Polska polityka (anty-)wschodnia

źródło: RIA Novosti

Polską politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa po 1989 r. charakteryzuje bezradność wobec przemian geopolitycznych zachodzących w naszej części świata. Lekiem na ową bezradność miał się stać dualizm polityki zagranicznej RP, z jednej strony skoncentrowanej na kierunku europejskim, z drugiej na kierunku atlantyckim. Integracja polityczno-gospodarcza, a od niedawna także próby integracji militarnej z Europą Zachodnią, miały być dopełniane i rozszerzane strategicznym sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi. Ścisłe relacje z USA utrzymywane obok, a niekiedy i w poprzek interesów Europy, miały stać się swoistym panaceum na polskie bolączki: położenie geograficzne, syndrom postmocarstwowy, poczucie historycznej krzywdy, wygórowane ambicje (geo-)polityczne części kół decyzyjnych w Warszawie. Problem w tym, że gra na dwóch fortepianach stała się groźnym placebo, niebezpiecznym, ponieważ hamującym postawienie prawidłowej diagnozy i rozpoczęcie właściwego leczenia.

Syndrom Polski postmocarstwowej

Aby zrozumieć istotę myślenia polskich kręgów decyzyjnych o polityce wschodniej należy zwrócić uwagę na szczególne zjawisko, które określić możemy mianem syndromu Polski postmocarstwowej. Związane jest to m.in. z przeświadczeniem o „cywilizacyjnej misji Polski na Wschodnie” i przekonaniem o odwiecznej rywalizacji polsko-rosyjskiej o wpływy na obszarze Europy Wschodniej. Taki sposób rozumowania, charakterystyczny dla okresu międzywojennego, połączony z medialnym kreowaniem „idei jagiellońskiej” (ostatnimi czasy umieszczaną w opozycji do „idei piastowskiej”, cokolwiek ta ostatnia miałaby oznaczać), powoduje sztuczne zawyżanie rodzimego potencjału i odrywanie się od realiów i szans geopolitycznych.

Po 1991 r. zabrakło w naszym kraju pogłębionej analizy nowego kontynentalnego układu sił, a także wyraźnej operacjonalizacji celów i roli Polski w nowej architekturze bezpieczeństwa europejskiego. Skutkowało to przede wszystkim decyzjami doraźnymi, podejmowanymi pod wpływem emocji i nierzadko sprzecznych z polską racją stanu. Ponadto na części warszawskich salonów po rozpadzie ZSRR i zmianie europejskich wektorów geostrategicznych zapanowała specyficzna moda na dywagacje dotyczące „zagospodarowania próżni poradzieckiej”. Spora część polskiej klasy politycznej i kręgów decyzyjnych RP, ochoczo wspierana przez aparat państwowy USA, chyba zbyt dosłownie wzięła sobie do serca słowa gen. Wiktora Dubynina, że „zdechłego lwa nawet małpa wytarmosi za ogon”. Polskie elity polityczne za bardzo uwierzyły w podsuwane przez Waszyngton miraże „polskiego mocarstwa nad Wisłą”. Polska polityka zagraniczna, a przede wszystkim jej sztandarowy obszar, jakim jest polityka wschodnia, w ciągu ostatnich dwudziestu lat stała się niepostrzeżenie instrumentem dezintegracyjnym przestrzeni eurazjatyckiej i narzędziem globalnej polityki Stanów Zjednoczonych.

Polityka prometejska czy epimetejska?

Brak strategicznego samookreślenia się Warszawy w nowych realiach geopolitycznych skutkuje aplikowaniem substytutów wizji polityki zagranicznej w postaci sięgania po wzorce sprzed kilku dekad. Na czele reinkarnowanych idei znalazła się koncepcja ULB, forsowana kilkadziesiąt lat temu na emigracji przez Juliusza Mieroszewskiego, któremu gorąco kibicował Jerzy Giedroyć i środowisko paryskiej „Kultury”, a także tzw. „idea prometejska”, będąca nieoficjalną doktryną polityki wschodniej II RP. Rdzeń konceptualny tego nurtu polskiej myśli politycznej cechuje permanentna wrogość wobec rosyjskiego ośrodka siły i – co więcej – dążenie do jego politycznej defragmentacji poprzez stosowanie długofalowych środków aktywnych i wspieraniu ruchów odśrodkowych.

