze pewnie przez jakiś czas). Ostatnia większa kampania z udziałem wojsk Zachodu, czyli wojna w Libii, została przeprowadzona głównie przy udziale Wielkiej Brytanii i Francji, a Obama nie musiał się tłumaczyć z wysłania wojsk na drugi koniec świata, by okupować kraj ze złożami ropy.

Obama 2016

Dlatego, wykluczając scenariusz nagłego załamania gospodarki lub kryzysu międzynarodowego, Amerykanie w listopadzie, z zaciśniętymi zębami, ale jednak znowu wybiorą  czarnoskórego prezydenta. Kampanię będzie się jak zwykle miło oglądało, lecz sensacji nie będzie.

Maciej Józefowicz