Turcja, Izrael, Cypr: powrót zimnej wojny

Bliski i Środkowy Wschód od zawsze należał do najważniejszych obszarów świata. Wydaje się jednak, że nigdy nie cechował się taką dynamicznością jak obecnie. Nie zdążyliśmy otrząsnąć się po fali arabskich rewolucji, a już mamy do czynienia z wydarzeniami, które znacznie bardziej niż Arabskie Przebudzenie mogą wpłynąć na losy świata. Czy swoista zimna wojna panująca w relacjach Turcji z Izraelem i Cyprem może przerodzić się w konflikt militarny?

Premier Turcji, Recep Tayyip Erdogan (Zdjęcie: turkeymacedonia.wordpress.com)
Premier Turcji, Recep Tayyip Erdogan (Zdjęcie: turkeymacedonia.wordpress.com)

„Trudna miłość”

Relacje turecko–izraelskie od kilku lat nie należały do najlepszych. Ich symbolem stało się wydarzenie z końca stycznia 2009 r., kiedy to turecki premier – Recep Tayyip Erdoğan na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos hucznie opuścił panel dyskusyjny z udziałem izraelskiego prezydenta Shimona Peresa. Filmiki z tego wydarzenia obiegły cały glob, a premier Erdoğan stał się bohaterem arabskiego świata. Mimo zapewnień Peresa, które miały miejsce bezpośrednio po incydencie, że Izrael nie jest w konflikcie z Turcją, wielu komentatorów przewidywało, że turecko – izraelska przyjaźń może wkrótce dobiec końca. Gareth Evans z International Crisis Group w wywiadzie dla Al-Jazeera powiedział: „Turcja była najlepszym przyjacielem Izraela w muzułmańskim świecie. Myślę, że Izrael musi zacząć radzić sobie z faktem, że zraził do siebie wielką część populacji świata”.

Jerozolima jest jednak mistrzem w czynieniu niemożliwego. Okazało się, że mała rysa nie spowodowała większego pęknięcia w stosunkach z Ankarą. Wkrótce jednak, ku uciesze ekspertów przewidujących rychły koniec sojuszu turecko–izraelskiego, stało się coś, co spowodowało, że tureccy decydenci niechętnie zerkali w stronę Jerozolimy. Pod koniec maja 2010 r. izraelscy komandosi dokonali szturmu na statek tzw. Flotylli Wolności, która starała się sforsować blokadę morską. Wg organizatorów na pokładzie statku Mavi Marmara, płynącego pod turecką banderą, znajdowała się pomoc humanitarna dla Strefy Gazy. Inne zdanie miała oczywiście Jerozolima. Świat mógł zresztą doskonale zapoznać się z narracjami przedstawionymi przez obie strony. Wideo z akcji komandosów gościło w chyba każdym serwisie informacyjnym na świecie, a eksperci i politycy kłócili się, która ze stron ma w tym wypadku rację. Fakt, że podczas szturmu zginęło dziewięciu obywateli tureckich (jeden z nich miał również obywatelstwo amerykańskie), rozsierdził władze w Ankarze. Turcy zdecydowali się jednak wstrzymać z poważnymi oficjalnymi sankcjami do czasu wyjaśnienia incydentu przez ONZ. W międzyczasie domagali się oficjalnych przeprosin, zapłaty odszkodowania rodzinom ofiar oraz zniesienia blokady Strefy Gazy.

Czas mijał, a Izrael wciąż nie spełniał tureckich żądań. Nie oznacza to jednak, że nie zastanawiano się nad tym. Media donosiły, że sprawa Mavi Marmara głęboko podzieliła izraelski, koalicyjny rząd. Zwolennikiem pojednania z Turcją był Ehud Barak. Jako minister obrony narodowej doskonale zdawał sobie sprawę z korzyści, jakie Izrael czerpał ze współpracy m.in. wojskowej z Turcją. Nie chciał, aby w dobie niepewnych dla Izraela przemian w arabskim świecie, Jerozolima została sama. Podobno ku jego przekonaniom skłaniał się nawet sam premier. W roli Rejtana wystąpił jednak Avigdor Liebermann – izraelski minister spraw zagranicznych. Media donosiły, że ostro sprzeciwiał się złożeniu oficjalnych przeprosin, gdyż uważał, że stanowiłoby to poniżenie dla Izraela.

