O tym co rządzi polityką międzynarodową – pragmatyzm, handel, kalkulacja…

Polska, Unia Europejska, UE (Źródło: mojregion.eu)Od dawna trwa dyskusja o tym, jakie wartości powinny kierować polityką zagraniczną państwa. W Europie i Stanach Zjednoczonych przekonuje nas się, że powinny być nimi m.in. solidarność i krzewienie idei praw człowieka a wręcz, naprawianie świata. Przeciętny Amerykanin naprawdę wierzy w to, że jego kraj jest policjantem stojącym na straży globalnego porządku, reagującym w razie potrzeby, równocześnie zapominając o cywilnych ofiarach różnorodnych „sprawiedliwych wojen”. Pomyłka – zarówno Amerykanie jak i Europejczycy angażują się tylko wtedy, gdy mają w tym interes. Prawa człowieka, zbawianie świata służą jedynie za narrację – niezwykle wygodną, bo łatwą do zaakceptowania z punktu widzenia demokratycznych społeczeństw. To lekcja dla polskich polityków, którym niekiedy nadal zapominają, że koncepcja Mesjasza Narodów jest stworzona przez polską literaturę, a nie myśl polityczną. Spójrzmy na Koreę Północną po śmierci Kima. Politycy rosyjscy, amerykańscy, południowokoreańscy i chińscy wręcz z radością przyjmują informację, że sytuacja wydaje się pod kontrolą i wojsko wraz z Kim Dzong Unem powinno utrzymać w ryzach ten jeden, wielki obóz koncentracyjny.

Pragmatyzm, pragmatyzm…
Dyskutować powinniśmy o tym, co jest w naszym interesie narodowym, a niekoniecznie o słuszności danych rozwiązań. Interwencja w Iraku – czy to z udziałem Polski czy bez – i tak by się odbyła. Identycznie sytuacja przedstawia się w Afganistanie. Wygląda na to, że nasi żołnierze pojechali na wojnę w zamian za obietnice bez pokrycia, a nie weksel in blanco. Trudno mi zatem zdobyć się na krytykę polskiego rządu za brak udziału w „Świcie Odysei”, bo i tak to nie my będziemy rozdawać tam karty. Jednocześnie – na przykład – trzeba pamiętać o tym, że kompletnym nonsensem byłoby natychmiastowe wycofanie wojsk z Afganistanu, w wypadku, gdy mamy już przygotowany harmonogram wyjścia.

Nie dlatego, że Polacy mają misję, obowiązek itd, bo to argumentacja aksjologiczna, którą można jedynie się podeprzeć. Chodzi o maksymalizację zysków z tej inwestycji. Pragmatyczne i brutalne, ale szczere. Wysyłanie wojsk w ramach NATO ma jedną zaletę – buduje naszą pozycję w organizacji. Ustaliliśmy już, że Polska nie zyskała na amerykańskich interwencjach, a zwłaszcza nie wzbogacił się polski podatnik płacący za to wszystko miliardy złotych. Jednakże – nie ma sensu w tym momencie pogarszać wypracowanej pozycji w NATO, a misja może posłużyć jako świetny argument przy następnych negocjacjach, pokazujących polską gotowość do poświęceń, oddanie i doświadczenie.

Identycznie sytuacja przedstawia się z pogrzebem byłego prezydenta Czech, męża stanu, bohatera historycznego, Vaclava Havla. Havel zasłużenie posiada własne miejsce w podręcznikach historii Polski, Europy i Świata. Nie mam słów, aby oddać to, jak odważnym był człowiekiem, gdy wielu bało się odezwać. Problem pojawia się jednak inny – polski prezydent po raz pierwszy, w czasie swojej kadencji, poleciał do Chin. Czy teraz powinien przerywać swoją wizytę, rzucić wszystko i przylecieć na pogrzeb? Oczywiście – prezydent Havel na to zasłużył, ale … nie jest to w polskim interesie. Polacy muszą się zastanawiać, w jaki sposób zmaksymalizować zyski z handlu z Chinami, bo obecny bilans handlowy jest tragiczny. Z punktu widzenia polskiej racji stanu dużo ważniejsze są potencjalne pieniądze, które będzie można zarobić, aniżeli udział w pogrzebie bohatera, niebędącego już czynnym politykiem. Smutne, ale taka jest polityka międzynarodowa i trzeba wybrać, co jest ważniejsze. Wysłanie Lecha Wałęsy – przynajmniej pod względem PR-owym – pozwoli zminimalizować straty na polu środkowoeuropejskim, na którym również potrzebujemy sojuszników z powodu turbulencji w Unii Europejskiej.

