Spojrzenie ze wschodu na polską politykę wschodnią

źródło: RIA Novosti

Towarzysz Leonid Breżniew na przełomie lat 70-ch powiedział: „gospodarka  powinna być oszczędna”. Ta genialna myśl od razu została sparodiowana przez licznych radzieckich dowcipnisiów i w skrócie brzmiała w sposób następujący:  „gospodarka powinna być”.  W odniesieniu do podstawowego pytania niniejszej dyskusji „jaką powinna być polska polityka wschodnia?”,  odpowiedź brzmi „polska polityka wschodnia powinna być”. Bo na razie Polska nie ma żadnej polityki wschodniej. To dziwne zjawisko, które zajmuje jej miejsce jest raczej kartą przetargową w wewnątrz politycznych rozgrywkach na rodzimej scenie politycznej. Obecnie jest to broń masowego rażenia wykorzystywana przez Jarosława Kaczyńskiego i środowisko PiS przeciwko obozowi rządzącemu.

Niewykorzystane szanse

Nie mając ambicji do utworzenia nowych zrębów polityki zagranicznej jestem zmuszony po prostu powtórzyć powszechnie znany slogan – polityka zagraniczna jest przedłużeniem polityki wewnętrznej i ma służyć jej realizacji. Polska w wieku XXI jest średniej wielkości państwem europejskim mającym, jak każde państwo, swoje własne interesy polityczne i gospodarcze. W wieku XXI ma dwa ważne atuty – członkostwo w UE i NATO. Dzięki NATO Polska może być spokojna o swoje bezpieczeństwo, a dzięki UE może budować własną politykę zagraniczną w oparciu o autorytet Europy Zjednoczonej, czyli drugiego w świecie, po USA, pod względem wagi politycznej gracza.

Na początku lat 90. Polska była uważana na Zachodzie za specjalistę od spraw polityki wschodniej. W rozmowach prywatnych dyplomaci amerykańscy mówili nawet, że rola Polski w dyplomacji światowej polega na dobrej znajomości sceny politycznej w Rosji i bogatym doświadczeniu we współpracy z byłym Wielkim Bratem. Stany Zjednoczone planowały zrobić z Polski pomost pomiędzy Zachodem w jego klasycznym rozumieniu a postradziecką Rosją. Nie udało się. Może nie dlatego, że dyplomacja amerykańska  myliła się co do możliwości dyplomacji polskiej. Polsce zabrakło nie zdolności, lecz chęci. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, który miał niesamowite możliwości układania  jak najlepszych stosunków z Moskwą nie zrobił tego z powodu obawy dotyczącej jego komunistycznej przeszłości. Podobna motywacja zdominowała i zachowanie premiera Leszka Millera.

Jednak warto  zauważyć, że Rosja też nie jest bez winy w tym, że stosunki polsko-rosyjskie w ostatniej dekadzie XX wieku wyglądały nie najlepiej. Nowa, niezależna Rosja po raz pierwszy po 1922 roku została podmiotem prawa międzynarodowego i w tej swojej nowej jakości poszła błędną drogą ZSRR. Mania wielkomocarstwowości odziedziczona po Związku Sowieckim przeszkadzała Moskwie w stosunkach z takim „małym krajem” jak Polska, która miała ambicje, by być traktowana przez wielką Rosję jak równy partner. Ministerstwo Spraw Zagranicznych FR miało na głowie ważniejszych kooperantów, takich jak USA, Niemcy, Wielką Brytanię no i może Francję. W gmachu na nadbrzeżu Smoleńskim  panowało przekonanie, że Polska powinna być szczęśliwa jeśli ktoś z Moskwy chociaż uśmiechnie się do Warszawy. Nikt poważnie nie brał pod uwagę byłej stolicę Układu Warszawskiego.

Nie można lekceważyć Polski

Nową stronę w stosunkach polsko-rosyjskich otworzył prezydent Lech Kaczyński.  Zawzięty rusofob, szukający każdej możliwości, żeby ugryźć ruskiego niedźwiedzia w sposób najbardziej bolesny, został nocnym koszmarem rosyjskiej dyplomacji. Polityka zagraniczna Polski w okresie jego prezydentury miała na celu dostarczyć jak najwięcej nieprzyjemnych uczuć znienawidzonej przez niego Moskwie. Zachowanie Kaczyńskiego uniemożliwiło nawet zwyczajne spotkania na wyższym szczeblu. O jakiejkolwiek współpracy polsko-rosyjskiej w ogóle nie było mowy. Paradoksalnie rusofobia Kaczyńskiego przyczyniła się do znacznej poprawy stosunków polsko-rosyjskich po jego tragicznym odejściu. Nie chodzi tu o współczucie Rosjan do Polaków po strasznej tragedii narodowej, która spotkała Polskę. Swoim zachowaniem Lech Kaczyński zademonstrował jakie możliwości posiada niewielka Polska, żeby zatruć życie wschodniemu (wielkiemu) sąsiadowi. Moskwa zrozumiała, że coś się zmienia, i że nawet krajowi średniej wielkości, który kiedyś był jej młodszym bratem, należy się szacunek  i uwaga co do jego interesów narodowych.

Inspirowany przez Polskę unijny program Partnerstwa Wschodniego na razie ma na swoim koncie same porażki. Za najbardziej dotkliwą uważam nieudaną próbę nawiązania stosunków z reżimem Łukaszenki, tym bardziej, iż odpowiedzialność za nią ponosi jeden z najbardziej zdolnych i doświadczonych ministrów spraw zagranicznych Polski w ostatnich latach, Radosław Sikorski. Tylko brakiem odpowiedniego  rozeznania polityki białoruskiej i obyczajów reżimu „Baćki” można wyjaśnić ten policzek, który Sikorski razem ze swoim kolegą niemieckim, Guido Westerwelle, dostał od podstępnego, białoruskiego prezydenta. Partnerstwo Wschodnie, od początku wymierzone w liderską rolę Federacji Rosyjskiej w przestrzeni postradzieckiej, jeżeli ma odnieść sukces, powinno zmienić swoją taktykę. Oferta dla członków Partnerstwa musi być konkurencyjna w porównaniu z ofertą Rosji. Moskwa wcale nie życzy sobie utraty wpływów na Ukrainie, Białorusi i w innych byłych republikach radzieckich na rzecz UE. Przepraszam za banał, ale polityka jak zawsze jest sztuką możliwego. Jeżeli Ukraina, która zajmuje specjalne miejsce w polskiej polityce wschodniej i w rosyjskiej polityce południowo-zachodniej, zobaczy że oferta unijna jest bardziej atrakcyjna dla niej – pójdzie w kierunku Unii. Ale Polska razem z Unią żeby osiągnąć ten cel powinna zaproponować coś bardzo konkretnego. Otwarcie ukraińskiego rynku na Europę przyniesie temu krajowi na początku same problemy. Czy Ukrainie starczy wytrzymałości żeby doczekać się pozytywnych efektów? Nie jestem tego pewien. Profity od przystąpienia Ukrainy do jednej celnej przestrzeni z Rosją, Białorusią i Kazachstanem są oczywiste. W perspektywie długoterminowej Europa dla Ukrainy jest lepszym kierunkiem. Jak potoczy się ten proces? Dziś nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Osobiście uważam, że Ukraina raczej wybierze profity dnia dzisiejszego (Rosja) lub będzie balansować między obiema ofertami.

Dziś mamy możliwość rozpoczęcia wszystkiego od zera. Lecz nie możemy działać inaczej niż na podstawie zdrowego pragmatyzmu. Każdy kraj ma swoje interesy, a sojuszników trzeba wybierać wśród tych, których interesy są podobne – nie na odwrót. Jak mawiał Winston Churchill,  Brytania nie ma stałych sojuszników – ale ma stałe interesy. Mądry był z niego człowiek.

Gregory Tinsky

Tekst ukazał się w ramach debaty Czy modyfikacje w obrębie Doktryny Giedroycia są wystarczające? Jaką drogą powinna podążyć polska polityka wschodnia?, prowadzonej wspólnie przez: