Białoruś – kto jest rozgrywającym?

„Białoruś tonie coraz szybciej” – napisała kilka dni temu w „Rzeczpospolitej” Iwona Trusewicz. Przytoczyła wypowiedź Philippa Le Houerou, wiceprezesa Banku Światowego ds. Europy i Centralnej Azji. Podobno, zdaniem Le Houerou, „białoruski dług zawalił się pod własnym ciężarem i nastąpiło tąpnięcie gospodarki jak przy ataku serca”. Według optymistycznej prognozy BŚ tegoroczny wzrost PKB Białorusi miałby być na poziomie 2 proc. Trudno w to uwierzyć, bo wiadomo już, że za styczeń-sierpień 2011 białoruski PKB był o 9,1 proc. wyższy niż w tym samym czasie rok wcześniej. Jaki kataklizm musiałby więc teraz nastąpić, by za cały rok wzrost stopniał do 2 proc.? Wrzesień już minął, kataklizmu nie ma i nic nie wskazuje, by miał wkrótce nadejść.

Inny wróżbita, „politolog” z Instytutu Współpracy Euroatlantyckiej – Władimir Gorbacz, prognozował 6 lipca dla Karty97, że reżim Łukaszenki może upaść już jesienią. Miałoby się to stać wskutek pogarszania się sytuacji ekonomicznej Białorusi, w wyniku czego tzw. milczące protesty osiągnęłyby niebywałą skalę i władze musiałyby zamykać w więzieniach tysiące ludzi. Jesień już jest a nie ma ani setek tysięcy demonstrantów, ani tysięcy aresztowanych. W ogóle nie ma demonstracji. W ostatniej (28 września) nie uczestniczył nawet pies z kulawą nogą. Niewykluczone, że w związku z tym demonstracje te nie będą już organizowane.

Kolejny wieszcz, Michał Janczuk, twierdził w maju, że „w tej chwili państwo białoruskie co miesiąc generuje miliard dolarów strat, do końca roku daje to nam 12 miliardów dolarów pod kreską”. Oparł się zapewne o znane już wtedy wyniki pierwszego kwartału 2011, który przyniósł Białorusi wzrost zadłużenia o ponad 3,2 mld dolarów. Pomnożył to sobie przez cztery i wróżba gotowa. Ale chybiona, bo w drugim kwartale zadłużenie wzrosło już tylko o niecałe 1,5 mld dolarów a trzeci i czwarty kwartał zapowiadają się jeszcze korzystniej.

Dużo rozsądniejsze jest wróżenie białoruskiej katastrofy na jakiś odleglejszy termin. Piotr Maciążek wróży np., że apogeum kryzysu przypadnie w latach 2013-2014. Wg Maciążka dług białoruski szybko rośnie i w latach 2013-2014 Łukaszence zostanie już tylko rezygnacja z suwerenności na rzecz Rosji. Wróżby na 2013-2014 mają tę zaletę, że zweryfikowane mogą być dopiero w początku 2015, ale wtedy nikt już nie będzie o nich pamiętać.

Słabością wszelkich „wróżbitów” jest to, że nie opierają przewidywań o twarde dane. Piszą zwykle z „z głowy, czyli z niczego”. Gdyby zadali sobie trochę trudu, by sprawdzić dane, to może powstrzymaliby się od niedorzecznych przepowiedni. Spróbujmy przyjrzeć się choć niektórym danym.

Białoruski dług zagraniczny

Piszący o białoruskim zadłużeniu, jeśli już nawet operują jakimiś liczbami, to zwykle wyrwanymi z kontekstu i nieodniesionymi do innych. Co przyjdzie komuś np. z informacji, że zadłużenie zagraniczne Białorusi na koniec 2010 wynosiło 28,4 mld dolarów. Skąd ktoś ma wiedzieć, czy jest to dużo, mało czy w sam raz. A przecież wystarczy odnieść to do zadłużenia Polski i już będzie trochę jaśniej.

Według NBP polskie zadłużenie zagraniczne wynosiło na koniec 2010 roku 315,3 mld dolarów, tj. 11 razy więcej niż zadłużenie Białorusi. Oczywiście Polska ma cztery razy więcej mieszkańców, ale nawet licząc na głowę otrzymamy dla Polski 8255 a dla Białorusi 2996 dolarów długu.

Pamiętać trzeba też, że Polska ma wyższy PKB na mieszkańca. Factbook CIA informuje, że PKB PPP liczony na mieszkańca wynosił w 2010 w Polsce 18.800 dolarów a na Białorusi 13.600 dolarów . Dług zagraniczny liczony na obywatela wynosił więc w Polsce 44 proc. PKB a na Białorusi 22 proc. PKB. Jakbyśmy zatem nie liczyli, na koniec 2010 problem zadłużenia zagranicznego był na koniec 2010 znacznie poważniejszy w Polsce niż na Białorusi.

