Commonwealth, czyli duża rodzina

Wyobraźcie sobie wielki rodzinny zjazd. Suto zastawione stoły uginają się od szykowanych przez wiele dni przysmaków, nad nimi zaś unosi się gwar rozmów. Oto zjechało kilka pokoleń naszej familii, rozsianej na co dzień po całym świecie. Wujkowie i ciocie, dziadkowie i babcie, wnuczęta, kuzyni… Jak w każdej dużej rodzinie, zebrani bardzo się od siebie różnią, na wiele spraw patrzą zupełnie inaczej, często są ze sobą wręcz skonfliktowani. Ale łączy ich wspomnienie wspólnych przodków, przekazanych przez nich zwyczajów, wartości, tradycji. I choć często ostro się kłócą, lubią raz na jakiś czas spotkać się w tym gronie. Są z różnych światów, a jednak jakoś jednak sobie bliscy.

Tak właśnie wytłumaczyłbym zupełnemu politycznemu laikowi, czym jest dziś Wspólnota Narodów, pod wieloma względami jedna z najdziwniejszych, ale przez to też najciekawszych współczesnych organizacji międzynarodowych. Kilka dni temu, dokładnie 30 października, zakończył się kolejny zjazd tej rozwydrzonej rodziny, którego miejscem tym razem była stolica Australii Zachodniej, Perth. Zjazdy takie odbywają się co dwa lata i znane są pod akronimem CHOGM, czyli Commonwealth Heads of Government Meeting (Spotkanie Szefów Rządów Wspólnoty Narodów).

Do mediów przeniknęło właściwie jedno ustalenie szczytu w Perth: jeśli bardzo popularni ostatnio książę William i jego małżonka Kate (ups, przepraszam: księżna Katarzyna) dochowają się jako pierwszego dziecka córeczki, wówczas, po raz pierwszy w dziejach brytyjskiej monarchii, znajdzie się ona w kolejce do tronu przed swoimi ewentualnymi młodszymi braćmi. Mówiąc krótko: zrównano w prawach następców brytyjskiego tronu, niezależnie od ich płci.

Sądzę, że to dobra okazja, aby przybliżyć Czytelnikom tę organizację, o której każdy polski miłośnik polityki zagranicznej pewnie coś słyszał, ale w gruncie rzeczy znamy ją słabo.

Kilka kart z rodzinnego albumu

Choć pojęcie „Wspólnota Brytyjska” (British Commonwealth) funkcjonowało w języku brytyjskiej polityki i pisarstwa politycznego co najmniej od lat 80. XIX wieku, przez wiele lat właściwie każdy używający go autor miał na myśli coś trochę innego. W 1867 powstała federacyjna Kanada – twór polityczny będący czymś znacznie więcej niż kolejną autonomiczną kolonią brytyjską, jakich na świecie było wówczas wiele, ale także czymś znacznie mniej niż w pełni suwerennym państwem. Taki model zależności od metropolii nazwano dominium brytyjskim. W pierwszej dekadzie XX wieku powstały kolejne dominia: również federacyjna Australia, a także unitarne Nowa Zelandia, Nowa Fundlandia (obecnie prowincja Kanady) i Związek Południowej Afryki, protoplasta dzisiejszej RPA. Pojęcie Wspólnoty Narodów coraz częściej określało Wielką Brytanię oraz tę część jej imperium, która zorganizowana była w oparciu o model dominium. Niekiedy włączano do tej grupy także Indie Brytyjskie, choć było to dość niefortunne, bowiem ich specyfika i model ustrojowy były zupełnie inne. Zaczęły także odbywać się regularne szczyty przywódców brytyjskich i tych z dominiów, nazywane konferencjami imperialnymi.

I wojna światowa, w której wojska dominiów stanowiły istotny komponent sił całego Imperium, bardzo przyspieszyła emancypację dominiów i ich usamodzielnianie się. W Lidze Narodów, międzywojennej poprzedniczce ONZ, dominia posiadały już członkostwo odrębne od brytyjskiego. Choć zwykle ich stanowisko na forum tej organizacji było bliskie brytyjskiemu, zdarzały się publiczne kłótnie członków rodziny. W 1923 status dominium uzyskało Wolne Państwo Irlandzkie, czyli poprzednik dzisiejszej Republiki Irlandii. Zielona Wyspa weszła jednak do Wspólnoty pod brytyjskim przymusem, na zasadzie bardzo gorzkiego kompromisu czy wręcz ultimatum ze strony Londynu,  i przez cały swój okres członkostwa w tym gronie bardzo dystansowała się od niego.

