Co łączy bin Ladena, Wali Karzaia i Muammara Kaddafiego?

Trzy postacie – pierwsza, legendarny lider al-Kaidy, odpowiedzialny za ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku, druga, „król Kandaharu”, przyrodni brat prezydenta Afganistanu, Hamida Karzaia, trzecia, przywódca – ciężko powiedzieć aktualny, były czy przyszły – Libii. Każdy z nich wyznaje islam. Łączy ich mianowicie to, że każdy z nich padł ofiarą zamachu na swoje życie. Bin Laden i Karzai – skutecznego, Kaddafi ocalał, ale za to stracił syna, Saifa al-Araba.

W Afganistanie mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Tak naprawdę śmierć bin Ladena – wbrew sugestiom amerykańskich polityków – nie wpłynęła na położenie taktyczne Amerykanów w tym kraju. Wręcz zainicjowała wycofywanie amerykańskich wojsk, co nie może cieszyć prezydenta Karzaia, który swoją władzę zawdzięcza przecież Waszyngtonowi i sfałszowanym wyborom prezydenckim (co 4 głos!). Jedyna rozsądna taktyka, jaką przyjąć mogą Amerykanie i ich afgańscy sojusznicy brzmi – dogadać się z rebeliantami. Nie ze wszystkimi się da, ale przynajmniej z odpowiednią ich częścią – za zapomnienie przewin, pieniądze, bezpieczeństwo i udział w polityce. Seks, władza, pieniądze.

Tymczasem sami Talibowie również zmienili strategię na bardziej medialną. Współczesnego widza nie przeraża kolejny news o trzech zabitych Amerykanach/Brytyjczykach i dwóch rannych Polakach, nie mówiąc już o afgańskich policjantach czy cywilach, bo ich traktuje się jako statystykę. Za to informacja o zabiciu miejscowych liderów czy potężnego polityka – żyjącego ponoć z handlu narkotykami i łapówek – z rodziny prezydenta, momentalnie wzbudza zainteresowanie. Przy okazji obnaża się słabość afgańskiego państwa i przemawia do wyobraźni: w jakim stopniu nowe służby oraz wojsko mogą być zinfiltrowane przez wrogów rządu?

Zabójstwo Wali Karzaia z jednej strony, a bin Ladena z drugiej pokazuje, że obie strony stosują na wojnie zasadę – cel uświęca środki. Nie powinno to dziwić, jednakże to, co odróżnia te sytuacje – podobnie ma się to z Kaddafim – jest PR. W naturalny sposób Europejczycy nie będą popierali islamskich radykałów, którzy chcą zamykać kobiety w domu, nakazać noszenie tradycyjnego stroju islamskiego i zakazać im edukacji, jednakże ci sami światli Europejczycy częstokroć popierają ataki samolotów (w tym bezzałogowych), które przecież nie zawsze trafiają w bojowników, a ewentualną śmierć cywilów uznaje się za „wkalkulowane ryzyko”. Zabicie Kaddafiego („przez przypadek” – oczywiście) byłoby niezgodne z prawem międzynarodowym, ale to nie budzi kontrowersji, gdyż mogłoby to zakończyć wojnę domową w Libii i brutalne rządy pułkownika. To w końcu wolno zabijać, czy też nie? Odpowiedź jest prosta. Nas nie można, my możemy. Taką moralność proponuje nam obecnie większość polityków z państw NATO (a także ich wrogów) i część mediów. Naszych liderów nie można zabijać, bo to niezgodne z normami prawa międzynarodowego, obcych można, bo to samoobrona i konieczność zapobiegnięcia tragedii humanitarnej.

Metody rozprawiania się z wrogiem od tysięcy lat nie zmieniły się i jedną z nich jest jego fizyczna eliminacja. Zapewne będzie tak przez kolejnych setki lat. Warto więc te poszczególne przypadki rozpatrywać pod względem interesu.

Taktycznie rzecz biorąc, zabicie Kaddafiego byłoby świetnym pomysłem, bo mogłoby znacząco skrócić czas trwania wojny domowej w Libii. Saif al-Islam Kaddafi byłby też bardziej skłonny do ewentualnych rozmów niż jego ojciec.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie Wali Karzaia było Talibom potrzebne, bo pokazało słabość afgańskiego państwa i możliwości rebeliantów w momencie, gdy Hamid Karzai układa się z częścią swoich wrogów.

Taktycznie rzecz biorąc zabicie bin Ladena było świetnym ruchem. Pakistańczykom co prawda zaszkodziło, ale Amerykanie „osiągnęli sprawiedliwość”, a sam prezydent Obama – kilka punktów procentowych (pomimo, że każdy prezydent na jego miejscu wydałby ten sam rozkaz z takim samym skutkiem). Dało też pretekst do wycofania się z twarzą z niezwykle kosztownej operacji.

Nie mieszajmy jednak do tego prawa międzynarodowego i moralności, bo na wojnie wszyscy parzą się na to w ostatniej kolejności. Metody często są identyczne, inne są sprawy, o które walczą poszczególne strony i PR, który decyduje o poparciu lub jego braku dla działań poszczególnych państw.