Wsparcie tzw. pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, poparcie dla agresywnej polityki M. Saakaszwilego, gościna dla kaukaskich terrorystów w Polsce, kosztowne i niepotrzebne zabiegi dyplomatyczne (i nie tylko) w Azji Środkowej (np. stworzenie od podstaw ambasady w Aszchabadzie), stworzenie antyrosyjskiego programu „Partnerstwa Wschodniego”, to tylko próbka ambicjonalnych i niepotrzebnych zabiegów polskiej dyplomacji i służb specjalnych. Prowadząc politykę „prometejską” Warszawa staje się mimowolnie instrumentem realizacji interesów amerykańskich, które obliczone są na podział kontynentu eurazjatyckiego i zapobieżenie wszelkim próbom samodzielnego kształtowania polityki bezpieczeństwa przez europejski ośrodek siły. Niestety wpycha to Polskę w konfrontację z Rosją, na której – jak pokazuje historia – nigdy dobrze nie wychodziliśmy. W tym kontekście za primaaprilisowy żart uznać należy jedno ze zdań exposé ministra Radosława Sikorskiego:„Adam Daniel Rotfeld wspomagał Pomarańczową Rewolucję na Ukrainie, a obecnie wspiera niełatwy proces pojednania z Rosją”[1].

Spojrzenie geopolityczne tym m.in. różni się od innych perspektyw analitycznych, że każe porzucić myślenie egalitarne o podmiotach prawa międzynarodowego. Geopolityka wyznacza ścisłą hierarchię uczestników życia międzynarodowego i inne reguły gry niż te wypisane na parawanach prawa międzynarodowego. Mali i słabi gracze mają po prostu mniejsze prawa, czy się to komuś podoba, czy nie. Sprawiedliwość i wartości moralne zostawmy rezolucjom ONZ.

Sytuacja w Europie Wschodniej jest stanem tymczasowym. Obecny układ geopolityczny nie jest trwały i w ciągu najbliższych kilkunastu lat ulegnie przekształceniu. Do najważniejszych zmian – z punktu widzenia Warszawy – dojdzie na Białorusi i na Ukrainie, włącznie z możliwą dekompozycją tej ostatniej. Obecnie politykę Warszawy wobec ww. dwóch państw cechuje jedno słowo – bezradność.

Relacje z Mińskiem sprowadzają się do dyplomatycznej izolacji i działalności obliczonej na dezintegrację białoruskich wewnętrznych struktur politycznych (środki aktywne, np. TV Biełsat, materialne i szkoleniowe wspieranie opozycji, głęboka penetracja wywiadowcza). Dyplomatyczna izolacja Mińska nie przyniosła Warszawie żadnych korzyści i ich nie przyniesie. Próba cichego, a od 2007 r. oficjalnego, rozgrywania polskiej mniejszości na Białorusi jest tylko smutnym epitafium polityki polskiej wobec Mińska. Zabiegi mające na celu dzielenie Polaków na tych „prawdziwych”, mających „Kartę (prawdziwego) Polaka” i tych gorszych, nie mogących się nią wylegitymować, są sprzeczne naszymi interesami narodowymi. O przynależności do narodu polskiego nie świadczył i nigdy świadczyć nie będzie żaden świstek podstemplowany na Szucha (i zaakceptowany na Miłobędzkiej).

Okres 2004-2005 i zaangażowanie się całej czołówki politycznej w Polsce w poparcie dla tzw. pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, pokazuje bezmiar naiwności i braku wyczucia historycznegoZeitgeist. Przykład Ukrainy jest najlepszym potwierdzeniem kompromitacji polskiej polityki wschodniej w wydaniu „prometejskim”. Warszawa nie ma absolutnie nic do zaoferowania ani Białorusinom ani Ukraińcom i oni to doskonale rozumieją. Elity ukraińskie nie traktują Warszawy jako partnera, co jasno i dobitnie swego czasu przekazał gen. Walentin Naliwajczenko, szef SBU.

Patronem polskiej polityki wschodniej staje się nie Prometeusz, ale jego brat – Epimeteusz, który poprzez ślub z Pandorą i własną głupotę spowodował sporo niepotrzebnego zamieszania.

