Media społecznościowe, a polityka wewnętrzna państw

Media społecznościowe takie, jak Facebook, Twitter czy rodzima Nasza Klasa, stanowią podstawę tworzenia sieci znajomości we współczesnym życiu publicznym. Twórcy wyżej wymienionych portali nie zakładali prawdopodobnie jednak, jak wielki stanie się ich wpływ na debatę publiczną, a wreszcie na działania organów władzy czy funkcjonowanie i stabilność systemu politycznego. Szybkość komunikacji, a także możliwość publikacji praktycznie każdej informacji i rozesłania jej do rzeszy współużytkowników powodują, iż zgromadzenie setek osób w danym miejscu o danej porze lub zebranie stu tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy przestają być problemem. Wydaje się zatem, iż media społecznościowe mogą przyczyniać się do wzrostu poziomu demokracji oraz do budowania społeczeństwa obywatelskiego w państwach, w których obywatele są aktywnymi i stałymi użytkownikami tego rodzaju mediów. Paradoksalnie bowiem, coraz częściej nawet nieoficjalne inicjatywy członków społeczności „twitterowych” czy „facebookowych” przechodzą do głównych mediów, na przykład do telewizji, lub stają się obiektem zainteresowania polityków.

Działania „facebookowiczów”  dają się podzielić na polityczne i „społecznie wrażliwe”. Część z tychże stanowi odpowiedź na aktualne problemy lub wydarzenia polityczne[1], część natomiast stanowi przyczynek do kreowania nowych dyskusji i debat publicznych[2]. Nierzadko wydarzenia polityczne, jak na przykład kampanie wyborcze, stają się motywacją i „przykrywką” dla prywatnych działań marketingowych. I tak strona „Nie róbmy polityki. Lepmy pierogi”, która na portalu Facebook zgromadziła ponad trzynaście tysięcy fanów, stanowiła nie tyle zbiór satyrycznych obrazków i komiksów, prześmiewających obecny stan polskiej polityki[3], ile promocję autorskiego portalu internetowego jej twórcy, który miał zostać otwarty w okresie powyborczym. Wybory samorządowe były zatem jedynie pretekstem do efektywnego przeniesienia kampanii promocyjnej portalu do Internetu pod bardziej aktualnym szyldem.

Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób na przestrzeni ostatnich lat debaty prowadzone w ramach funkcjonowania mediów społecznościowych wpłynęły na sytuacje wewnętrzne państw, których obywatele korzystają z tychże, a jak na relacje międzynarodowe.

Casus Mołdawii

Najwyraźniejszym przykładem wpływu portalu społecznościowego (w tym przypadku był to Twitter) na bezpieczeństwo wewnętrzne państwa jest sytuacja, jaka zaistniała w Mołdawii w kwietniu 2009 roku. W wyborach, które odbyły się piątego kwietnia, zwycięstwo (przy frekwencji 54,49%) odniosła Partia Komunistów Republiki Mołdawii (uzyskała ona 49,48% głosów, czyli w efekcie zdobyła 60 mandatów w parlamencie). Wynik wyborów został jednak zakwestionowany przez środowiska opozycyjne, które zarzuciły partii rządzącej[4] fałszerstwo, po czym zażądały przeprowadzenia powtórnych wyborów[5]. Niezadowolenie z rezultatu wyborów, perspektywy kolejnych czterech lat rządów komunistów oraz oskarżenie o dopisanie do list wyborców kilkuset tysięcy dodatkowych, fikcyjnych nazwisk nałożyły się na niski standard życia obywateli w Republice Mołdawii, co spowodowało wybuch zamieszek. Demonstracje rozpoczęły się 6 kwietnia w Kiszyniowie, a wywołała je grupa użytkowników portalu Twitter, dlatego też wydarzenia w Mołdawii nazywane są często „pierwszą twittterową rewolucją”. Kolejne protesty organizowane były już tylko przy pomocy Internetu, stąd można je uznać za tak zwane flash moby („błyskawiczne tłumy”), czyli niespodziewane pojawienie się grupy osób wykonujących pewną, ustaloną za pomocą Internetu, czynność w danym, także umówionym na portalu społecznościowym miejscu. Użycie Facebooka i Twittera spowodowało, iż kolejne publiczne wystąpienia antykomunistyczne mogły być organizowane bardzo szybko, w łatwy sposób synchronizowane i relatywnie przewidywalne[6], dzięki czemu działania protestujących dotarły do zagranicznych mediów. Same demonstracje przyniosły zaś nie tylko reperkusje wewnętrzne w postaci aresztowań i represji wobec opozycjonistów, ale także w sposób negatywny odbiły się na relacjach mołdawsko-rumuńskich. Owo pogorszenie wyniknęło z proeuropejskich i prorumuńskich haseł głoszonych przez część protestujących. Mołdawski prezydent – Vladimir Voronin (wywodzący się zresztą z PKRM) – oskarżył rząd w Bukareszcie o inspirowanie zamieszek. Oskarżenie to sprowokowało natomiast serię publicznych wystąpień rumuńskich obywateli, którzy popierali demonstrujących Mołdawian.