W 1926 na kolejnej konferencji imperialnej przedstawiony został raport komisji ekspertów, której zadaniem było przygotowanie założeń do nowego uregulowania relacji dominiów i metropolii. Na czele tego gremium stał były premier Wielkiej Brytanii, Arthur Balfour. Komisja Balfoura zaproponowała, a przywódcy przyjęli, aby odtąd Wielka Brytania i dominia były względem siebie wzajemnie równe, choć połączone wspólną przynależności do Wspólnoty Narodów. Moment ten można zatem uznać na symboliczne narodziny Wspólnoty w nieco ściślej zdefiniowanych ramach. W 1931 nieznacznie zmodyfikowane ustalenia komisji Balfoura uzyskały moc prawną jako tzw. statut westminsterski, ustawa parlamentu brytyjskiego uznawana często (z czym osobiście zgadzam się tylko do pewnego stopnia) za akt przyznający pełną niepodległość dominiom oraz stanowiący podwaliny pod współczesną Wspólnotę.

Przerzućmy teraz kilka pożółkłych, choć chwalebnych, kart wojennych w albumie naszej rodziny. Jesteśmy już na przełomie lat 40. i 50. Trwa już zimna wojna, ale co równie ważne rozpoczyna się też epoka zmierzchu kolonializmu. Niepodległość uzyskują pierwsze stricte kolonialne posiadłości brytyjskie: Indie, oddzielony od nich Pakistan oraz pobliski Cejlon, czyli dzisiejsza Sri Lanka. Wkrótce dołączają do nich kolejne. Państwa te są gotowe pozostać we Wspólnocie Narodów, ale na swoich warunkach. Odmawiają uznawania monarchy brytyjskiego za głowę własnego państwa, choćby nawet symboliczną, jak miało to miejsce we wszystkich dotychczasowych dominiach (zostawmy tu na marginesie bardzo złożony casus Irlandii). Zgadzają się, aby monarcha był symboliczną głową Wspólnoty jako całości, lecz u siebie wolą mieć własnych, wybieralnych prezydentów.

„Stare” dominia przystają na te warunki, co doprowadza do sytuacji, w której wewnątrz Wspólnoty zaczyna istnieć węższa grupa zwana Commonwealth realms (co w polskiej literaturze bywa tłumaczone jako „monarchia konstytucyjna w ramach Wspólnoty Narodów” – nie jest to tłumaczenie zbyt szczęśliwe, osobiście odradzam posługiwanie się nim). Omówię tę grupę dokładniej nieco niżej, ale na razie – to ci członkowie Wspólnoty, którzy preferują pozostawanie z Wielką Brytanią w unii personalnej.

Lata zimnowojenne to czas dwóch nieco przeciwstawnych tendencji we Wspólnocie. Z jednej strony postępuje jej instytucjonalizacja, czyli tworzenie się stałych organów, wśród których najważniejszym jest sekretariat, mieszczący się w podarowanym przez Elżbietę II pałacyku Marlborough House w centrum Londynu.

Z drugiej strony członków organizacji coraz więcej dzieli. Nie jest już, jak to było przed wojną, klubem białych panów w czarnych cylindrach, którzy dość przypadkowym zrządzeniem losu mieszkają i robią kariery polityczne na różnych krańcach globu, ale mentalnie pozostają Brytyjczykami. Staje się bardziej multikulturowa, ale też wielobiegunowa politycznie. Interesy członków są coraz bardziej rozbieżne, co w wielu przypadkach zagraża wręcz jej jedności. Do najbardziej zapalnych kwestii należały m.in. ocena działań brytyjskich w czasie kryzysu sueskiego, stosunek do polityki apartheidu w ZPA/RPA, a także przystąpienie Wielkiej Brytanii do EWG, co utrudniło członkom Wspólnoty dostęp do jej rynku. Emocje budzi też sytuacja w Rodezji Południowej (dzisiejszym Zimbabwe), gdzie członkowie miejscowej białej elity, nie mogący się pogodzić z perspektywą rychłego oddania władzy w ręce czarnej większości, zupełnie samowolnie proklamują państwo, pod wieloma względami wyraźnie zainspirowane rasistowskim systemem panującym w RPA.

Rodzina odnajduje się na nowo

Ostatnie dwadzieścia lat historii Wspólnoty to czas kolejnej redefinicji jej charakteru i priorytetów. Oczywiście dawno do lamusa odeszły już koncepcje, snute w Londynie całkiem poważnie jeszcze w pierwszej połowie lat 50., o Wspólnocie jako ważnym czynniku w procesie obrony brytyjskiej pozycji w gronie czołowych mocarstw świata. Dziś wszyscy pogodzili się z faktem, że Wielka Brytania gra na globalnej scenie w wyraźnym cieniu swego wielkiego amerykańskiego sojusznika. Wspólnota zaczęła zaś spełniać nieco inną rolę.