Co się zmieniło w pierwszym półroczu 2011? Według NBP polskie zadłużenie zagraniczne wzrosło do 365,4 mld dolarów, tj. o 50,1 mld. Osiągnęło 9565 dolarów na osobę. W tym samym czasie zadłużenie zagraniczne Białorusi wzrosło do 33,1 mld dolarów, tj. o 4,7 mld, osiągając 3484 dolarów na osobę. Jak łatwo policzyć polski dług wzrósł o niemal 11 razy więcej niż białoruski. Nadal więc problem długu jest dużo poważniejszy w Polsce niż na Białorusi.

Na sprawę zadłużenia zagranicznego Białorusi warto też spojrzeć z jeszcze jednej strony. Z 4,7 mld dolarów wzrostu długu w pierwszym półroczu 2011 ponad 3,2 mld przypada na pierwszy kwartał a niecałe 1,5 mld na drugi kwartał. Widać więc wyraźnie, że wzrost długu ostro hamuje. W pierwszym kwartale 2011, w ramach sankcji przeciw Białorusi, podjęto szereg działań, które prowadziły do wzrostu długu. Władze białoruskie opanowały tę sytuację. Znalazły nowe rynki zbytu dla swych towarów i usług. Podjęły też różne produkcje antyimportowe. W rezultacie tych działań trzeci kwartał 2011 zaczął się na Białorusi wielkim sukcesem. W lipcu saldo obrotów towarami i usługami było nie tylko dodatnie, ale i dość wysokie. Według wstępnych danych osiągnęło 380 mln dolarów.

Saldo obrotów w handlu zagranicznym ma decydujący wpływ na zadłużenie. Deficyt w obrotach (tak jest w Polsce) przyczynia się do wzrostu zadłużenia zagranicznego. Nadwyżka w obrotach (tak jest od lipca na Białorusi) sprzyja spadkowi zadłużenia zagranicznego.

Waluta znów w kantorach

Przez jakiś czas był na Białorusi kłopot z kupowaniem obcych walut w kantorach. Po dewaluacji białoruskiego rubla w dniu 24 maja oficjalny kurs ustalono na poziomie 4930 rubli za dolara. Z niewielkimi wahaniami przetrwał on mniej więcej do połowy sierpnia, tyle że wciąż nie można było swobodnie kupić waluty w kantorach. Z konieczności wykształciły się więc także inne kursy, niektóre legalne, inne czarnorynkowe. Trudno było ustalić jaki właściwie jest rynkowy kurs dolara. Spece od czarnej propagandy twierdzili, że około 10 tys. rubli.

Narodowy Bank Republiki Białoruś każdego dnia roboczego ogłasza kursy walut na następny dzień roboczy. W połowie sierpnia ogłaszane kursy zaczęły piąć się w górę, przekraczając 1 września granicę 5100, 7 września granicę 5200, a 13 września granicę 5300. Od 14 września oficjalnie rozpoczęła się operacja przywracania jednolitego kursu walut. Aby tego dokonać na białoruskiej giełdzie walutowej wprowadzono tzw. sesję dopełniającą, podczas której kurs walut ustalano w oparciu o podaż i popyt. Wyniki sesji dopełniającej pokazane są w tabeli.

Kursy wybranych walut w białoruskich rublach: rynkowy (R) i oficjalny (O)

oraz ich stosunek (R/O) wyrażony w procentach (za okres 14-30 września 2011)

dzień

dolar

euro

rosyjski rubel

R

O

R/O

R

O

R/O

R

O

R/O

14

8600

5347

161

12100

7281

166

305

177

172

15

8500

5355

159

12150

7321

166

295

176

168

16

8480

5365

158

12140

7379

165

294

176

167

19

8460

5375

157

12130

7415

164

285

176

162

20

8030

5412

148

10970

7415

148

255

175

146

21

8010

5461

147

10950

7459

147

253

173

146

22

7950

5465

145

10660

7473

143

249

174

143

23

7890

5515

143

10660

7472

143

246

173

142

26

7830

5541

141

10520

7491

140

241

173

139

27

7760

5584

139

10500

7498

140

241

172

140

28

7690

5584

138

10470

7551

139

241

173

139

29

7650

5584

137

10430

7599

137

240

176

136

30

7630

5599

136

10320

7638

135

238

176

135

W pierwszym dniu rynkowy kurs dolara (R) ukształtował się na poziomie 8600 rubli, ale potem już tylko spadał. Z kolei ogłaszany przez NBRB kurs oficjalny (O) stale rósł. O ile 14 września rynkowe kursy walut przekraczały kursy oficjalne średnio o jakieś 66 proc., o tyle 30 września już tylko o średnio 35 proc. Operacja ujednolicenia kursów ma się zakończyć 20 października. Na Białorusi obowiązywałyby od tego dnia jednolite kursy walut i waluty byłyby bez ograniczeń dostępne w kantorach.