Uczyć się od najlepszych
Słusznie zauważa Andrzej Szczęśniak w artykule napisanym na łamach bloga „Dyplomacja” na temat polskiej porażki w kwestii „Nord Streamu”:

„(…)Więc cóż, nasi politycy, co to nie wiedzą, że polityka to jeden wielki handel, i żeby cię szanowali, musisz się drogo wycenić, nic nie dostali (bo nie chcieli), i zostali sami na polu walki.(…)”

Dokładnie. Polityka to jeden, wielki handel i – dodałbym – kalkulacja. Nie dlatego powinniśmy ratować strefę euro, bo jesteśmy tak wspaniałomyślni, ale ze względu na powiązanie sytuacji w np. Niemczech czy Francji, z polskim rozwojem gospodarczym i modernizacją kraju. Pisałem o tym w ostatnim artykule pt. „Refleksje na temat szczytu Rady Europejskiej”. Identycznie z „Nord Streamem” – skoro nie byliśmy w stanie się przeciwstawić, trzeba było się do niego podłączyć.

Najwygodniej byłoby uczyć się na błędach cudzych, a nie własnych, lecz jest już niestety za późno. Pamiętacie historię z kandydaturą ministra Sikorskiego na Sekretarza Generalnego NATO? Komedia. Polska nie decyduje się wystawić kandydata, ale chce, aby o nim mówiono jako o kandydacie, rząd wydaje dziecinne instrukcje negocjacyjne, a prezydent i tak robi według własnego uznania, czyniąc słaby plan beznadziejnym. Wykluczyliśmy się z rozgrywki, zanim jeszcze do niej doszło.

Reorientacje w polityce są bardzo ważne. Turecki przykład uczy, że zawsze jest wybór. Skoro Unia Europejska nie chce Ankary, to Ankara może w odczuwalny ochłodzić stosunki nie tylko z Brukselą, ale również ze Stanami Zjednoczonymi i czekać na dalsze propozycje (pieniądze za …). Jednocześnie dyplomatycznie kopiąc się z Izraelem oraz układając z Iranem, budując tym samym alternatywę. Premier Erdogan może śmiało swoim zachodnim partnerom przedstawiać różne alternatywy, a sam ma swoje atuty w postaci położenia geograficznego. My z kolei mamy reorientację – w kwestii białoruskiej – co pół roku. Raz chcemy nakładać zakazy wyjazdowe i izolować gospodarczo Białoruś, a chwilę potem nasza prokuratura udziela pomocy prawnej w sprawie Alesia Bialackiego, a nasi politycy oferują wielomiliardową pomoc. Cóż zrobi prezydent Łukaszenka? Pobiegnie do sklepiku w Moskwie i spyta, ile dają Rosjanie. bo Europa tyle i tyle… Trzeba się zdecydować – czy zwalczamy Mińsk jako Unia Europejska z pełną mocą i czekamy aż to oni do nas przyjdą, albo akceptujemy Mińsk ze wszystkimi patologiami, jakie są i próbujemy przeciągać ich na naszą stronę, powoli szykując grunt do pozbycia się prezydenta Łukaszenki.

Element historyczny powinien pełnić funkcję pomocniczą w polityce zagranicznej. Wiemy, co się działo w przeszłości, walczymy o pamięć, zachęcamy do wspólnych inicjatyw, badamy historię i wyciągamy z niej wnioski, ale to nie jest najważniejsze. Dużo bardziej cenię wzrost obrotów handlowych w stosunkach polsko-rosyjskich niż kolejne kilka tomów akt przekazanych Polakom w/s Katynia. Oczywiście – Rosjanie powinni nam je oddać, ale ważniejszy jest interes – w tym gospodarczy – tu, teraz i w przyszłości, aniżeli długie zużywanie sił na walkę o historię, której przebieg akceptujemy zarówno my (uchwała Sejmu RP), jak i Rosjanie (uchwały Dumy) oraz awantura w Polsce – czy mamy do czynienia ze zbrodnią wojenną czy ludobójstwem.

Dlatego polityką zagraniczną rządzą interesy poszczególnych graczy, a celem dobrej dyplomacji jest ich określenie i realizacja. Mechanizmy działania nie są zbyt skomplikowane – można przekonywać (w tym przekupywać), można też straszyć, należy szukać (i pozyskiwać) partnerów z podobnymi problemami lub celami. Sojusze są często bardzo dynamiczne, ze względu na względu na dużą liczbę zmiennych i kalkulacje polityczne. Konfrontacja militarna w XXI wieku jest w Europie nieopłacalna, ale gospodarcza – jak najbardziej.

Polityka zagraniczna to pragmatyzm, handel i kalkulacja polityczna, połączone z elementami słuszności w charakterze narracji, a nie na odwrót. Akceptują to Amerykanie, Rosjanie, Chińczycy, Niemcy, Rosjanie, Irańczycy i Turcy. Pora, aby zrozumieli też to Polacy.

Kategorie: Sprawy globalne
Fotografia główna: Polska, Unia Europejska, UE (Źródło: mojregion.eu)