Japonia w stagnacji

Wypadnięcie japońskich przedsiębiorstw z rankingu Forbesa 50. najlepszych azjatyckich firm notowanych na giełdzie, podczas gdy pięć lat temu, w roku 2006, było w nim aż 13 japońskich podmiotów, stanowi kolejny symbol degradacji roli Japonii na arenie globalnej, w szczególności gospodarczej (Cesarstwo od czasów powojennych nie jest bowiem zbyt aktywnym i poważanym graczem w polityce międzynarodowej).

Źródło: dreamstime.com
Źródło: dreamstime.com

Dwie stracone dekady

Aż do 1991 roku japońska gospodarka pędziła w imponującym tempie. Japońskie firmy notowały dynamiczny wzrost wartości, a Amerykanie na serio obawiali się, że Japończycy ich po prostu wykupią. Od wspomnianego roku 1991 Japonia przeżywa jednak poważny kryzys gospodarczy – giełda straciła 2/3 wartości w porównaniu do okresu szczytowego, kraj boryka się z deflacją i niskim wzrostem gospodarczym, a także rosnącym zadłużeniem publicznym (ponad 220% PKB, co przekłada się na ponad 12 bilionów dolarów, a jedynym plusem jest struktura długu, który w 90% znajduje się w rękach Japończyków i japońskich inwestorów).

W najnowszym rankingu ForbesaAsia’s Fab 50” znalazły się aż 23 firmy z Chin (wobec 16 w ubiegłym roku), osiem z Republiki Korei oraz siedem z Indii. Stawkę uzupełniają przedsiębiorstwa z Australii, Indonezji, Malezji, Singapuru, Filipin, Tajlandii i Tajwanu. Brak jakichkolwiek firm japońskich w dużej mierze może wynikać z trudności spowodowanych tegorocznym trzęsieniem ziemi i tsunami, jednak kataklizm nie stanowi pełnej odpowiedzi. Japońskie firmy po prostu tracą konkurencyjność w stosunku do swoich regionalnych rywali. Problemy tkwią zarówno w strukturze firm i ich wewnętrznej organizacji, jak też w przestarzałych regulacjach i skostniałym rynku pracy.

Klasa polityczna do wymiany

Natomiast głównym problemem Japonii jest jej permanentna niestabilność polityczna. Mimo faktu, iż na scenie politycznej liczą się zaledwie dwie duże partie (z czego jedna urosła w siłę w ostatnich kilku latach) – prawicowa LDP i lewicowa DPJ, w ostatniej dekadzie tylko jeden premier rządził znacząco dłużej niż przez jeden rok. Ta sztuka udała się charyzmatycznemu Junichiro Koizumiemu (rządził od kwietnia 2001 do września 2006). Jego trzej następcy z tej samej partii – LDP – rządzili odpowiednio 365 dni (Shinzo Abe), 364 dni (Yasuo Fukuda) i 357 dni (Taro Aso).

Zmiana partii rządzącej, ewenement w powojennej historii politycznej Japonii – z krótką przerwą od zakończenia wojny rządziła bowiem prawicowa LDP – nie przyniosła zmiany zwyczaju krótkiego żywota na stanowisku szefa rządu. Choć DPJ rządzi od września 2009 roku, kilka dni temu wybrała trzeciego już premiera. Jego polityczny żywot także będzie krótki, gdyż stoją przed nim ogromne wyzwania, z którymi nie poradzili sobie poprzednicy – odbudowa kraju po trzęsieniu ziemi i tsunami oraz reforma budżetu w celu redukcji deficytu publicznego. W zasadzie oba te cele wykluczają się wzajemnie, gdyż trudno będzie sfinansować odbudowę bez zaciągania kolejnych długów. Tymczasem obsługa zadłużenia stanowi niemal trzecią część japońskiego budżetu.

Słabe perspektywy

Kryzys państwa, kryzys przedsiębiorstw, a do tego kryzys demograficzny (Japonia coraz bardziej się starzeje) – wszystko to sprawia, że perspektywy ekonomiczne kraju stają się coraz bardziej niepewne. Znalazło to wyraz w decyzji agencji ratingowych, które (Moody’s, S&P) obniżyły w tym roku rating Japonii lub (Fitch) obniża perspektywę ratingu ze stabilnej na negatywną.

Podczas gdy gospodarki regionalnych rywali znajdują się na ścieżce szybkiego wzrostu, Japonia stoi w miejscu (wzrost PKB w II kwartale br. wyniósł 0,2%). A kto stoi w miejscu, ten się cofa (w rzeczywistości traci dystans do reszty stawki). Niestety dla Japonii, nie widać nikogo ani niczego, co mogłoby doprowadzić do renesansu chorej gospodarki oraz dysfunkcjonalnej polityki. Japonia nieuchronnie staje się Krajem Więdnącej Wiśni.

Piotr Wołejko