Rozgrywka w ONZ o Palestynę

źródło: blogdouh.zip.net
We wrześniu głosowany może być wniosek o przyjęcie Palestyny w poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych. Wokół niego trwa obecnie rozgrywka na Bliskim Wschodzie. Między Palestyńczykami i Izraelczykami nie ma obecnie oficjalnych rozmów, a rząd Izraela, zgodnie ze swoim programem, rozbudowuje osadnictwo na Zachodnim Brzegu Jordanu. Impuls do rozmów próbował nadać Barack Obama, ale skutkiem tego było przytrzaśnięcie drzwiami palca i jego spuchnięcie (opisywałem to w artykule „Granice Palestyny z 1967 roku, czyli o przełomie, którego nie było”, a także opowiadałem w telewizji Polsat News). W międzyczasie doszło do zbliżenia Fatahu z Hamasem, co z kolei zaowocowało deklaracją izraelską wypowiedzianą przez premiera Netanjahu, że Abbas będzie rozmawiał albo z Hamasem albo z Izraelem, a także amerykańskimi groźbami odcięcia pomocy finansowej.

„Łabędzi śpiew” Palestyńczyków w ONZ?
Teraz przenosimy się na salony – do Nowego Jorku, gdzie swoją siedzibę ma Organizacja Narodów Zjednoczonych. To właśnie tam, 21 września, miałoby dojść do głosowania w/s przyjęcia Palestyny w poczet członków organizacji. Tak, miałoby, bo oficjalnie wniosku jeszcze nie ma, a jego złożenie u w gruncie rzeczy obrazuje bezradność Palestyńczyków z dwóch powodów.

Po pierwsze, prezydent Abbas może się nawet nie mylić, gdy mówi o 122 państwach uznających Palestynę, ale głosowania i tak nie wygra. O ile sprawa w Zgromadzeniu Ogólnym jest otwarta, o tyle rzut oka do Karty Narodów Zjednoczonych przekonuje nas, że Palestyna we wrześniu nie zostanie członkiem tej organizacji. Zgodnie z art. 4 KNZ decyzję o przyjęciu do organizacji podejmuje Zgromadzenie Ogólne na zalecenie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Takie zalecenie wydawane jest większością 9 głosów i wymaga zgody wszystkich stałych członków tego organu, a więc także Amerykanów. W przypadku pojawienia się takiego wniosku, weto Waszyngtonu to oczywistość. Skoro wcześniej zawetowali projekt rezolucji o potępieniu rozbudowy osadnictwa izraelskiego na Zachodnim Brzegu Jodanu (14 głosów „za”, 1 „przeciwko”), to tym bardziej zrobiliby tak w przypadku wniosku o przyjęcie Palestyny do ONZ.

Po drugie, nawet przejście takiego wniosku nic nie oznacza. Palestyna nie będzie funkcjonować jako państwo bez porozumienia pokojowego z Izraelem. Wiedż o tym zarówno Abbas, jak i Netanjahu – ewentualny wniosek jest ze strony prezydenta Autonomii Palestyńskiej głosem rozpaczy a nie przenikliwym pomysłem na okiwanie Izraelczyków, strzelenie im bramki i rozpoczęcia drugiej połowy meczu pod nazwą „niepodległa Palestyna”. Palestyńczycy nie dysponują odpowiednio mocną gospodarką, aparat państwowy przeżarty jest korupcją, istnieje nadal spór o Jerozolimę, problem uchodźców a państwo podzielone na Zachodni Brzeg Jordanu i Strefę Gazy. Palestyna obecnie jest zależna od Izraela, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej.

Izraela ewentualne złożenie wniosku na pewno nie ucieszy, bo – jeśli doszłoby do głosowania w Zgromadzeniu ONZ – w bezwzględnej liczbie głosów, przegra. Świat jest też coraz bardziej zniecierpliwiony sabotowaniem rozmów przez obecny rząd izraelski i werbalnie da temu upust. Nie jest znana treść wniosku (jak już pisałem – jeszcze nie wpłynął), więc do końca nie wiadomo, czego będą domagać się Palestyńczycy. Jedyne co mogą wywalczyć, to niewiążąca rezolucja ZO ONZ, która będzie miała wymiar propagandowy i zostanie przez Izrael po prostu zignorowana. Pod koniec lipca m.in. w sprawie wniosku mieli spotkać się prezydenci Izraela i Palestyny – Szymon Peres i Mahmud Abbas. Według doniesień medialnych, spotkanie w ostatniej chwili zablokował Benjamin Netanjahu.

A co na to Polska?
Zaciekawiony stanowiskiem Polski wysłałem zapytanie do biura rzecznika prasowego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polski.

Polskie oficjalne stanowisko prezentuje się w następujący sposób:

„Uważamy, że w tej kwestii Unia Europejska powinna zająć wspólne stanowisko. Jako Prezydencja będziemy wspierać wysiłki WP C. Ashton w celu wypracowania kompromisu – gdyż po traktacie lizbońskim to na Europejską Służbę Działań Zewnętrznych spoczywa odpowiedzialność za kreowanie europejskiej polityki zagranicznej oraz wypracowanie wspólnego stanowiska państw członkowskich”

Pięknie sformułowane, ale nic z tego nie wynika. To, że Unia Europejska stara się (i warto podkreślić to słowo) prowadzić aktywną politykę na Bliskim Wschodzie nie oznacza, że my mamy nie mieć własnego zdania. Sytuacja jest o tyle ciekawsza, że państwa UE wcale nie mają w tej sprawie jednakowego stanowiska. Dla przykładu, Niemcy i Francuzi/Brytyjczycy mogą zagłosować odmiennie. Wspólne stanowisko UE może – chociaż oczywiście nie musi – okazać się bajką już na samym starcie. Tym bardziej powinniśmy mieć swoje zdanie jako państwo sprawujące prezydencję. Czas pokaże na ile UE będzie jednolita, bo prawdą jest, że jeżeli ma się liczyć w tej grze, to musi być spójna wewnętrznie. Obecnie przepisy Traktatu Lizbońskiego co podkreślałem wielokrotnie, nie gwarantują możliwości prowadzenia skutecznej, wspólnej polityki zewnętrznej. Na zmiany się również nie zanosi ze względu na partykularne interesy poszczególnych członków. Catherine Ashton tańczy tak, jak im Francuzi, Brytyjczycy i Niemcy zagrają, a nie na odwrót.

Jedno jest jednak pewne. Wszyscy woleliby głosowania w Organizacji Narodów Zjednoczonych uniknąć.