Kurdyjskie nihil novi

Wybory 12 czerwca miały być świętem tureckiej demokracji. Kolejnym krokiem,  zmierzającym do ostatecznego rozwiązania nękających ją problemów i dalszego zbliżenia między Turkami i Kurdami. Blisko dwa miesiące od dnia, kiedy wyborcy poszli do urn, okazuje się jednak, że na wyjście z trwającego od kilkudziesięciu lat impasu, trzeba będzie jeszcze poczekać. Kurdyjscy bojownicy o wolność nie powiedzieli bowiem ostatniego słowa.

Wszystko o nas bez nas

Prokurdyjska Partia Pokoju i Demokracji (BDP) obrała bardzo mądrą strategię w celu uzyskania miejsc w nowym parlamencie. Aby uniknąć skutków wysokiego progu wyborczego (10% głosów w skali kraju), który prawdopodobnie skutecznie zapobiegłby obecności jej członków w ciele ustawodawczym, zdecydowała się na popieranie powiązanych z nią „niezależnych” kandydatów. Pomysł okazał się być niezwykle trafny. Dzięki niemu w Wielkim Zgromadzeniu Narodowym Turcji (TBMM), z ramienia BDP miało bowiem zasiadać 36 posłów. Oznaczało to niemal dwukrotny wzrost w porównaniu do poprzedniego składu parlamentu. Radość z dobrego wyniku szybko jednak zamieniła się w gorycz. Jej powodem była decyzja sądu o nie wypuszczeniu z aresztu sześciu nowo wybranych deputowanych, których popierała prokurdyjska partia. W zakładzie karnym przebywali w związku ze sprawą Unii Wspólnot Kurdyjskich (KCK), której zarzuca się powiązania z terrorystyczną Partią Pracujących Kurdystanu (PKK). Jeden z uwięzionych, Hatip Dicle, na mocy decyzji Najwyższej Rady Wyborczej (YSK) stracił swój mandat, ze względu na fakt, iż w 2009 r. został skazany na karę pozbawienia wolności w związku z zarzutami związanymi z terroryzmem. Oba postanowienia wywołały oburzenie wśród zwolenników BDP. Członkowie partii podjęli decyzję, że zbojkotują ceremonię zaprzysiężenia nowych członków parlamentu. Oznaczało to, że faktycznie nie będą mogli pełnić funkcji, która powierzona została im przez wyborców. Spotkania swojej grupy parlamentarnej postanowili odbywać w Diyarbakır, lezącym w południowo-wschodniej części kraju. Decyzja BDP została skrytykowana zarówno przez przedstawicieli rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), jak i niektórych organizacji międzynarodowych. Premier Erdoğan komentując poczynania kurdyjskich deputowanych nie zapomniał wspomnieć, że kryzys parlamentarny został sprowokowany przez samą BDP. Mówił, że „ci, którzy nominowali kandydatów, chociaż znali prawdopodobne skutki, powinni szanować decyzję władzy sądowniczej”. Zachęcał także partię do zakończenia bojkotu parlamentu i wspólnego wypracowania rozwiązania. Nie rozstrzygając sporów między tureckimi politykami należy zauważyć, że decyzje władzy sądowniczej, YSK i BDP, z pewnością nie przysłużyły się dialogowi turecko-kurdyjskiemu. Wkrótce jednak wydarzyło się coś, co może stanąć na przeszkodzie w realizacji zainicjowanego przez rząd AKP planu „jedności i braterstwa”, który ma być odpowiedzią na „kwestię kurdyjską” w Republice Turcji.

Śmierć w Silvan

Ataki terrorystyczne, przeprowadzane przez PKK, nie są w Turcji czymś wyjątkowym. Przeglądając na bieżąco tureckie media, często można natknąć się na informacje o kolejnych ofiarach walk między terrorystami a siłami zbrojnymi. W sobotę 9 lipca członkowie PKK porwali trzech Turków. Wkrótce, w celu ich odbicia, wysłano mały oddział. Do „spotkania” żołnierzy i terrorystów doszło 14 lipca. W jego wyniku śmierć poniosło 13 wojskowych i, wg oświadczenia Sztabu Generalnego, 7 członków PKK. Według informacji zawartych w tym dokumencie, granat rzucony przez terrorystów na mocno zalesionym terenie, wywołał pożar. W jego płomieniach zginęli żołnierze. Był to najbardziej krwawy atak PKK od kilku lat. Wywołał falę protestów w całej Turcji. Bardzo szybko pojawiło się jednak zdanie negujące oficjalną wersję wydarzeń. Bliska Partii Pracujących Kurdystanu agencja prasowa Fırat twierdziła, że żołnierze zginęli na skutek ataku wojskowego samolotu, którego celem byli terroryści. Operacja miała być tak źle przeprowadzona, że w jej efekcie śmierć ponieśli także członkowie jednostek wojskowych, którzy stacjonowali w pobliżu.

Wkrótce po ataku pojawiły się spekulacje, że decydenci w PKK podjęli decyzję o ataku, aby dać sygnał BDP, żeby nie kończyła bojkotu parlamentu. Przedstawiciele prokurdyjskiej partii złożyli kondolencje rodzinom ofiar ataku, ale, co podkreślały tureckie media, nie potępili jednoznacznie  PKK. Selahattin Demirtaş, deputowany z ramienia BDP twierdził, że aktu terroryzmu nie należy „ani bezpośrednio, ani pośrednio” łączyć z działaniami partii i jej decyzją o bojkocie TBMM. Działania PKK potępiło wielu kurdyjskich intelektualistów. Cytowany przez dziennik Zaman poeta Kemal Burkay powiedział, że „środowiska, które sprzeciwiają się próbom przyjęcia nowej konstytucji i rozwiązania kwestii kurdyjskiej w Turcji, uderzają w plany rządu zmierzające do znalezienia wyjścia z problemu pokojowymi środkami”. Burkay skrytykował także BDP, które nie potrafi odciąć się od PKK i wezwał partię do zakończenia parlamentarnego bojkotu. Inny pisarz kurdyjskiego pochodzenia, Muhsin Kızılkaya, również twierdził, że atak miał na celu przerwanie starań tureckiego rządu, zmierzających do rozwiązania „kwestii kurdyjskiej” w sposób pokojowy.

Akt terroryzmu został potępiony między innymi przez Stany Zjednoczone oraz przedstawicieli NATO, Parlamentu Europejskiego i Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Z niecierpliwością oczekiwano jednak reakcji członków rządu. Premier Erdoğan ogłosił, że władza będzie kontynuowała działania zmierzające do demokratyzacji kraju. Stanowczo podkreślił jednak także, że rząd nie da się zmusić do negocjacji z terrorystami. Odnosząc się do BDP powiedział, że „ci, którzy chronią złe intencje, nie powinni oczekiwać od nas, że odwzajemnimy się im dobrą wiarą”. Słowa te mogą oznaczać, że Turcja jeszcze bardziej restrykcyjnie będzie traktowała polityków, którzy nie chcą wyraźnie odciąć się od terrorystycznych działań PKK. Wkrótce, o czym będzie mowa w dalszej części artykułu, teza ta znalazła potwierdzenie w rzeczywistości. Tymczasem, na nieszczęście posłów pochodzenia kurdyjskiego, atak z Silvan zbiegł się w czasie ze zgłoszoną przez przedstawicieli Kurdów ciekawą inicjatywą.

„Demokratyczna autonomia”

Również w czwartek 14 lipca, w Diyarbakır, zebrał się Kongres Społeczeństwa Demokratycznego (DTK). Jest to ciało, które zrzesza kurdyjskie organizacje pozarządowe. Po trwającym sześc godzin spotkaniu oświadczenie wygłosiła prokurdyjska deputowana Aysel Tuğluk. Jak donosi Zaman powiedziała ona, że „Kurdowie ogłosili demokratyczną autonomię, pozostając jednocześnie lojalnymi narodowej jedności Turcji, szanując jej terytorialną integralność”. Jak można się domyśleć, w świetle wydarzeń z Silvan deklaracja nie została ciepło przyjęta. W zaistniałej sytuacji, rząd nie wyraził zainteresowania dyskusją nad dokumentem. Fatalny zbieg okoliczności spowodował, że interesujący pomysł, który być może mógłby stanowić przełom w kryzysowej, powyborczej sytuacji, póki co musi zostać „odłożony na półkę”.