Czas upływał, izraelscy politycy kłócili się, raport ONZ powstawał. Jego publikacja kilkukrotnie była opóźniana, aby dać stronom kolejne szanse na osiągnięcie porozumienia. Ostateczna „batalia” odbyła się na przełomie sierpnia i września. Tekst raportu, jak to się mówi w języku dyplomacji, „wyciekł” do dziennikarzy New York Times. Jego treść rozczarowała władze w Ankarze. Twórcy raportu za incydent obwiniali bowiem obie strony. Raport uwzględniał część postulatów tureckich. Znalazły się w nim np. zapisy o tym, że Izrael powinien „odpowiednio wyrazić żal” i zapłacić odszkodowanie rodzinom ofiar. Krytykował izraelskich komandosów za nadużycie siły, ale jak donosił New York Times zauważył jednocześnie, że byli oni zmuszeni do jej użycia dla własnego bezpieczeństwa. Amerykańska gazeta opublikowała także fragment, który mówił o legalności izraelskiej blokady morskiej. Rząd w Ankarze został doceniony za próby przekonania uczestników wyprawy do uniknięcia konfrontacji z Izraelem. Twórcy raportu nie omieszkali jednak wspomnieć przy tym, że „więcej mogło być w tym zakresie zrobione”. Jasne stało się, że z treści dokumentu bardziej zadowolona może być Jerozolima. Ironia losu chciała, że raport ONZ, który miał wyjaśnić sprawę i przyczynić się do pogodzenia zwaśnionych stron, zapoczątkował prawdziwą zimną wojnę w stosunkach turecko – izraelskich.

Prężenie muskułów

Faktem jest, że politycy izraelscy wielokrotnie wyrażali żal z powodu incydentu. W dyplomacji różnica między wyrażeniem żalu a złożeniem oficjalnych przeprosin jest jednak ogromna. Tureckie media, w których przez ostatni rok relacje turecko – izraelskie były często przewijającym się tematem donosiły nawet, że początkowo władze w Ankarze poszły na kompromis i uzgodniły z Jerozolimą, że ta ograniczy się do złożenia wyrazów ubolewania. Później jednak Turcja miała zmienić swe stanowisko. Przeciwnicy pojednania z Turcją w Izraelu zarzucali politykom znad Bosforu, że niczym wytrawni pokerzyści, którym już w rozdaniu „do ręki” trafiły się dobre karty, co chwilę podnoszą stawkę. Mówili, że początkowo żądania tureckie ograniczały się do oficjalnych przeprosin, później „dorzucono” do tego odszkodowanie dla rodzin ofiar, aż w końcu zażądano również zniesienia blokady Gazy. Prawdopodobnie ten sposób negocjacji przyczynił się do tak ostrej opozycji Avigdora Liebermanna. Wydaje się, że izraelski minister spraw zagranicznych postrzegał turecką grę z Izraelem jako szukanie sposobu na potwierdzenie swej mocarstwowości. Po publikacji raportu, nie było już o czym rozmawiać. Jerozolima po raz kolejny wyraziła żal z powodu ofiar. Co zrozumiałe w świetle dokumentu temat blokady dla polityków izraelskich przestał istnieć. Turcja nie pozwoliła jednak sprawie umrzeć. Minister spraw zagranicznych –  Ahmet Davutoğlu – powiedział, że najważniejszą konsekwencją braku przeprosin ze strony Izraela będzie fakt, że „Izrael zostanie pozbawiony tureckiej przyjaźni”. Za słowami podążały czyny. Stosunki dyplomatyczne z Izraelem zostały zdegradowane. Zawieszono także wszelką współpracę wojskową. Ponadto minister wygłosił dość enigmatyczną deklarację, że Turcja podejmie „niezbędne środki”, aby zapewnić wolność żeglugi na Morzu Śródziemnym. Davutoğlu obiecał również, że Ankara udzieli niezbędnej pomocy prawnej rodzinom ofiar, które będą „dochodziły swych praw”. Nie zapomniano również o blokadzie morskiej. Turecki minister powiedział, że zainteresuje tą kwestią Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Parę dni później Ankara podjęła swoistą dyplomatyczną ofensywę przeciwko Jerozolimie zabiegając o pozyskanie głosów w sprawie palestyńskiej próby zdobycia uznania swej państwowości, która lada dzień ma odbyć się na sesji ONZ. Tureckie społeczeństwo i media w reakcjach na tego typu wydarzenia nie odbiegają zbytnio od praktyki polskiej. Działania władz początkowo wywołały euforię. Turcja miała wreszcie pokazać Izraelowi, gdzie jego miejsce. Później jednak zaczęły pojawiać się wątpliwości. W gazetach dokonywano bilansów strat i korzyści. Eksperci zastanawiali się zaś, co miały oznaczać słowa o zapewnieniu wolności żeglugi na Morzu Śródziemnym. Głowiono się czy między dwoma byłymi sojusznikami, państwami kluczowymi w regionie z punktu widzenia USA, może dojść do konfrontacji militarnej. Zachwycano się rozmiarem tureckiej floty. Wkrótce dostrzeżono to, co na początku gdzieś uwadze umykało. Naprzeciw siebie stanęli dwaj mocarze. Mięśnie jednego z nich wzmocnione są jednak uranem.