Obecnie główny sens tej organizacji polega na tworzeniu pomostu między światem bogatej Północy i biedniejszego Południa. Granica ta nie zawsze jest zresztą bardzo czytelnie wytyczona, czego najlepszym przykładem jest Republika Południowej Afryki pod rządami Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Naturalnie jest wiele miejsc, gdzie Północ i Południe mogą rozmawiać, najbardziej oczywistym jest forum ONZ. Ale szczególny charakter Wspólnoty wynika ze wspólnego dla jej członków dziedzictwa Imperium Brytyjskiego.

To trochę paradoksalne, że traktujemy to jako zaletę – przecież mówienie czegokolwiek dobrego o kolonializmie stanowczo wykracza dzisiaj poza kanon poprawności politycznej. Rzeczywiście, nie wolno nam zapominać o wszystkich absolutnie wstydliwych i tragicznych aspektach brytyjskiej obecności kolonialnej w Afryce czy Azji. Ale z drugiej strony, Brytyjczycy pozostawili w spadku państwom powstałym w oparciu o ich kolonie bardzo wiele rzeczy, które do dziś istotnie wpływają na charakter tych krajów. Język, model systemu edukacyjnego i prawnego, ulubione sporty (stąd Wspólnota ma swoje własne igrzyska, gdzie do kluczowych dyscyplin należy krykiet), a w wielu wypadkach także system polityczny. To wszystko tworzy rdzeń, który dla ogromnej części członków organizacji jest wspólny, zresztą jeśli przeanalizujemy źródłosłów angielskiej nazwy organizacji – common wealth to w dosłownym tłumaczeniu „wspólne bogactwo”. Owa wspólnota dziedzictwa tworzy istotną podstawę dla wzajemnego zrozumienia i ułatwia rozmowy.

Do tej wtaszczonej tu właśnie przeze mnie właśnie beczki miodu należy dodać dwie wielkie łychy dziegciu. Po pierwsze, Wielka Brytania, mając w tym z reguły gorliwe wsparcie Australii czy Nowej Zelandii, od co najmniej dwudziestu lat zachowuje się na forum Wspólnoty w sposób, który zwłaszcza jej afrykańskim członkom jawi się często wtrącaniem się w nie swoje sprawy, a czasem pada w tych oskarżeniach nawet słowo-bomba: „neokolonializm”. Pod wpływem „północnych” członków organizacji, organy Wspólnoty ogromny nacisk kładą w ostatnich dwóch dekadach na kwestie praw człowieka, w tym jakości demokracji.

Dopóki ma to formę łożenia pieniędzy na rozmaite programy pomocowe czy organizacje pozarządowe, wszyscy są zadowoleni. Jednak kiedy Wspólnota próbuje bardzo ostro (choć z reguły nieskutecznie) walczyć z dyktaturą prezydenta Mugabe w Zimbabwe albo z rządami wojskowych na Fidżi, wywołuje to niezbyt entuzjastyczne reakcje nawet mocarstw regionalnych, jakimi niewątpliwie są Nigeria i RPA. Oczywiście są one tym silniejsze, im bliżej strefy wpływów danego państwa jest przedmiotowy obszar. Inny przykład: z przecieków z ostatniego szczytu w Perth dowiadujemy się, że premier Cameron dość ostro ściął się z przywódcami tych państw członkowskich, gdzie stosunki homoseksualne wciąż pozostają przestępstwem kryminalnym.

Poza tym Wspólnota zgodziła się w ostatnich kilku latach otworzyć na państwa, które z brytyjskim kręgiem kulturowym mają bardzo mało wspólnego, bo należały do innych mocarstw kolonialnych. Zostały przyjęte pod naciskiem ich anglojęzycznych sąsiadów, którzy w ramach budowania stabilności we własnym regionie chcieli rozszerzyć na te państwa rozmaite programy Commonwealthu. Najbardziej jaskrawymi przykładami tej tendencji są francuskojęzyczna Rwanda i mówiący (przynajmniej urzędowo) po portugalsku Mozambik. Również Kamerun, choć w swej dzisiejszej postaci terytorialnej powstał jako zlepek dwóch kolonii, jest jednak państwem raczej frankofońskim.

