Referendum w Wielkiej Brytanii – czy to koniec koalicji?

David Cameron
http://www.euroislam.pl/wp-content/uploads/2011/02/david-cameron.jpg

W cieniu ślubu pięknego Williama z uroczą Kate, na Wyspach toczy się batalia o zmianę ordynacji wyborczej. Chodzi o tzw. alternatywne głosowanie(Alternative Voting – AV). Obecnie w Wielkiej Brytanii deputowanych do Izby Gmin wybiera się w okręgach jednomandatowych. Uprawnieni do głosowania wybierają z listy jednego kandydata i stawiają przy jego nazwisku krzyżyk. Wygrywa ten, który dostanie największą liczbę głosów, niekoniecznie przekraczającą 50% ogółu. Proste. Proponowane zmiany komplikują system zakładając, że wyborca będzie mógł uszeregować kandydatów na liście według swoich preferencji, wpisując obok ich nazwisk kolejne cyfry. Po zakończeniu głosowania najpierw zliczane będą tylko „jedynki”. Jeśli któryś z kandydatów już na tym etapie uzyska większość głosów, zostaje deputowanym. W przeciwnym razie, osoba z najmniejszą liczbą „jedynek” zostaje wyeliminowana, a „dwójki” jego wyborców stają się głosami oddanymi na bardziej popularnych kandydatów. Procedurę tę powtarza się do momentu uzyskania przez kogoś większości. Nowa ordynacja nie przewiduje obowiązku uwzględnienia przez wyborcę wszystkich nazwisk na liście, dlatego możliwa jest sytuacja, w której po wyczerpaniu wszystkich drugich, trzecich, czwartych, itd. głosów żaden z kandydatów nie będzie mógł pochwalić się wynikiem przekraczającym 50%. Wówczas członkiem Izby Gmin zostaje po prostu osoba, która w momencie wyczerpania ma największą liczbę głosów.

Jak widać, system ten nie należy do najbardziej przejrzystych i pewnie dlatego nie cieszy się wielką popularnością na świecie. Obecnie w wyborach do parlamentu stosują go tylko Australia, Papua – Nowa Gwinea i Fidżi. Skąd więc wziął się pomysł na jego wprowadzenie w kraju o najbardziej stabilnym ustroju w Europie, w którym państwowa tradycja jest świętością? Jak to w demokracji bywa, jest to efekt kompromisu pomiędzy koalicjantami. Co więcej, kompromisu, który najlepiej pasuje do programu opozycji. Rządzący konserwatyści popierają obecną ordynację zwykłych okręgów jednomandatowych. Tymczasem ich mniejszy koalicjant – liberalni demokraci – od lat postuluje wprowadzenie systemu proporcjonalnego argumentując, że nadszedł czas by skończyć ze skostniałym modelem dwupartyjnym w UK i pójść w kierunku bardziej „europejskiego” pluralizmu (co jest dosyć oczywiste z punktu widzenia partii cieszącej się kilkunastoprocentowym poparciem). Laburzyści natomiast będąc wielkim beneficjentem systemu większościowego, a zarazem ugrupowaniem uchodzącym za postępowe, sięgnęli w zeszłorocznej kampanii po „opcję oceańską” – alternatywne głosowanie. I właśnie do niej odwołał się Nick Clegg, lider liberałów, chcąc nakłonić premiera Davida Camerona do przeprowadzenia reformy systemu wyborczego. Czy wejdzie ona w życie okaże się 5 maja. Wtedy to zostanie przeprowadzone (uwaga!) drugie w historii Wielkiej Brytanii referendum ogólnokrajowe.

Nie wymaga więc uzasadnienia twierdzenie, że na Wyspach mamy do czynienia z wydarzeniami historycznymi, daleko wykraczającymi poza zwykłe międzypartyjne przepychanki. Oczywiście świadomi są tego sami Brytyjczycy i nad Tamizą trwają w najlepsze kampanie zwolenników i przeciwników AV. Żeby było jeszcze ciekawiej podział na tych pierwszych i drugich przebiega w poprzek największych partii. Kampanii na „nie„, napędzanej głównie przez torysów, przewodniczy Margaret Beckett, była liderka Partii Pracy i wielokrotna minister w rządzie Tonego Blaira. Razem z nią do odrzucenia alternatywnego głosowania zachęca niemal połowa deputowanych laburzystów, podczas gdy ich lider Ed Miliband aktywnie bierze udział w kampanii na „tak” ramię w ramię ze swoim politycznym rywalem Cleggiem. Młodzi konserwatyści buntują się przeciwko Cameronowi i rozkręcają w internecie akcję poparcia dla alternatywnego głosowania, a „prawdziwi liberałowie” zachęcają by jednak głosować na „nie„, gdyż jedynym słusznym systemem jest system proporcjonalny.

Osobną kwestią jest wpływ referendum, a przede wszystkim agresywnej kampanii, na przyszłość rządzącej koalicji. Przy niejasnej postawie podzielonych laburzystów i marginalnej roli pozostałych opozycyjnych partii spór o AV ogniskuje się na linii konserwatyści – liberalni demokraci. Nie jest to dżentelmeńska dyskusja – retoryka obu stron (w szczególności zwolenników alternatywnego głosowania, którzy ostatnio przegrywają w sondażach) staje się coraz ostrzejsza w miarę zbliżania się 5 maja. Ministrowie z ramienia liberalnych demokratów oskarżają swojego premiera o stosowanie „taktyki godnej Goebbels’a”, grożą koalicjantom sądem za rozpowszechnianie kłamstw na temat AV i wypominają konserwatystom dawny sprzeciw wobec praw wyborczych kobiet. Tymczasem druga strona, zachęcając do głosowania na „nie„, uciekła się do plakatów pokazujących, że alternatywne głosowanie (wymagające kupna nowych maszyn do liczenia głosów) sprawi, iż zabraknie pieniędzy na leczenie chorych dzieci czy wyposażenie wojska walczącego w Afganistanie.

Ponadto, jednym z głównych motywów kampanii na „nie” są personalne ataki na Nicka Clegga, którego popularność wśród Brytyjczyków gwałtownie spadła i który w ostatnich miesiącach jest „chłopcem do bicia” wyspiarskich polityków i dziennikarzy. Clegg ma wyraźnie dosyć tej nagonki, w której biorą udział również jego rządowi partnerzy i dał temu wyraz ostatnio w wywiadzie dla BBC. Stwierdził w nim, że okres dyscypliny w koalicji się skończył i po referendum, niezależnie od jego wyniku, nastąpi faza „bardziej swobodnego wyrażania swoich opinii”. Zaznaczył też, że w czasie kampanii ujawniły się naturalne różnice w wyznawanych wartościach pomiędzy współrządzącymi. Część brytyjskich komentatorów odebrała to jako groźbę zerwania współpracy z Cameronem. Być może jest w tym trochę racji, bo sam premier wyjątkowo szybko zareagował. W odpowiedzi na mocne (jak na Wielką Brytanię) słowa Clegga, zapewnił, że koalicja „ma tak samo dobre podstawy by funkcjonować, jak rok temu”, a on sam nie odpowiada za całą kampanię na „nie„, która jest akcją międzypartyjną. Dodatkowo podkreślił, że konserwatyści skupiali się na merytorycznych argumentach i nie uciekali się do personalnych ataków.

Niewątpliwie, 5 maja będzie niezwykle ważnym dniem dla przyszłości Zjednoczonego Królestwa. Poza bardziej dalekosiężnymi skutkami, czyli zmianą układu sił w kolejnych wyborach, ten dzień zadecyduje też o najbliższych losach rządzącej koalicji. Nie tylko o pozycji panów Camerona i Clegga w rządzie i swoich partiach. Niewykluczone, że niezadowalający wynik referendum doprowadzi do odejścia liberalnych demokratów z koalicji. A wtedy Wielka Brytania stanie przed niewygodnym i egzotycznym na Wyspach problemem jakim jest istnienie rządu mniejszościowego.