Z małej chmury duży deszcz

Od lat sen z powiek tureckim politykom spędza wysepka położona we wschodniej części Morza Śródziemnego – Cypr. Zliczenie artykułów, prac naukowych, książek, które powstawały na temat turecko – cypryjskich relacji z pewnością mogłoby stanowić jedną z dwunastu prac współczesnego Heraklesa. Na potrzeby niniejszego artykułu można zatem jedynie wspomnieć jak wygląda stan faktyczny na wyspie. Republika Cypryjska jest specyficznym państwem. W praktyce podzielona jest bowiem na dwie części. Południe, które uznawane jest przez zdecydowaną większość państw świata oraz Turecką Republikę Północnego Cypru, która cieszy się uznaniem jedynie Turcji. Państwo zamieszkują oczywiście Cypryjczycy pochodzenia greckiego i tureckiego. Choć w 2004 r. istniała poważna szansa na zjednoczenie, nie powiodło się ono. Mieszkańcy wyspy w referendum opowiedzieli się przeciwko jedności. Krótko potem Republika Cypryjska stała się członkiem Unii Europejskiej. Od tej pory skutecznie blokuje kandydackie starania Ankary. Od lat, pod egidą ONZ, toczą się rozmowy między przedstawicielami obu wspólnot zamieszkujących wyspę, które mają doprowadzić do zjednoczenia. Na początku 2011 r. z Cypru wiało optymizmem. Zanosiło się na to, że sukces może wkrótce zostać osiągnięty. W Turcji organizowano bowiem protesty przeciwko udzielaniu pomocy Cypryjczykom tureckiego pochodzenia. W tym wypadku czynnik społeczeństwa jest niezwykle ważny. Ankara prawdopodobnie nie obstawałaby tak twardo przy kwestii cypryjskiej, gdyby nie przeczucie, że kwestia ta jest ważna dla obywateli. Należy zauważyć, że rozwiązanie konfliktu cypryjskiego leży w interesie Turcji. Za rok prezydencję w Unii obejmie bowiem Cypr. Wydawało się, że wszystko przemawia na korzyść rozwiązania konfliktu. Wkrótce jednak okazało się, że nadzieje na zjednoczenie nie mają oparcia w rzeczywistości. Pojawiły się wypowiedzi kolejnych tureckich polityków, w których grozili, że Turcja zamrozi relacje z Unią Europejską, jeśli prezydencję obejmie ciągle podzielony Cypr. Uważnemu obserwatorowi polskich telewizji informacyjnych ta „sensacyjna” informacja nie miała szansy umknąć. Raz po raz pojawiała się bowiem na paskach na dole ekranu. Unia nie mogła być zaskoczona tą deklaracją. Mogła spodziewać się tego co najmniej od 2004 r., kiedy to Republika Cypryjska stała się pełnoprawnym członkiem Rodziny Europejskiej. Prawdziwie niepokojące wydarzenia, które stanowią porządną dyplomatyczną łamigłówkę miały miejsce w ciągu kilku następnych tygodni.

Gazowe przepychanki

Kość niezgody stanowią złoża gazu, które zostały odkryte we wschodniej części Morza Śródziemnego. Media donoszą, że są to największe zasoby odkryte w ciągu ostatniej dekady. Wydobyciem, na podstawie wzajemnych porozumień, mają zająć się Cypr oraz współpracujące ze sobą amerykańska firma Noble Energy oraz izraelska Delek. Wydobyciu sprzeciwia się Turcja. Politycy twierdzą, że jako kraj o najdłuższej linii brzegowej w regionie również mają prawa do złóż. Dużo głośniej podnoszonym przez nich argumentem jest solidarność z mieszkańcami północnej części Cypru. Tureccy decydenci twierdzą bowiem, że korzyści z wydobycia powinny czerpać obie społeczności zamieszkujące wyspę. Ankara przestrzegała przed rozpoczęciem eksploatacji złóż. Cypr niewiele się tym przejmował. Groził dalszym blokowaniem rozmów akcesyjnych oraz twierdził, że społeczność międzynarodowa uznaje jego prawa do nowo odkrytego gazu. Unia Europejska wzywała strony do zachowania wstrzemięźliwości. Brukselę trudno jednak uznać za bezstronnego arbitra. Dumni Turcy nigdy nie wybaczyli jej przyjęcia w poczet państw członkowskich Republiki Cypryjskiej. Trudno wyobrazić sobie, że tym razem opowie się po stronie Ankary. Napięcie w regionie znacznie wzrosło. Premier Erdoğan mówił, że „działalność wydobywcza administracji cypryjskich Greków jest niczym innym jak sabotowaniem procesu negocjacyjnego między Cypryjczykami pochodzenia tureckiego a Cypryjczykami pochodzenia greckiego”. Turecka gazeta Zaman, powołując się na pragnących zachować anonimowość dyplomatów twierdzi, że Hillary Clinton, powiedziała ministrowi spraw zagranicznych Turcji Ahmetowi Davutoğlu, że „uznana administracja wyspy ma prawdo do decydowania jak eksploatować swoje zasoby”. W odpowiedzi 21 września Turcja podpisała własne porozumienie z Turecką Republiką Północnego Cypru. Na jego mocy mają podjąć poszukiwania na własną rękę. Ponadto Ankara ogłosiła, że do ochrony statków, które mają dokonywać poszukiwań, wykorzystane będą flota morska i lotnictwo. Przedstawiciel rządu Republiki Cypryjskiej –  Stefanos Stefanou – przebywający w Nowym Jorku powiedział, że „Turcja dopuściła się kolejnego nielegalnego aktu, podpisując porozumienie z nielegalnym podmiotem”. Eksperci są jednak sceptyczni. Twierdzą, że w tej części regionu, w której Ankara chce podjąć poszukiwania, prawdopodobnie wiele nie znajdzie. Dodatkowo obszar Morza Śródziemnego mają patrolować tureckie okręty, które będą pilnowały, żeby Izraelczycy nie przechwytywali statków z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy.

Gotować się do wojny?

Statek pod turecką banderą płynie z pomocą humanitarną do Strefy Gazy. Eskortowany jest przez trzy tureckie okręty. Na horyzoncie zaczynają pojawiać się zarysy innych okrętów. Płynący w kierunku Izraela domyślają się, że przed ich oczami staje nieuniknione. Pasażerów cywilnego statku opanowuje strach, gdyż zdają sobie sprawę, że naiwnie liczyli, że może Izrael zdecyduje się odwołać swoją blokadę morską. Dowodzący okrętami eskortującymi pomoc humanitarną uświadomił sobie, że od jego zachowania zależeć może przyszłość całego regionu. Wkrótce naprzeciw siebie stają okręty tureckie i izraelskie. Co stanie się, gdy rzeczywiście dojdzie do takiej sytuacji? Czy Izrael zdecyduje się ustąpić? Historia uczy, że rozwiązanie takie należy raczej wykluczyć. Czy zatem Turcja naprawdę gotowa jest na militarną konfrontację ze swoim dawnym sojusznikiem?

Aktualny stan relacji turecko – izraelskich bardzo przypomina coś, co doskonale znamy już z przeszłości. Między dwoma byłymi sojusznikami utrzymuje się stan zimnej wojny. Podejmują przeciwko sobie działania na gruncie dyplomatycznym, straszą się swoim potencjałem, jednak tak naprawdę doskonale wiedzą, że konfrontacja militarna nie opłaciłaby im się. Czemu zatem premier Erdoğan ryzykuje tak bardzo? Jakie korzyści może mu przynieść tak asertywna polityka zagraniczna wobec Izraela?