Przyszłe pokolenia

Zakończmy tym, od tego czego zaczęliśmy, czyli uzgodnioną w Perth zmianą zasad sukcesji królewskiej. Jak już wspomniałem, w ramach Commonwealthu działa podgrupa zwana Commonwealth realms, której szesnastu członków, w tym sama Wielka Brytania, pozostaje ze sobą w unii personalnej, a zatem nominalną głową każdego z tych państw jest monarcha brytyjski. Oprócz Zjednoczonego Królestwa mamy tam trzy państwa relatywnie znaczące na światowej scenie (Kanadę, Australię i Nową Zelandię) oraz pokaźną grupę państw małych, jak Jamajka, lub wręcz mikroskopijnych, jak Antigua i Barbuda czy Saint Lucia. Co za tym idzie, zmiany w zasadach sukcesji również wymagają aprobaty wszystkich tych państw, i w Perth została ona udzielona. Nie było to zresztą niespodzianką.

Oczywiście cała instytucja realms jest w znacznej mierze ustrojowym reliktem, bowiem faktyczna rola królowej w procesie politycznym tych państw jest żadna. Siłą rzeczy jest ona przez ogromną część czasu nieobecna w tych krajach a jej – w praktyce i tak głównie ceremonialne – zadania wypełnia pochodzący spośród miejscowych elit urzędnik, tytułowany gubernatorem generalnym i ściśle podporządkowany opartemu na większości parlamentarnej rządowi. Tym niemniej wydaje się, że Wielka Brytania dąży do jej zachowania, ponieważ służy ona jej nieformalnemu wpływowi, zwłaszcza kulturowemu, na te państwa. Korzystając z modnego ostatnio w politologii terminu wprowadzonego przez Josepha Nye’a, można to uznać za instrument brytyjskiej soft power.

O ile nie ulega wątpliwości, że małe realms raczej pozostaną przy tej instytucji nawet ze względu na korzyści ekonomiczne płynące z bliskości z Londynem, sprawa nie jest już taka oczywista w przypadku „wielkiej trójki”: Ottawa, Canberra, Wellington. Co prawda w 1999 Australijczycy stosunkiem 55:45 odrzucili w referendum pomysł wprowadzenia republiki, ale minęło od tego głosowania już dwanaście lat, a tamtejsi czołowi politycy i publicyści zupełnie otwarcie mówią już, że sprawa bardzo poważnie wróci do debaty przy najbliższej zmianie monarchy.

Stąd swego rodzaju wizerunkowa ofensywa monarchii (nie można tu zresztą zapominać o pozostających wciąż w mniejszości, ale niezmiennie głośnych, krytykach monarchii w samej Wielkiej Brytanii), jaką obserwujemy w ostatnich miesiącach. Znakomitym „nabytkiem” dla rodziny królewskiej była niewątpliwie dzisiejsza księżna Cambridge, którą większość ludzi wciąż kojarzy chyba jednak jako Kate Middleton. Nie przesadzałbym z hasłami typu „dziewczyna z ludu”, bo jak na standardy współczesnego, bardzo rozwarstwionego brytyjskiego społeczeństwa, Kate miała wręcz luksusowe dzieciństwo i młodość. Tym niemniej świeżo upieczona księżna wniosła w kostyczny świat Windsorów nowy powiew, uśmiech, medialny luz, a nawet (jak orzekły tabloidy na całym świecie) seksowną siostrę. Choć oficjalnie dwór stanowczo temu zaprzecza, to jednak widać, William i Kate wystawiani są coraz częściej w roli medialnych twarzy „rodzinnej firmy”.

Coraz głośniejsze są wezwania pod adresem księcia Karola, aby po śmierci swej matki zrezygnował z prawa do sukcesji i przekazał tron od razu Williamowi. Co zrobi książę Walii, do końca nie wiadomo. Eksperci zgodnym chórem przyznają, że na razie nie wygląda na to, aby miał zrezygnować z roli, do której przygotowywał się przez ponad sześćdziesiąt już lat dotychczasowego życia. Z drugiej strony wiele osób, zwłaszcza z kręgu prywatnych znajomych Karola, twierdzi, iż jest on znacznie bardziej liberalny w swych poglądach i krytyczny wobec dotychczasowego kształtu monarchii, niż wskazywałby na to jego publicznych wizerunek. Pytanie brzmi, czy poświęci własne ambicje dla ratowania wpływów tej instytucji, czy też zaryzykuje, iż będzie koronowany na króla mniejszej liczby realms niż jego matka. Na odpowiedź pewnie jeszcze poczekamy, bo choć Elżbieta II ma już 85 lat, to pamiętajmy, że jej matka dożyła pięknego wieku 101 lat. A zatem pewnie jeszcze przez jakiś czas brytyjski hymn będzie miał tytuł God Save the Queen.

Jarosław Błaszczak