Uważny czytelnik z pewnością zwróciłby uwagę, że w poprzednim zdaniu występuje zagęszczenie trybu przypuszczającego. Nie jest to przypadek, ani żaden kaprys autora. W rzeczywistości bowiem  nie do końca wiadomo czym „demokratyczna autonomia” miałaby być. Z analizy tureckich mediów można wysnuć wniosek, że w idei chodzi o silny samorząd lokalny. Turcy obawiają się jednak, że doprowadziłoby to do używania przez Kurdów własnego języka w charakterze oficjalnego oraz posługiwania się oddzielną flagą. Na takie rozwiązanie nie zdecydowałby się prawdopodobnie żaden z tureckich polityków. Co ciekawe, niektórzy autorstwo pomysłu przypisują postaci, o której w większości anatolijskich domostw nie mówi się inaczej niż używając siarczystych przekleństw.

Nawrócony terrorysta?

Abdullah Öcalan, lider Partii Pracujących Kurdystanu, od wielu lat przebywa w więzieniu na wyspie İmralı. Ze społeczeństwem komunikuje się przy pomocy odwiedzających go raz na jakiś czas prawników. Jeszcze w maju bieżącego roku, Öcalan straszył rząd „wielką wojną”, jeśli do 15 lipca nie zaakceptuje żądań PKK. Przy okazji podkreślił również swoje przywiązanie do demokracji mówiąc, że jego działania zmierzały do utworzenia „trzeciej drogi”. U jej podstaw leżą, zdaniem terrorysty, „demokratyczny socjalizm, a nie nacjonalizm, religia czy przynależność etniczna”. Wkrótce Öcalan nieco zmienił ton wypowiedzi. Po spotkaniu ze swoimi prawnikami w lipcu, jak podała wspomniana agencja Fırat powiedział, że jest jedyną osobą, która może doprowadzić do zakończenia działalności PKK. Terrorysta oznajmił, że „mamy wolę odłożyć broń. Mówię wprost – nikt poza mną nie może zmusić PKK do złożenia broni”. W międzyczasie utrzymywał, że wysocy przedstawiciele rządowi są z nim w stałym kontakcie i prowadzą negocjacje w celu rozwiązania konfliktu. Rząd nie potwierdza tych informacji, ale w kuluarach mówi się, iż rzeczywiście takie rozmowy mają miejsce. Zdaniem Öcalana zaowocowały one porozumieniem o utworzeniu Rady Pokoju, której zadaniem ma być rozwiązanie „kwestii kurdyjskiej”. Wtedy też lider PKK wycofał swoje wcześniejsze pogróżki o „wielkiej wojnie”.

Czyżby Abdullah Öcalan z zaciekłego terrorysty przemienił się w anioła pokoju? Być może liczy na to, że dołączy niegdyś do zaszczytnego grona laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, takich jak Jaser Arafat? A może jest to zwykła gra o wolność? Na te pytania z pewnością trudno obecnie odpowiedzieć. Można jednak spróbować wysnuć kilka bardziej pewnych wniosków. Wydaje się, że jeśli Öcalan nie prowadziłby jakichś tajnych negocjacji z przedstawicielami rządu, nie zdecydowałby się na cofnięcie swojego „ultimatum”. W pewne zdziwienie może także wprawić krytyka, jakiej dopuścił się pod adresem BDP. Lider PKK powiedział bowiem, że prokurdyjska partia powinna „wyraźnie oznajmić”, że nie jest politycznym reprezentantem organizacji. Jednocześnie przedstawiciele BDP powinni jednak powiedzieć, że nie mogą przyjąć „wrogiego stanowiska wobec niej”. Autorytet jaki posiada Öcalan wśród części ludności pochodzenia kurdyjskiego z pewnością mógłby przyczynić się sprawie pokoju. Pod warunkiem oczywiście, że sam lider PKK byłby jej oddany. Wydaje się jednak wielce nieprawdopodobne żeby Apo, jak nazywany jest również w Turcji, kiedykolwiek opuścił więzienie. Być może jednak Öcalan podejmuje próby, gdyż zdaje sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie nigdy nie będzie miał ku temu lepszej okazji. Możliwe, że liczy na to, że ze względu na swoją ogromną popularność w kraju włodarze Partii Sprawiedliwości i Rozwoju zdecydują się na tak ryzykowny krok. Jedno nie ulega wątpliwości – rządzący Turcją szybko będą musieli podjąć decyzję, co chcą zrobić z Apo. Interesujące procesy zachodzą bowiem w samej Partii Pracujących Kurdystanu.