Refleksje po odlocie prezydenta Obamy

Prezydenci: Obama i Komorowski (prezydent.pl)
Prezydenci: Obama i Komorowski (prezydent.pl)

Świetnym podsumowaniem wizyty Obamy jest wypowiedź napoleońskiego (i nie tylko) ministra spraw zagranicznych – „uprzejmość tak niewiele kosztuje, a tak wiele można za nią kupić”. Konkretów, przynajmniej oficjalnie, brakowało, ale za to było sympatyczne. Tak jak jednak pisałem w swoim tekście zapowiadającym wizytę prezydenta Stanów Zjednoczonych – nie należało oczekiwać cudów.

Oficjalnie usłyszeliśmy to samo, co zwykle, ale tym razem od amerykańskiego przywódcy. Że jesteśmy jednym z najsilniejszych i najbliższych sojuszników, że jesteśmy liderem Europy Środkowo-Wschodniej, że jesteśmy przykładem udanej transformacji, a wizy – obecne przy każdych rozmowach polsko-amerykańskich niczym „Kevin sam w domu” w telewizji podczas każdych świąt – prędzej lub później się zniosą. Rozmawiano również o rotacyjnym stacjonowaniu amerykańskich myśliwców oraz polityce energetycznej, ale szczegółów nie podano.

Pozwolę sobie odnieść się do poszczególnych wątków, mimo wszystko odrzucając kurtuazyjną otoczkę, a skupiając się na konkretach. Bez wątpienia europejskie tournee Obamie bardzo się przyda. Dla przykładu, słowa, że w jakiejś części czuje się Polakiem nie były wcale skierowane do mieszkańców Polski, a raczej do 9-milionowego elektoratu polskiego pochodzenia, co zresztą niemal wprost wynika z tłumaczenia tego „poczucia” swoją bliskością z miastem Chicago. Skoro prezydent Obama mógł być w małej cząstce Irlandczykiem (36 milionów obywateli Stanów Zjednoczonych irlandzkiego pochodzenia!), to tym bardziej może być Polakiem.

Konkrety między wierszami
Trzeba też zauważyć słowa dotyczące liderowania Europie Środkowo-Wschodniej. Tutaj zatrzymam się na moment. Polska nie jest i nie będzie liderem Europy Środkowo-Wschodniej, bo tak oświadczył Barack Obama. Pozycję lidera, czy może lepiej brzmiałoby określenie reprezentanta, należy sobie wypracować przy pomocy aktywnej i skutecznej dyplomacji. Mówiąc banalnie – im silniejsza jest nasza pozycja w Europie, tym lepsza jest nasza pozycja w rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi czy też Rosją. Reprezentowanie regionu oparte musi być na autorytecie, zwłaszcza wiarygodności, a także sukcesie gospodarczym. A to oznacza konieczność prowadzenia niezależnej i konsekwentnej polityki. Jeżeli społeczeństwa z Afryki Północnej czy Bliskiego Wschodu będą chciały się demokratyzować i poproszą naszych ekspertów o poradę w zakresie transformacji, to czemu mielibyśmy odmówić? Na pewno jednak nie będziemy u nich budować demokracji przy pomocy Tomahawków i samolotów bezzałogowych.

Obama wyłożył również, na czym polega istota NATO – jedni sojusznicy bronią drugich w razie ataku. Polska nie ma się czego obawiać, gdyż obecnie nie istnieje żadne bezpośrednie zagrożenie militarne, a potencjalny agresor musi zmierzyć się na samym początku, z potencjałem odstraszającym NATO. W tym kontekście naiwnie brzmi wiara w to, że mała baza lotnicza amerykańskich wojsk cokolwiek nam więcej zagwarantuje. Oczywiście, może być przydatna, przeszkolić naszych wojskowych, pokazać im, jak powinna wyglądać profesjonalna obsługa itd, ale nie jest to żadna polisa ubezpieczeniowa. Nie ma się więc czym ekscytować.

Prezydent Obama puścił również oczko do swojego ulubionego duetu z Rosji – Putina i Miedwiediewa. Zapewnił, że Rosja powinna uczestniczyć w systemie obrony antyrakietowej NATO. Co ciekawe, oficjalne polskie stanowisko brzmi mniej więcej tak: „szanujemy Rosję, ale nie jest członkiem Sojuszu i nie chcemy, aby uczestniczyła w naszej obronie przeciwrakietowej”. Nie wiadomo jednak, ile Obama proponuje Rosjanom. Trzeba pamiętać, że prezydent Reagan, niejako rozpoczynając ten projekt w latach 80-tych kierował go przecież nie przeciwko Iranowi, a Rosji. Takie były tez założenia polskich dyplomatów – umieścić tarczę osłabiając jednocześnie pozycję rosyjską. Chyba że ktoś wierzy w to, że każdy kolejny polski rząd bał się rakiet irańskich, które do nas nawet nie dolecą?

Lekcja dla nas jest jednak oczywista. Dla Amerykanów ważniejsze są stosunki z Rosją niż z Polską, pomimo tego, że my jesteśmy „jednym z najsilniejszych i najbliższych sojuszników” (ta magia słów). Należy unikać sytuacji, w której nasze kontakty z Amerykanami będą narażać nas na niepotrzebny konflikt z Moskwą. Niepotrzebny oznacza awanturę o nic, nie w swoim interesie, a nie np. współpracę w sprawie gazu łupkowego, co przecież może być niekorzystne dla Gazpromu. To byłby przecież element bardziej propolski niż antyrosyjski.

Dobrym pomysłem była kolacja Komorowski-Obama-Janukowycz. Przykładem rozbieżności w zapatrywaniu się na politykę zagraniczną Polski i Rosji jest kwestia Białorusi i Ukrainy. Polska chce te państwa ściągnąć na zachód, w kierunku Unii Europejskiej (stąd m.in. Partnerstwo Wschodnie), a Rosja na wschód, kontynuując uzależnienie gospodarcze i utrzymując strefę buforową pomiędzy Federacją, a zjednoczoną Europą. Inne spojrzenie na te kwestie nie oznacza jednak wojny, a w sprawie Ukrainy sytuacja się nieco ustabilizowała. Kijów chciałby wejść do Unii Europejskiej, ale nie zamierza wstępować do NATO. Sama UE też nie zamierza szybko przyjmować naszych wschodnich sąsiadów. W kwestii Białorusi udało się nawet ostatnio wydać wspólne oświadczenie z ministrem Ławrowem. Amerykanie, wspierając polską politykę wschodnią, działają jak najbardziej w swoim interesie. Polacy, aby być skuteczni na tym froncie, potrzebują jednak wsparcia nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale też Unii Europejskiej.