Wizyta Obamy w Polsce – na co możemy liczyć?

Najprawdopodobniej najgorętszym wydarzeniem tygodnia będzie wizyta prezydenta Obamy w Polsce. Odwiedzi on nasz kraj na dwa dni, w czasie których spotka się z prezydentem Komorowskim, premierem Tuskiem, a także przywódcami krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce toczy się dyskusja – co przywiezie nam prezydent Obama? Elementy tarczy antyrakietowej? Amerykańską bazę lotniczą? A może legendarne wizy? Niektórzy jakby zapomnieli, że Obama jest prezydentem supermocarstwa, a nie świętym Mikołajem.

Nie ulega wątpliwości, że polsko-amerykańskie stosunki są – na stopie oficjalnej – bardzo dobre. Podkreślają to zarówno Amerykanie, jak i Polacy. Minister Sikorski wspomina o podobnych wartościach, czy nawet wspólnych elementach w polityce wobec Białorusi. Gdy jednak zaczniemy kopać głębiej, okaże się, że wartości wartościami, ale biznes biznesem, zaś Amerykanie – poniekąd słusznie – nie traktują nas jako swojego najważniejszego sojusznika. Miłe słowa są potrzebne, ale w polityce międzynarodowej liczy się przede wszystkim interes narodowy.

Kto jest ważny dla Amerykanów?
Stany Zjednoczone liczą się z trzema typami państw. Zaznaczam przy tym, że niektóre państw mogą występować w więcej niż jednej z niżej wymienionych kategorii.

Po pierwsze, swoimi strategicznymi sojusznikami. Niewątpliwie należą do nich np. Izrael, Turcja czy – jeszcze – Wielka Brytania. Bliskie kontakty z Turcją utrzymywane są pomimo tego, iż m.in. Ankara nie zezwoliła na użycie tureckich baz wojskowych w czasie ataku na Irak. Kolejną rzeczą, która nie podlega wątpliwości jest troska o bezpieczeństwo Izraela. Obama z Netanjahu mogą się różnic co do kilku kwestii bliskowschodnich, ale sojusz amerykańsko-izraelski ma się jak najlepiej, o co dbają również niezwykle skuteczni lobbyści z AIPAC.

Drugim typem państw, z którym liczą się Amerykanie są ich partnerzy handlowi. Należą do nich Chińczycy, Kanadyjczycy, Niemcy, Brytyjczycy oraz Japończycy. Teoretycznie do tej grupy powinien należeć też Meksyk, ale z powodu swojej niestabilności, jest przede wszystkim dla Waszyngtonu głownie źródłem problemów. Potencjalnie znajduje się tutaj też miejsce dla Unii Europejskiej, gdyby ta potrafiła mówić jednym głosem. Na razie jednak – cytując Henry’ego Kissingera – nadal Obama nie może znaleźć telefonu do Europy. Nie mówiąc już o tym, że jeżeli rozmowy z nim mieliby przeprowdzać Herman von Rompuy oraz Catherine Ashton, to może lepiej, żeby na razie wspólna polityka zagraniczna UE pozostała fasadą.

Trzeci typ państw to rozgrywający na arenie międzynarodowej oraz potencjalni wrogowie. Waszyngton nadal musi się liczyć ze zdaniem największych państw Unii Europejskiej (Niemcy, Francja, Wielka Brytania), a także Chińczyków (wzrastająca siła + amerykańsko-chiński uścisk gospodarczy), Rosjan (chociaż to już nie czasy ZSRR), Indii czy Brazylii. Regionalnie, Stany Zjednoczone troszczą się szczególnie o losy m.in. Egiptu, Izraela, Turcji, Pakistanu, Australii, Korei Południowej oraz Tajwanu, , z którymi nierozerwalnie jest związana ich polityka zagraniczna w poszczególnych regionach świata.

A co z Polską?
Przejdźmy więc do meritum. Gdzie jest nasze miejsce na tej mapie? Czy jesteśmy strategicznym sojusznikiem Amerykanów? Wysłaliśmy przecież żołnierzy do Iraku, kupujemy amerykański sprzęt wojskowy, nasze wojska stacjonują w Afganistanie oraz jesteśmy gorącymi orędownikami instalacji elementów tarczy antyrakietowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Odpowiedź jest oczywista – nie jesteśmy strategicznym partnerem. Warto w tym miejscu raz na zawsze zapisać sobie słowa Zbigniewa Brzezińskiego, przychylnego przecież Polsce, że znajdujemy się w drugiej dziesiątce sojuszników amerykańskich.

Nasza zaangażowanie w misje, choć istotne z punktu widzenia budżetu MON (setki miliony złotych rocznie), nie przełożyło się na żadne korzyści. Nasi politycy nie targowali się przed wysłaniem kontyngentu, więc potem pozostali z niczym, poza słowami o wdzięczności, przyjaźni, a także rarytasem w tym gronie – wypowiedzi wiceprezydenta Bidena o byciu przez Polaków „championem” Europy Środkowo-Wschodniej.

Reasumując, jesteśmy elementem polityki Stanów Zjednoczonych wobec Europy Wschodniej, w szerszym kontekście – Rosji. Bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych nie jest zależne od bezpieczeństwa Polski, ale możemy być przydatnym sojusznikiem w ramach NATO i na zachodnich granicach Rosji (polityka wobec Ukrainy oraz Białorusi). O tym z kolei trzeba pamiętać. Historia jednak kilka razy nauczyła nas, że Waszyngton jest w stanie poświęcić interes Polski w imię swoich porozumień z Rosjanami (jak w przypadku wymiany – elementy tarczy antyrakietowej za oficjalne zaprzestanie popierania Iranu).

W kwestii wymiany handlowej. Większy import i eksport mamy nie tylko z Rosją i Niemcami, ale również z Republiką Czeską. Koniec dyskusji w tej kwestii. Sytuacja może się zmienić, jeżeli się okaże, że wartość gazu łupkowego liczona jest w miliardach dolarów i obie strony zaczną na tym zyskiwać. Na razie jednak tak nie jest i realia wyglądają tak, jak opisałem w pierwszym zdaniu tego akapitu.

Nie jesteśmy również trzecią kategorią państw – rozgrywającymi w Europie, ani potencjalnym wrogiem. Mamy wspólne interesy- na Białorusi czy Ukrainie, ale w pojedynkę nie decydujemy o losach Europy. Warto jednak pamiętać o naszym sukcesie gospodarczym, a także udanej transformacji. W koalicji z dużymi państwami europejskimi, nasza rola wzrasta błyskawicznie. Skoro Amerykanie mogą stawiać na multilateralizm, to my możemy robić to tym bardziej. Silniejsza i niezależna Polska w regionie dysponuje lepszą kartą przetargową w stosunkach ze wszystkimi.

W tym fragmencie tekstu chciałem odwzorować obraz pozycji Polski w oczach amerykańskich polityków. Bez patetycznego powoływania się na Pułaskiego, Kościuszkę, udział Polski w II wojnie światowej czy też pomoc dla Polaków ze strony CIA w czasie stanu wojennego. Jeśli dla Amerykanów, w stosunkach z całym światem (czyli też z Polską!) najważniejszy jest ich interes narodowy, to dlaczego my nie możemy postępować analogicznie? Traktujmy stosunki z Waszyngtonem biznesowo – na zasadzie wzajemności.

Co możemy zaoferować i czego oczekujemy?
Elementy tarczy antyrakietowej – jeśli zostaną wybudowane na terytorium Polski, będą związane z amerykańską lub NATO-wska obroną przeciwrakietową. Polacy mogą się zgodzić na rozmieszczenie tych elementów, wszakże na pewno nie zaszkodzi to strategicznemu położeniu państwa, ale przecież jest to ważniejsze z punktu widzenia Waszyngtonu. Oczekiwać zatem można rekompensaty za to, iż np. Rosjanie mogą wycelować w nas Iskandery, czy – chociaż to już mniej prawdopodobnie – Polska, wraz z pojawieniem się amerykańskich wojsk i sprzętu, stanie się atrakcyjniejszym celem dla terrorystów. W dodatku to kolejna komplikacja w stosunkach polsko-rosyjskich.

Tak samo jak rotacyjne posiadanie bazy amerykańskich myśliwców czy baterii Patriot nie szkodzi Polsce, ale również nie powoduje – a co przygnębiające, tak myślą wszyscy ważni politycy – ostatecznego zapewnienia bezpieczeństwa Polski. Oznaczałoby to, że uznajemy gwarancję NATO za niewystarczające. Skoro tak, to tym bardziej śladowa obecność Amerykanów nie zmieni tej sytuacji, bo przecież siła NATO to właśnie Waszyngton.

Zależy nam również na amerykańskim know-how (zwłaszcza w zakresie gospodarki) oraz nowoczesnym sprzęcie wojskowym – właśnie to powinniśmy dostać w zamian za nasz lojalny udział w misjach. Nie mam tutaj na myśli samolotów F-16, które nie osiągnęły nawet zdolności bojowej, pomimo że decyzje o ich zakupie zapadały około 10 lat temu.

Nie warto z kolei targować się o legendarne już wizy. Polski pracownik może spokojnie pojechać sobie do państwa Unii Europejskiej, gdzie będzie mógł legalnie pracować. Polakom nie opłaca się już masowo emigrować do Chicago. Zniesienie wiz byłoby oczywiście miłym gestem, ale nie jest to dla nas absolutnie kluczowe w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Szkoda, że inaczej uważają politycy.

Myśląc o wizycie Obamy, może lepiej przyjemnie się rozczarować niż nieprzyjemnie zaskoczyć. Trzeba pamiętać o naszych ograniczeniach i o tym, że prezydent Obama będzie traktował prezydenta Komorowskiego z szacunkiem, ale nie jak równego sobie. Mamy swoje karty do rozgrywania i warto porozumieć się z Amerykanami, ale nie za wszelką cenę. Zbytnia uległość wobec Amerykanów powodowała też problemy w stosunkach z państwami starej UE. Jeżeli przedstawione warunki nie będą dla nas korzystne, może lepiej pójść inną drogą, utrzymując oczywiście oficjalną narracje o bardzo dobrych stosunkach, chociażby w ramach NATO oraz wspólnych wartościach takich jak demokracja?