Żenada, a nie debata o sprawach zagranicznych

Polska, Unia Europejska, UE (Źródło: mojregion.eu)Debata polityczna w założeniu ma przedstawić społeczeństwu poglądy poszczególnych ugrupowań na daną tematykę. Zestawić koncepcje, uwidocznić różnicę, porównać strategie. Zamiast tego otrzymaliśmy godzinę utrzymaną w tonie „bla bla bla”, „będziemy się starać o …”, ‚umowy powinny być dobre” i dziesiątki innych, nieznaczących, banalnych hasełek na poziomie uczniów liceum. Tabloidyzacja debaty dotyczy też Moniki Olejnik, która tak dobrała tematy, by – chociażby przez przypadek – nie zmusić uczestników do wysiłku. Najbardziej zadowolony mógł ze studia wyjść Radosław Sikorski, któremu nikt nie robił zbędnych trudności, a pytania jakie otrzymywał, były tak oczywiste, że minister spokojnie obronił swoją pracę w MSZ-ecie.

Trzeba przyznać, że sama debata była bardzo kulturalna – za to olbrzymi plus, ale przy okazji dobrze byłoby, gdyby – nawet lekko kosztem tej kultury – była przynajmniej w minimalnym stopniu merytoryczna. Panowie dostali po 2 minuty czasu (fakt, że to za mało), w czasie których mogli spokojnie zbudować około 10 zdań i zacytować kilka statystyk, prezentując wyraziście swoje poglądy. Niestety, zamiast tego tonęli w dygresjach, a my nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.

Podaję przykład. Debata o podstawie prawnej katastrofy smoleńskiej. Sikorski twierdzi, że zastosowaną dobrą, ale już Kowal ma inny pogląd i mówi, że była „niedobra”. Ja rozumiem, że ten temat jest niesamowicie złożony (sam go poruszałem kilka razy u siebie), ale po czym ci biedni ludzie mają poznać, czy podstawa była właściwa czy nie? Po uśmiechach polityków czy wyrazie twarzy? „Ja uważam A”, „A ja uważam B”. Pięknie się poróżnili, ale gdzie tutaj debata i argumenty?!

Czy kwestia palestyńska – to urocze, jak nieprzygotowani byli WSZYSCY politycy do tego pytania. Deklarowali, że ‚trzeba wypracować wspólne stanowisko w ramach UE”, ale do cholery – przecież w ramach Unii Europejskiej trwa w tej sprawie dyskusja o treści tego stanowiska. To co, my nie mamy poglądu w tej sprawie? To zabawne, bo Niemcy i Francuzi potrafią się różnić w tej kwestii. W „debacie” najbardziej idącą wypowiedzią było groteskowe wyznanie Kalinowskiego, że „sympatią jest przy przyszłym państwie palestyńskim”. Polityka polega przecież na ścieraniu się poglądów i pracowaniu nad kompromisem, a nie sztuce „niezajmowania stanowiska”.

Myślicie, że to naprawdę takie trudne, żeby powiedzieć coś nieszablonowego przy tym pytaniu? W moich oczach najbardziej zapunktowałby ten polityk, który powiedziałby, że cała dyskusja wokół Palestyny i ONZ jest bez sensu, bo jeżeli tam ma zapanować pokój, należy zmusić obie strony do powrotu do stołu negocjacyjnego. Popieranie w ciemno działań Ashton – bez stanowiska – to intelektualne harakiri. A co, jeżeli Ashton powie, że teraz trzeba zbombardować Jerozolimę, bo to rozwiąże problem statusu tego miasta? Panowie też będą ją tak ochoczo popierać? Jasne, że tak nie uczyni, ale pokazuję mechanizm – w tym pytaniu wyszła cała bezpłciowość uczestników debaty, którym bardziej zależało na tym, aby ładnie wyglądać, aniżeli dobrze się przygotować. Kwestie bliskowschodnią chcieli odepchnąć od siebie czym prędzej.

Czy wałkowanie tematu minister Fotygi – naprawdę są ważniejsze sprawy. Znam kilka osób w PiS-ie, a także wielu jego zwolenników i w zasadzie nikt się ze mną nie spiera w kwestii jej braku kompetencji do kierowania sprawami zagranicznymi. Po co więc tracić czas na cytowanie depesz WikiLeaks? Jaki to ma cel merytoryczny? Czy Polska zdywersyfikuje dostawy gazu albo umocni swoją pozycję w UE dzięki rozmowom na poziomie „kto gorzej ocenia byłego pisowskiego ministra – Polacy, Amerykanie czy Europejczycy?”. Naprawdę nie było inteligentniejszych pytań do Pawła Kowala?

Nawiązując do Pawła Kowala, to ten tez błyskotliwie próbował przekonać, że rozwiązaniem wszelkich problemów jest zgoda narodowa. Ok, racja – kłótliwość naszych polityków powoduje też u mnie zażenowanie i w kluczowych kwestiach konsensus jest niezbędny, aczkolwiek wolałbym posłuchać o jego pomysłach na przyszłość, zamiast propagandowej papki o pojednaniu. Znowu z przykładem – Paweł Kowal skrytykował umowę gazową, ale jednocześnie nie podał kwoty, jaką płacimy za gaz, nie porównał z innymi umowami podpisanymi przez Gazprom, a przede wszystkim – wspomniał, że „były alternatywy”, ale nie powiedział jakie! Skoro można było podpisać lepszą umowę gazową, to ja chciałbym wiedzieć „jak?”, a nie słuchać zdania oznajmującego, bez wyjaśnienia.

Mocno zalicytował również Marek Siwiec, który stworzył własną koncepcję geopolityczną – obecny rząd zawdzięcza swoją pozycję na arenie międzynarodowej interwencjom w Iraku i Afganistanie. Doskonale – zwłaszcza, że inwazja na Irak była niezgodna z prawem międzynarodowym i formalnie Organizacja Paktu Północnoatlantyckiego w nim nie uczestniczyła. Jakie więc „wzmocnienie” naszej pozycji w NATO ma na myśli Siwiec? Wobec Niemców czy Francuzów, którzy wtedy głośno krzyczeli przeciwko Waszyngtonowi? Za zachowanie Polski wobec sytuacji w Libii należą się obecnemu rządowi słowa uznania, ale minister Sikorski krytykujący interwencję w Iraku i Afganistanie też wygląda groteskowo – bo czy Platforma była wtedy przeciwko? Czy to nie koalicja wysyłała naszych żołnierzy do Afganistanu i – fakt – też ich wycofała z Iraku?

Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to bez sensu. Szkoda czasu, bo rozmowa była infantylna i płytka. Panowie – może momentami poza Kalinowskim – nie posługiwali się danymi gospodarczymi, a przecież polityka zagraniczna ma służyć przede wszystkim bezpieczeństwu i gospodarce.

Warto jeszcze wspomnieć, o czym nie powiedziano wcale (albo jednym zdaniem) w czasie piątkowego spotkania:

– o Partnerstwie Wschodnim jedno zdanie powiedział minister Sikorski w podsumowaniu, a to przecież kluczowy projekt z punktu widzenia naszej dyplomacji;
– Białorusi sobie wcale nie przypominam;
– Gruzji również zabrakło;
– o stosunkach z Niemcami wspomniano tylko w kontekście mniejszości narodowej i sporu o gazoport (Kowal ma rację – należy spisać z Niemcami umowę międzynarodową w tej sprawie);
– o Rosji tylko w kontekście Smoleńska (i ze 2 zdania Sikorskiego w podsumowaniu);
– o prawie 2,5 miliarda ludzi, to znaczy o Chinach i Indiach, nie było ani słowa, nie mówiąc już o takich „malutkich” jak Japonia czy Korea;
– dyskusja o roli Polski w UE to groteska – „mamy dużo”, „mamy mało” – i wybierz sobie telewidzu.

Za to dyskutowano o „kluczowych’ dla polskich interesów narodowych sprawach – depeszy WikiLeaks o Annie Fotydze, żywności GMO i wspólnej polityce rolnej, a także wyprawkach dla Polaków na Litwie (doceniam problem, ale to nie brak wyprawek jest powodem zaniepokojenia naszej mniejszości narodowej, poza tym polskie dzieci w Polsce nie dostają wyprawki).

Złota myśl debaty należy do Marka Siwca, a brzmiała ona mniej więcej tak: poza Euro żyć mogą tylko państwa albo bardzo bogate albo bardzo biedne. Panie Pośle, około 180 państw świata żyje poza strefą euro. Są wśród nich oczywiście państwa bardzo bogate oraz bardzo biedne, ale są też te bogate, średnio bogate i biedne.

Tylko najsmutniejsze jest to, że taki „spektakl’ jest nam fundowany z naszej winy. Polaków kompletnie nie interesują sprawy międzynarodowe, gdyż dla nas centrum wszechświata jest Polska. Stąd dziennikarze komentujący tę debatę w studiu byli taki podekscytowani – oni naprawdę myśleli, że to była ekspercka rozmowa i „waga ciężka”. Dopóki Polaków bardziej będzie interesować kolejny spór o siano w polskiej polityce niż kwestia budżetu europejskiego czy bezpieczeństwa energetycznego, dopóty taka będzie oferta naszych polityków. Politycy dopasowują ją wszakże do odbiorców.