Waluty są już dziś po kursie rynkowym dostępne bez ograniczeń w kantorach, ale póki co więcej jest chętnych do ich sprzedania niż do kupienia. Nie ma w tym nic dziwnego. Skoro kursy walut spadają dzień po dniu, to sprzedaje je właściwie każdy, kto może. Kupuje zaś jedynie ten, co musi. W praktyce jest tak, że w dniach 14-28 września w białoruskich kantorach skupiono od ludności 189 mln dolarów, 33 mln euro i ok. 1700 mln rosyjskich rubli a sprzedano ludności tylko 51 mln dolarów, 5 mln euro i 245 mln rosyjskich rubli. Oznacza to, że do białoruskich banków waluta od ludności płynie teraz szerokim strumieniem.

Wykupywaniem nadwyżek waluty po kursie rynkowym zajmuje się także NBRB. Wiceprezes NBRB, Taras Nadolny potwierdził np. po sesji 21 września, że NBRB kupił na ostatnich sesjach dopełniających 55 mln dolarów. Uzasadniał to tym, że NBRB przeciwdziała w ten sposób zbyt gwałtownemu spadkowi kursów walut (takiemu jak 20 września), bo lepiej, by kursy obniżały się powoli. Tymczasem na sesji dopełniającej podaż waluty znacznie przewyższa popyt i bez interwencji NBRB białoruski rubel zbyt gwałtownie by się umocnił. Do 29 września NBRB kupił na sesjach dopełniających łącznie 103 mln dolarów.

Uważano, że bez wzmocnienia białoruskich rezerw walutowych kredytami państwo nie ustabilizuje sytuacji na rynku walutowym. Okazuje się jednak, że sytuacja wygląda inaczej. W ciągu kilkunastu dni funkcjonowania sesji dopełniającej nie tylko nie nastąpił gwałtowny wypływ waluty z systemu bankowego do ludności, ale wręcz przeciwnie, przybyło tam od ludności walut o równowartości ok. ćwierć miliarda dolarów. A przecież to dopiero początek.

Poskromienie inflacji?

Białoruski handel już na początku lata dostosował ceny towarów importowanych do wysokich kursów walut, bywało nawet, że do kursu 10 tys. rubli za dolara. Sesja dopełniająca pokazała, że dolar nie jest tyle wart. Jedna z większych białoruskich sieci handlowych – Euroopt, już we wrześniu obniżyła o 10-15 proc. ceny towarów, które sama importuje i tego samego zażądała od dostawców. To zapewne tylko początek obniżek, bo kurs dolara chyba pójdzie jeszcze sporo w dół. Wkrótce będą musieli obniżać ceny dostawcy wyrobów krajowych, mający w swych produktach mniejszy bądź większy wkład dewizowy, bo oni też wliczyli drogiego dolara w ceny. Nawet dostawcy towarów stuprocentowo krajowych będą musieli obniżać ceny, bo stracą konkurencyjność. Można się więc chyba spodziewać zahamowania białoruskiej inflacji a może nawet jej spadku.

Okazuje się, że jesień, która miała być na Białorusi gorąca, z wielotysięcznymi demonstracjami, strajkami etc. będzie chyba przebiegać bardzo spokojnie. Waluta wróciła do kantorów i jeszcze mocno potaniała w stosunku do czarnorynkowego kursu z lata, towary w sklepach zaczęły tanieć i wszystko to państwo osiągnęło o własnych siłach, bez zagranicznych kredytów.

Zauważyć trzeba też i to, że białoruski budżet państwa (republikański) ma po sierpniu nadwyżkę 1,3 biliona rubli, podczas gdy nasz, polski ma niestety ogromny deficyt – 20,7 miliarda zł. Białorusini planowali wprawdzie deficyt budżetu państwa w 2011, ale wobec wrogich działań zewnętrznych zmienili plany. Nie będzie deficytu tylko nadwyżka.

Zadłużenie państwa napędzają deficyt budżetu i deficyt w handlu zagranicznym. W Polsce oba te deficyty napędzają wzrost długu. Na Białorusi budżet państwa ma od kilku miesięcy nadwyżkę a od lipca nadwyżka jest też w handlu zagranicznym.

Krytykant zamiast męczennika

Stabilizacja sytuacji na pewno była czynnikiem sprzyjającym wyjściu we wrześniu na wolność kolejnych 11 więźniów z tzw. opozycji. Być może, w wielkodusznym geście, w krótkim czasie państwo białoruskie wypuści na wolność nawet tych kilku ostatnich, którzy jeszcze siedzą.

