Śmierć bin Ladena zmieni kształt amerykańskiej polityki

Termin “game changer” oznacza wydarzenie – zewnętrzne lub wewnętrzne – które zmienia to jak toczy się kampania wyborcza. Ponieważ w USA prezydencka kampania wyborcza już trwa, śmierć Osamy bin Ladena w wyniku śmiałej akcji komandosów jak najbardziej zasłguje na to miano.

Śmierć bin Ladena kończy pewną epokę – to komentarz który można było dziś usłyszeć na całym świecie. Ale jeśli chodzi o amerykańską politykę, to wydarzenie ma swoje bezpośrednie, krótko i długoterminowe konsekwnencje. I chociaż jego szczegóły będziemy poznawać całymi tygodniami – media w USA będą zajmować się tylko tym tematem przez najbliższe kilkanaście dni, to już teraz można wyciągnać pewne polityczne wnioski.

Dwa kluczowe fakty które dominują i będą dominować w przekazie medialnym: Obama zrobił to co nie udało się Bushowi, i był konsekwentny – już w prawyborach wiele lat temu mówił, że jako prezydent nie zawaha się użyć siły na terytorium Pakistanu, jeśli będzie miał informacje o miejscu pobytu bin Ladena. Dziś rzecznik Białego Domu na briefiengu triumfalnie cytował te słowa ówczesnego senatora, za które kiedyś jego dzisiejsza sekretarz stanu i wiceprezydent krytykowali go niemiłosiernie w czasie kampanii. Na dodatek już teraz pojawiają się informacje, że Obama osoboście zdecydował o akcji komandosów, wybierająć bardziej ryzykowany wariant ataku zamiast proponowanego ataku lotnicznego. Oczywiście fakt, że pojawiają się takie informacje, zdjęcie jak w napięciu prezydent monitoruje przebieg akcji, to nie przypadek.

Jakie to wszystko niesie za sobą  konsekwencje?

Po pierwsze, prezydent Obama może liczyć na duży, krótkotrwały wzrost poparcia, przede wszystkim w codziennym “trackerze” Gallupa. Ten skok może być nawet kilkunastoprocentowy, chociaż niemal na pewno za kilka tygodni notowania prezydenta spadną do “normalnego” poziomu. Oczywiście prezydent Bush po I wojnie w Zatoce Perskiej też cieszył się przez moment bardzo wysokim poparciem, a i tak przegrał wybory – za sprawą złej sytuacji ekonomicznej USA. To przestroga dla prezydenta.

Po drugie, na wiele dni temat prawyborów w Partii Republikańskiej przestaje istnieć w sensie medialnym. Śmierć bin Ladena usunęła w cień hamletyzowanie potencjalnych kandydatów i kandydatek na temat startu w wyborach, jak również ich ataki na prezydenta pod kątem ekonomii i spraw społecznych. Teraz na kilka dni ten temat przestaje istnieć. Również Donald Trump z jego walką o ujawnienie ceryfikatu urodzenia wydaje się teraz bez znaczenia. 5 maja ma odbyć się pierwsza debata wyborcza Republikanów i wczoraj Mitt Romney zapowiedział że się na niej nie pojawi. Trudno się mu  dziwić.

Po trzecie, jak słusznie zauważa Chuck Todd, korespondent NBC w Białym Domu, śmierć Bin Ladena – jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało – jest momentem unifikującym Amerykanów tak jak zamachy z 11 września. I to w chwili, gdy m.in. ceny benzyny, utrzymujące się wysokie bezrobocie sprawiają, że nastroje w USA są najgorsze od momentu gdy Obama przejął władze. To widać w sondażach, a bez optymizmu co do przyszłości mieszkańców prezydentowi będzie bardzo trudno wygrać po raz drugi. Śmierć bin Ladena to ogromny sukces – a Amerykanie potrzebowali od lat zwycięstwa – bezdyskusyjnego. To stało się wczoraj, a rozkaz do ataku dał Obama. Tak to wygląda, chociaż oczywiście rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana.

Po czwarte, jak pisze Howard Fineman (Huffington Post), Demokraci od lat uchodzili za “słabych” w kwestiach bezpieczeństwa narodowego. Co najmniej od czasów Wietnamu pod tym względem dominowali Republikanie. Carter doznał upokarzajacej porażki gdy na jego rozkaz próbowano odbić zakładników w Teheranie. Clinton miał polityczne problemy ze względu na unikanie poboru do wojska, a za jego kadencji interwencja w Somalii skończyłą się klęską. Śmierć Bin Ladena to wszystko przekreśla. Obama udowodnił, że jest silnym, pewnym siebie przywódcą – jest to moment który definiuje resztę jego kadencji. W czasie kampanii Republikanie nie będą już mogli mówić, że Obama jest osobą która tylko mówi, ale nic nie robi, i która nie radzi sobie w obronie amerykańskich interesów.

Po piąte, jak zauważył Major Garrett (National Journal), dla młodych ludzi, których niemal całe życie było zdominowane przez wojnę z terrorem, a bin Laden był kimś w rodzaju “arcywroga”, jego śmierć i zwycięstwo stanowi silny czynnik mobilizujący przed kampanią. To są wyborcy Obamy, a wiwatujące, radosne tłumy młodych ludzi w Waszyngtonie i Nowym Jorku to sygnał – chociaż brzmi to nieco cynicznie –  że prezydent znowu może na nich liczyć.

Chociaż tematem wyborów w 2012 roku nie będzie raczej bin Laden i terroryzm, a sprawy gospodarcze, to symbolika która spina klamrą 11 września 2001 i 2 maja 2011 pozwala stwierdzić jasno: szanse Obamy na drugą kadencję wzrosły. I to znacząco.

Jak jednak pokazały ostatnie godziny, polityczne losy każdego przywódcy mogą odmienić się w mgnieniu oka. To działą w obie strony.