Niejasna przyszłość Jemenu

Wiele wskazuje na to, że 33-letnie rządy prezydenta Alego Abdullaha Saleha są coraz bliższe końca. W środę, 26 listopada, po 10 miesiącach ulicznych prostestów Saleh podpisał w Rijadzie porozumienie wynegocjowane pod auspicjami Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej (GCC), w którym zgodził się na natychmiastowe przekazanie władzy wiceprezydentowi i rozpisanie przedterminowych wyborów prezydenckich. Jednak kilka dni później Saleh wrócił do kraju, co postawiło pod znakiem zapytania to, czy jego intencje są szczere i czy rzeczywiście będzie kolejnym dyktatorem obalonym przez arabską wiosnę. Co więcej, odejście prezydenta nie musi oznaczać uspokojenia w Jemenie.

Proponowane przez GCC porozumienie zostało wynegocjowane już wiosną tego roku. Saleh wielokrotnie deklarował podpisanie układu, ale niemal natychmiast się z tego wycofywał, co nie pozwala traktować go jako wiarygodnego partnera. Umowa przewiduje przekazanie władzy wiceprezydentowi kraju, Abedowi Rabbo Mansour al-Hadiemu, przy czym Saleh ma zachować honorowy tytuł i przywileje prezydenta aż do wyborów, które mają odbyć się w ciągu 3 miesięcy (ich datę ustalono już na 21 lutego 2012 r.). Zakłada się, że wystartuje w nich jeden kandydat akceptowany przez większość i będzie nim prawdopodobnie dotychczasowy wiceprezydent. W międzyczasie zostanie uformowany rząd jedności narodowej złożony z przedstawicieli proprezydenckiej partii GPC i opozycji. Równocześnie powstać ma komisja wojskowa, której celem będzie zaprowadzenie porządku w armii. Najbardziej kontrowersyjnym zapisem porozumienia jest jednak przyznanie Salehowi i członkom jego rodziny immunitetu wyłączającego możliwość pociągnięcia ich do odpowiedzialności za popełnione zbrodnie – zarówno w okresie wielomiesięcznych protestów, jak i wcześniej, w czasie rządów prezydenta. Na bezkarność prezydenta i jego otoczenia nie chcą pozwolić protestujący w Sanie i wielu innych miastach Jemenu. Zapowiadają, że dla nich rewolucja nie skończy się dopóki Saleh nie zostanie osądzony. Ten rozdźwięk pomiędzy żądaniami prostestujących a interesami establishmentu i zewnętrznych graczy (Stanów Zjednoczonych, państw GCC itp.), którym zależy na jak najszybszym uspokojeniu sytuacji, jest jednym z czynników, który z pewnością nie przysłuży się realizacji porozumienia w Rijadu.

Drugim niemniej ważnym czynnikiem jest zachowanie samego prezydenta, który niespodziewanie wrócił do kraju 26 listopada, chociaż przedtem zapowiadał wyjazd na leczenie w Nowym Jorku. Jeszcze w czasie pobytu w Rijadzie Saleh wciąż zachowywał się jak urzędujący prezydent, m.in. wysyłając z okazji muzułmańskiego Nowego Roku list do sił zbrojnych, a po powrocie do Jemenu ogłosił amnestię. Miejsce byłego już prezydenta w nowej politycznej rzeczywistości budzi więc coraz więcej wątpliwości, tym bardziej, że pomimo formalnej rezygnacji Saleh zachowuje się tak, jakby nadal przysługiwały mu wszystkie prezydenckie prerogatywy. Jednocześnie trudno wierzyć w to, że jego odejście przyniesie rzeczywistą zmianę. W strukturach państwa, w szczególności w armii i aparacie bezpieczeństwa ciągle działa wiele osób, które z nim sympatyzują. Wysokie funkcje w wojsku pełnią jego synowie i bratankowie. Także postać wiceprezydenta Abeda Rabbo Mansour al-Hadiego, namaszczonego na następcę Saleha, nie gwarantuje radykalnej zmiany w systemie politycznym. Jeśli Salehowi uda się utrzymać pewien zakres kontroli w państwie, spotka się to nie tylko z oporem protestującej od wielu miesięcy ludności, ale również głównych oponentów – generała Alego Mohsina al-Ahmara i klanu al-Ahmarów. Oba ośrodki dysponują dobrze uzbrojonymi siłami, a al-Ahmarowie mają poparcie największej konfederacji plemiennej.

Nie wróży to szybkiego uspokojenia, a porozumienie podpisane w Rijadzie czyni bardzo kruchym.