Bardzo dobrze się stało, że we wrześniu wyszedł na wolność Mikita Lichawid. To młody chłopak (21 lat). Sympatyczny i charakterny, ale sprytu, niezbędnego w polityce, to on raczej nie ma. W więzieniu niemal cały czas spędzał w karcerze, bo takie miał straszne rogi. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że przez tzw. białoruską opozycję był on celowo „podkręcany” do pokazywania w więzieniu rogów. Może ktoś kalkulował, że złamany w końcu sankcjami i popełni samobójstwo. W kręgach tzw. opozycji chyba nawet o tym mówiono, co mogłoby być traktowane jako sugestia. Martwy Mikita Lichawid byłby męczennikiem na sztandary, ale władze białoruskie chyba przejrzały grę i Mikitę ułaskawiły mimo jego rogów. Myślę, że to rozsądne.

Pierwsze co zrobił Mikita po wyjściu na wolność, to skrytykowanie innych opozycjonistów, że w więzieniach nie zachowywali się godnie. Mikita powiedział „Naszej Niwie”: „Szkoda, że tylko ja tak postąpiłem. Wielka szkoda. Pokazałem, że można odsiadywać wyrok godnie.” Nie ma więc męczennika na sztandary a jest krytykant, który stwierdza, że poza nim, jednym jedynym, cała tzw. opozycja to kundle z podwiniętymi ogonami. Domyślać się trzeba, że Mikita Lichawid oczekuje teraz splendorów i w ogóle konfitur. Ale konfitury spryciarze z tzw. opozycji już podzielili między siebie i dla Mikity chyba nic nie zostało. No i opozycja ma problem.

W dniu 19 grudnia 2010, w Mińsku „prezydent” Andrej Sannikau, „pierwsza dama” Iryna Chalip oraz „premier” Mikołaj Statkiewicz doszli bez przeszkód do gmachu rządu. Zgodnie ze scenariuszem, po wybiciu szyb w drzwiach, ogłoszony chwilę wcześniej przez Sannikaua tzw. rząd ocalenia narodowego miał zająć budynek i rozpocząć działalność (pierwszym działaniem miało być zapewne przyjęcie dymisji Łukaszenki). Pojawił się jednak problem. Drzwi i okna były solidnie zabarykadowane. Tego nie było w scenariuszu. Na krążących w sieci filmach doskonale widać konsternację wspomnianej trójki po wybiciu szyb i wahanie, co dalej robić. Były już tylko złe wyjścia. Najmniej złym wydawało się próbować rozbić, niedające się rozbić barykady i dać się przy tym aresztować. To rozwiązanie wybrano.

Powstaje pytanie, skąd białoruskie władze wiedziały, że Sannikau i inni przyjdą do budynku rządu, by siłą do niego wejść. Logiczne jest, że scenariusz, według którego działali Sannikau i inni, był już białoruskim władzom dawno znany i dopisały one dalszy ciąg. Czy na pewno wiadomo, kto był 19 grudnia 2010 rozgrywającym?

Kryzys walutowy, który zapewnił Białorusi korzyści w postaci wyjścia z deficytu budżetu państwa na nadwyżkę i z deficytu handlu zagranicznego na nadwyżkę (bo spowodował on niebywały wzrost eksportu), były dotkliwe dla ludności, ale to przecież nie wina władz białoruskich, tylko wrogich sił zewnętrznych, współdziałającej z nimi białoruskiej piątej kolumny i ludzi dających posłuch wrogim siłom. Okazuje się więc, że korzyści są po stronie białoruskiego państwa a wina po stronie wrogich sił zewnętrznych, piątej kolumny i ludzi słuchających nie tam, gdzie trzeba. Czy na pewno wiadomo, kto jest tutaj rozgrywającym?

Piotr Badura jest czytelnikiem Polityki Globalnej, który postanowił przesłać nam swój artykuł. Zachęcamy do pójścia w jego ślady: piszcie na redakcja (małpa) politykaglobalna.pl.

Kategorie: Europa, Gospodarka
Tematy , , , ,
Państwa:
Fotografia główna: ** FILE ** Belarus President Alexander Lukashenko gestures while speaking at an electoral rally in the Republic Palace in the capital Minsk, Tuesday, Sept. 4, 2001. President Lukashenko demanded Monday, April 21, 2003, that his country's athletes bring home 25 medals from the 2004 Olympics in Athens. ``The goal is clear, and we have every chance to achieve it,'' Lukashenko said at a meeting with Sports Minister Yuri Sivakov. ``I'm asking you to impose iron discipline in sports.'' (AP Photo/Sergei Grits, file)