Stracone szanse

W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Polska miała szansę stać się liczącym się graczem w Europie, lecz niestety nie wykorzystała wielkiej politycznej szansy (może największej od kilku stuleci), kiedy miała realne możliwości współkreacji – wespół z Rosją – wschodnioeuropejskiej przestrzeni geopolitycznej. Należało porzucić stare uprzedzenia i historyczne pretensje i wykorzystać sytuację, kiedy te dwa ośrodki siły mogły na nowo przemodelować układ geopolityczny naszego regionu. Takie propozycje były wysyłane z Kremla kanałami dyplomatycznymi i nie tylko. Zabrakło i zdecydowania i poczucia racji stanu wśród kręgów polityczno-wojskowych. Warszawa wolała postawić na relacje transatlantyckie. Przekształcenia polityczno-terytorialne w Europie Wschodniej pod egidą polsko-rosyjską, dokonałyby skutecznego scementowania nowego rozdziału wspólnej historii. Niestety wygrały historyczne uprzedzenia i pieniądze z Waszyngtonu.

Warszawa zamiast skupić się na realnej polityce zaczęła brnąć w sztuczne problemy, koncentrując się na tzw. polityce historycznej. Jednym ze sztucznych problemów wykreowanych przez Polskę w relacjach z Rosją stała się sprawa katyńska. Temat zdawałoby się definitywnie zamknięty w czasie prezydentury Borysa Jelcyna, stale powraca z coraz to większą drobiazgowością. Polscy politycy domagają się nieustannie przeprosin, awanturując się a to o akta, a to o tablicę, a to o problemy leksykalne. O co chodzi? Jak nie wiadomo o co chodzi (no bo przecież pomordowanym to już nie pomoże), to chodzi o pieniądze (czyt. odszkodowania). Tego typu polityczno-historyczne awanturnictwo nie przynosi niczego konstruktywnego.

Konsekwencją rosnących wpływów amerykańskich w naszym kraju i oderwania się od realiów geopolitycznych przez kręgi decyzyjne w Warszawie – niezrozumiałe z punktu widzenia polskiej racji stanu – odrzucenie przez nasz kraj propozycji budowy gazociągu Jamał-2 (z pominięciem niestabilnej Ukrainy, permanentnie podkradającej gaz eksportowany do Europy). Zadecydowały względy czysto ideologiczne, nie ekonomiczne. Trudno było nie przewidzieć konsekwencji takiej decyzji. Warszawa nie chciała być partnerem dla Moskwy, to stał się nim Berlin. Gazociąg Nord Stream powstał na wyraźne geopolityczne życzenie polskich decydentów.

Bardzo ważnym współautorem polskiej polityki wschodniej są pozawojskowe służby specjalne, które po 1990 r. działają w ścisłym partnerstwie ze służbami amerykańskimi i brytyjskimi. Na początku istnienia III RP oficerowie z Miłobędzkiej stworzyli właściwie od podstaw tzw. wschodni kierunek operacyjny. Kontrola wywiadu jest zaś w Polsce iluzoryczna („wywiad zadaniuje się sam”), co nieoficjalnie potwierdzają i polscy parlamentarzyści i decydenci z najważniejszych urzędów państwowych. Bez zmiany ukierunkowania działania polskich służb trudno będzie także o zmianę charakteru polskiej polityki wschodniej.

Mimo szeregu błędnych decyzji i wielu zaniechań Polska nadal posiada kilka ważnych atutów w polityce wschodniej. Jednym z nich są wartościowe aktywa operacyjne polskiego wywiadu w tej części Europy. Może warto wspólnie z rosyjskim i niemieckim ośrodkiem siły ustalić nowe zasady gry w naszym regionie? Wymagałoby to oczywiście zmiany przez Warszawę wektora geopolitycznego, obliczonego na ścisły sojusz z Waszyngtonem, ale odbyłoby się to z pewnością z pożytkiem dla polityki europejskiej.

Leszek Sykulski

 

Tekst ukazał się w ramach debaty Czy modyfikacje w obrębie Doktryny Giedroycia są wystarczające? Jaką drogą powinna podążyć polska polityka wschodnia?, prowadzonej wspólnie przez: