24 godziny Obamy w Warszawie. Wizyta “feel good”? Niekoniecznie

Można złośliwie powiedzieć, że wyczekiwana latami wizyta prezydenta Obamy w Polsce nie przedstawia się imponująco. Prezydent spędzi w naszym kraju mniej niż dobę. Nie spotka się z mieszkańcami Warszawy i nie będzie miał publicznego wystąpienia. Ale to nie znaczy, że to wydarzenie bez konkretnego znaczenia.

Obserwacja medialnego szumu, który wygenerowała wizyta prezydenta Obamy jest ciekawym, pouczającym przeżyciem. Media koncentrują się na trywialnych tematach, a doradcy prezydenta nakręcają tylko atmosferę nie do końca przemyślanymi wypowiedziami. Kluczowe staje się to, kto się pojawi a kto nie ( i dlaczego) oraz to jak bardzo życie w Warszawie będzie trudne dla mieszkańców miasta. Tymczasem wizyta prezydenta Obamy jest niezwykle ważna, ale z przyczyn innych niż nieobecność tego czy innego polityka na foto opie. Obrazuje przede wszystkim trudności, jakie Polska ma z określeniem kierunku polityki zagranicznej po wejściu do UE. By skutecznie negocjować z kimkolwiek konieczne jest najpierw zbudowanie określonej pozycji negocjacyjnej. Trzeba wiedzieć kim jesteśmy i czego chcemy, by istniała szansa by coś uzyskać. I to nie tylko z Ameryką.

A Ameryka negocjuje na własnych warunkach i w konkretnych okolicznościach. Trzeba zrozumieć też dość oczywiste fakty, takie jak zmiana priorytetów strategii USA, które w XXI wieku uznają obszar Azji i Pacyfiku za najważniejsze pole jej globalnej polityki. I jest to stanowisko i Demokratów i Republikanów. Zwłaszcza Republikanie widzą w Chinach zagrożenie na miarę Związku Radzieckiego, wymagające nowego wyścigu zbrojeń.

W takiej sytuacji wizytę prezydenta Obamy trzeba popatrzeć na wielu płaszczyznach. Na pierwszej – ma ona znaczenie symboliczne, obliczone na potrzeby wewnętrznej polityki USA. Obama udając się do Polski, unika oskarżeń o pozostawianie sojuszników samych sobie, ignorowanie ich potrzeb. 24 godziny wystarczą dla amerykańskich mediów.

Po drugie, ze względu na dość duże znaczenie Polski na lokalnej arenie międzynarodowej, jak również w Unii Europejskiej, Amerykanie traktując nas jako lidera regionalnego in spe, mają swoje konkretne, niewielkie,  interesy do załatwienia. Podobnie jak Polska, chociaż są niewątpliwie problemy z sformułowaniem spójnego stanowiska.

I tu właśnie leży klucz do zrozumienia tej wizyty. Ma ona znaczenie zarówno symboliczne, jak i realne. To przede wszystkim od Polski zależy na ile sprostamy wymogom tej sytuacji.

Najłatwiej jednak popaść w skrajność, która polega na myśleniu że jesteśmy sojusznikiem na poziomie Izraela czy Wielkiej Brytanii, albo na mówieniu że Obama już dawno nas sprzedał Rosji. Takie podejście nie prowadzi do niczego.