Wydaje się, że doskonałą odpowiedzią na powyższe pytania może być Arabska Wiosna. Obrazem tego niech będzie ostatnie wystąpienie premiera Turcji na forum Organizacji Konferencji Islamskiej. Każda część jego przemowy, w której atakował Izrael została nagrodzona ogromnymi brawami. W trakcie podróży, którą odbył ostatnio po Egipcie, Tunezji i Libii, przez „arabską ulicę” witany był niczym gwiazda pop. Społeczeństwa uwielbiają go do tego stopnia, że jedna z kanadyjskich gazet ochrzciła go „nowym cesarzem” regionu. Asertywna polityka wobec Jerozolimy umacnia pozycję Ankary w odbudowującym się świecie arabskim. Możliwe, że w świetle wciąż niepewnej perspektywy członkowskiej w Unii Europejskiej, Recep Tayyip Erdoğan stara się zbudować „bezpieczną przystań” w regionie. Mógłby to zarazem być sygnał dla Brukseli, że ta nie będzie mogła prowadzić skutecznej polityki wobec tego obszaru świata, nie mając w gronie swych członków Republiki Turcji. Zamrożenie relacji z Unią Europejską z pewnością spowoduje jakieś straty ekonomiczne. Być może premier Erdoğan, poprzez utrzymywanie dobrych relacji z krajami arabskimi, chce jakoś zamortyzować skutki tego posunięcia. Zasobna w ropę Libia, dobrze rządzony Egipt mogą być doskonałymi partnerami, z którymi współpraca gospodarcza może przynieść odpowiednie zyski.

Póki co wydaje się to jednak odległa perspektywa. Komentatorzy, którzy twierdzą, że turecki premier nie zerwał do końca ze swoją przeszłością, z pewnością skrytykują taki sposób rozumowania. Wykażą, że Erdoğan chce odsunąć Turcję od Europy i zbudować podobny, konkurencyjny twór w regionie Bliskiego i Środkowego Wschodu. Żadnej z opcji nie można wykluczać. Wydaje się jednak, że pomimo zbliżenia na linii Egipt – Turcja nie należy zakładać, że dobre relacje będą trwałe. Na myśl przychodzi sytuacja, którą znamy z historii Imperium Osmańskiego, kiedy to wzrastający w siłę Egipt chciał przejąć rolę lidera w regionie.

Wydaje się, że wojna jest najmniej prawdopodobnym rozwiązaniem. Trudno jednak z całą pewnością ją wykluczyć. Historia uczy bowiem, że życiem często rządzi przypadek. Przypomnijmy sobie scenariusz z początku niniejszej części artykułu. Co stałoby się gdyby była to realna sytuacja, a dowodzący tureckimi okrętami spontanicznie podjąłby decyzję o wystrzeleniu w kierunku izraelskich statków torpedy? Najbardziej prawdopodobne jest, że stan zimnej wojny między byłymi sojusznikami potrwa jeszcze jakiś okres. Do czasu, kiedy jeden z nich „pęknie”. Po cichu, za zamkniętymi drzwiami będą odbywały się negocjacje. Świadczyć może o tym fakt, że Turecka Republika Północnego Cypru nadal utrzymuje kontakty z Izraelem. Biorąc pod uwagę zażyłość między Turcją a uznawaną tylko przez Ankarę republiką fakt ten może być istotny. Nie zapominajmy ponadto, że zgoda między Izraelem a Turcją leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Dyplomacja amerykańska z pewnością będzie podejmowała zabiegi zmierzające do pogodzenia zwaśnionych stron. Tego, kto i za jaką cenę pierwszy zgodzi się na ustępstwa nie dowiemy się zapewne nigdy. Chyba, że WikiLeaks przyjdzie nam z pomocą. Wprawdzie nie możemy ze stu procentową pewnością powiedzieć, w jakim kierunku potoczy się konflikt turecko – izraelski, ale wydaje się, że przynajmniej możemy mieć satysfakcję z tego, że doprawdy, żyjemy w ciekawych czasach.

 Karol Wasilewki. Artykuł ukaże się również w czasopiśmie Notabene.