Nowojorska izraelsko-palestyńska rozgrywka

Mahmud Abbas ogłosił decyzję – Palestyna złoży na ręce Sekretarza Generalnego ONZ, Ban Ki-Moona, wniosek o przyjęcie w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pierwotnie taki wniosek miał być złożony 20 września, ale Palestyńczycy grają na czas i złożą go nieco później – czekając do końca na odpowiadającą im ofertę, wiedząc że po głosowaniu w/s członkostwa – na 100% przegranym – wcale nie obudzą się w lepszym świecie.

Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)
Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oraz prezydnet USA, Barack Obama, podczas spotkania w Białym Domu (Zdjęcie: ivarfjeld.wordpress.com)

W Nowym Jorku znajduje się też prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama, oraz premier Izraela, Benjamin Netanjahu. Obama zapowiedział już publicznie zawetowanie wniosku palestyńskiego w RB ONZ, co przesądza o jego losie. Jednocześnie ani Izraelczykom, ani Amerykanom nie zależy na dojściu do głosowania, bo cały świat będzie krytykował Waszyngton – podobnie jak w przypadku potępienia izraelskiego osadnictwa na Bliskim Wschodzie, poprzednim razem, gdy 14 państw głosowało „za”, a Amerykanie „przeciwko”.

Proponowane wyjście z impasu?
Oficjalna propozycja amerykańska i izraelska brzmi: wróćmy do rozmów, ale bez warunków wstępnych. Z medialnego punktu widzenia – brzmi to co najmniej nieźle. Pokazuje chęć rozmów i to natychmiast. Równocześnie trwa izraelsko-amerykańska ofensywa dyplomatyczna mająca na celu maksymalnie zmienić wynik głosowania w taki sposób, aby to nie tylko amerykańska postawa zapobiegła przyjęciu Palestyny do ONZ.

Tylko że Abbas – zgadzając się na powrót do bezpośrednich rozmów – nie uzyskuje nic, poza dialogiem, który przecież – oficjalnie czy też nie – trwa od kilkudziesięciu lat. Warunek wstępny Palestyńczyków zakłada wstrzymanie rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Jerozolimie Wschodniej, które w istocie jest szantażem. Izrael najpierw zainstaluje osadników, a potem powie, że oni już tam są i trudno o ich ewakuację. Polityka faktów dokonanych – bardzo skuteczna. Warunek palestyńskich – z racjonalnego punktu widzenia – wcale nie jest zaporowy, a jest rzeczywistym minimum, takim jak na przykład to, że na czas rozmów zbrojne ramię Fatahu nie będzie atakować Izraelczyków.

Fatah (partia Mahmuda Abbasa) już teraz znajduje się w nie najlepszej sytuacji, a różne patologie władzy obecne w Palestynie wzrostowi poparcia nie służą- zwłaszcza w czasie Arabskiej Wiosny. Nawet jeśli przegra głosowanie, ma szanse wzmocnić swoją pozycję, gniew kierując w stronę Izraela i Stanów Zjednoczonych. Jeśli się wycofa i w ramach bezpośrednich rozmów dostanie to samo co zwykle – czyli nic + następne izraelskie osiedla, to z pewnością za wygranego wśród swoich rodaków uchodził nie będzie. A sam proponował już Izraelczykom m.in. rezygnację z nierealnego prawa Palestyńczyków do powrotu.

Abbas zatem może odpuścić tylko wtedy, gdy uzyska odpowiednie gwarancje ustępstw izraelskich, a na to z kolei – również z powodów politycznych – pójść nie zamierza reprezentujący mocno prawicowy elektorat, w tym osadników, premier Netanjahu. Jego wyborcy nie chcą pokoju z Izraelem, na pewno nie w granicach z 1967 roku, a z własnych domów – czyli osławionych już osiedli – również się nie mają ochoty wyprowadzać.

A Amerykanie?
Sytuację mogliby uratować Amerykanie. Co prawda cały prestiż Waszyngtonu wyparował wraz z interwencją w Afganistanie i Iraku, ale mają oni ważne argumenty mogące przekonać Izraelczyków i Palestyńczyków do pokoju – amerykańskie, oryginalne dolary. Izrael otrzymuje, w różnej formie, pomoc o wysokości kilku miliardów dolarów. Autonomia Palestyńska również finansuje się m.in. z pieniędzy amerykańskich. Między Izraelem, a Stanami Zjednoczonymi istnieje też strategiczny sojusz wojskowy.

Amerykanie mają zatem możliwość pociągania za odpowiednie sznurki. Robią to jednak jedynie w jedną stronę – Palestyńczycy nieraz stawali przed groźbami odcięcia strumienia pieniędzy. O analogicznym przypadku w stosunku do Izraela nie słyszałem.

Nie wygląda jednak na to, aby Obama miał rozplanowaną grę – wszakże sam proponował granice z 1967 jako podstawę rozmów, a teraz się z tego wycofuje. Wielokrotnie oficjalnie potępiał również rozbudowę osadnictwa i zachęcał do jej zaprzestania – już tego nie robi. Naciska zatem na ustępstwa na Abbasa, czyli słabszego zawodnika, który nie dysponuje wpływowym lobby na Kapitolu. To on ma oszczędzić Ameryce nieprzyjemności związanych z wetowaniem, w tym wykorzystaniu go przez antyamerykańskie ugrupowania na Bliskim Wschodzie.

Na odsiecz Palestyńczykom – przynajmniej oficjalnie – ruszyła Arabia Saudyjska. Ustami księcia Turkiego al-Faisala zapowiedzieli, że w razie amerykańskiego weta dojść może do kryzysu na linii Waszyngton-Rijad.

Trzeba pamiętać, że tzw. Arabska Wiosna wręcz naturalnie jest propalestyńska, a zatem i antyizraelska. Doskonale widać to przy okazji wydarzeń w Egipcie, gdzie niszczy się gazociągi prowadzące do Izraela, demonstruje przed ambasadą czy otwiera – wcześniej zamkniętą – granicę ze Strefą Gazy. Saudyjczycy – chcąc, nie chcąc – muszą ostentacyjnie demonstrować poparcie dla Palestyńczyków, chociażby względu na niepokoje oraz oficjalną linię państw muzułmańskich (w tym Turcji). Trudno jednak oczekiwać, by w wyniku weta doszło do zerwania przyjaznych stosunków amerykańsko-saudyjskich.

To co teraz?
Aż do głosowania Mahmud Abbas poddawany będzie olbrzymiej presji. Różne scenariusze są otwarte. Jeżeli Amerykanie chcą pokoju – muszą przekonać premiera Netanjahu, aby na czas rozmów powstrzymał izraelskie osadnictwo. Proszę wyobrazić sobie – jesteśmy na etapie problemów ze wznowieniem rozmów, a co dopiero o rozwiązaniu olbrzymiej liczby problemów (osadnictwo izraelskie, granice, status Jerozolimy, woda na Zachodnim Brzegu itd).

Najbardziej optymistyczny, aczkolwiek mało prawdopodobny, scenariusz zakłada, że Obama i Netanjahu mają gotowe propozycje dla Abbasa i nie ujawniają ich, nie chcąc ich spalić. O ile te prezydenta Obamy są czasami sensowne, o tyle zawsze – w razie konfliktu ze stanowiskiem Izraela – wycofuje się z nich. Bezpośrednie rozmowy mają sens tylko wtedy, gdy idą za nimi konkretne propozycje, a nie tylko przystawki.

Obama i Netanjahu mają rację, gdy podkreślają, że faktycznie niepodległa Palestyna może powstać tylko na drodze negocjacji, a nie jednostronnych wniosków do ONZ, aczkolwiek obie strony mogą dojść do porozumienia jedynie w razie dwustronnych, olbrzymich ustępstw. Chęci do nich, zwłaszcza po stronie obecnego rządu, brakuje – zgodnie zresztą z głosami wyborców, którzy taki układ polityczny w Izraelu popierają. Palestyńska polityka w Nowym Jorku pokazuje tylko ich bezradność.