Można jedynie spekulować, jak potoczyłyby się wydarzenia w Mołdawii, gdyby protestujący nie wykorzystywali Twittera i Facebooka do koordynowania protestów. Możliwe, że wcale by do nich nie doszło, ponieważ komunikacja między protestującymi byłaby znacznie utrudniona. Utrudnione byłoby także szacowanie liczby współprotestujących, a to przecież bardzo często subiektywne poczucie własnej (jako grupy społecznej) siły przebicia warunkuje chęć aktywnego wystąpienia w imieniu grupowych interesów, a także siłę podejmowanych działań i determinację członków grupy. Media społecznościowe aspirują dzisiaj do roli, jaką w 1962 roku przyznał prasie drukowanej Jürgen Habermas, dla którego prasa drukowana umożliwiła publiczną debatę na ważkie społecznie tematy, przez co zaktywizowała obywateli i przyspieszyła proces demokratyzacji państw europejskich[7]. Wymiana poglądów, która toczyła się na łamach gazet, wzmocniła także pozycję tak zwanych „ekspertów”, którzy byli angażowani przez dziennikarzy do komentowania artykułów i wypowiedzi zamieszczanych w prasie z fachowego punktu widzenia.

W XXI wieku tego typu dyskusje przenoszą się do mediów elektronicznych, w tym do społecznościowych. Za zapowiedź zmian w prowadzeniu debaty publicznej można uznać falę krytyki, jaką w formie sms-ów wyrażali Hiszpanie po przedwczesnym, błędnym oskarżeniu przez hiszpańskiego premiera (w 2004 roku funkcję tę pełnił Jose Maria Aznar) Basków o podkładanie bomb w madryckim metrze. Podobnie w 2006 roku na Białorusi część protestów skierowanych przeciwko prezydentowi Łukaszence zorganizowano przy pomocy korespondencji mailowej.

Egipt – Internet a rewolucja

Media społecznościowe mogą zatem stanowić potężne narzędzie wpływu na sytuację wewnętrzną w kraju, zwłaszcza w przypadku państw przechodzących przemiany polityczne lub ustrojowe. Kontakt internetowy może jednak odegrać ważną rolę także w sytuacji, gdy następuje konsolidacja środowisk opozycyjnych w reżimach autorytarnych. W momencie, gdy następuje spadek poziomu społecznej akceptacji dla władzy (tym samym spada poziom jej legitymizacji), a samo społeczeństwo wydaje się być zmęczone reżimem, dostęp do mediów społecznościowych (przy założeniu, że ich zawartość nie jest kontrolowana lub nawet blokowana przez władzę[8]) stanowi nie tylko możliwość kontaktu z obywatelami innych krajów, ale może także stanowić platformę wymiany poglądów pomiędzy tymi, którzy sprzeciwiają się autorytarnej władzy. Taka wymiana to już zalążek potencjalnych działań opozycyjnych. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż użytkownicy portali społecznościowych (czy Internetu w ogóle) to najczęściej osoby młode, bardziej skłonne do podjęcia konkretnych działań antyrządowych, choć także bardziej podatne na wpływy zewnętrzne. Zatem w społeczeństwach młodych, takich jak egipskie, większość obywateli może być potencjalnie obiektem zamieszczanych w Internecie treści rewolucyjnych. Jeśli dodać do tego rozczarowanie władzą, złą sytuację życiową oraz dysonans pomiędzy rzeczywistością a jej obrazem przedstawianym przez kontrolowane przez władzę media, to powstaje grupa, która może rozpocząć niebezpieczne z punktu widzenia reżimu przemiany. Temu coraz trudniej jest unikać odpowiedzi na pytania o rozdźwięk między treściami publikowanymi w Internecie a zawartością mediów publicznych, w których państwo ma monopol na informację[9], stąd, w obliczu narastającej presji wewnętrznej (ale także zewnętrznej, międzynarodowej), pojawia się konieczność podjęcia przez państwo pewnych działań. Władza nie może pozostać bierna wobec zapowiedzi oddolnych ruchów społecznych skierowanych przeciwko niej, może zatem albo ustąpić w pewnych sferach swojej działalności i rozpocząć proces reformowania systemu lub przeciwnie, zaostrzyć reżim w celu wygaszenia ewentualnych sprzeciwów. Już Alexis de Tocqueville stwierdził, iż chociaż to oczekiwania społeczne są motorem zmian w państwie, to jednak reformowanie pewnych sektorów życia publicznego powoduje automatyczny wzrost oczekiwań społeczeństwa, a zatem raz podjęte przez reżim autorytarny reformy pociągną za sobą falę kolejnych protestów i demonstracji, których celem miałoby być wymuszenie kolejnych elementów procesu demokratyzacji struktur wewnętrznych państwa. Paradoksalnie zatem, spełnienie oczekiwań społecznych może być początkiem końca reżimu autorytarnego.

Zbyt czuła reakcja władzy może jednak dać efekt zupełnie inny od oczekiwanego. Gdy rząd w Bahrajnie zablokował dostęp obywateli do serwisu Google Earth[10], okazało się, iż większość mieszkańców kraju nie słyszała o całej sprawie i zainteresowała się nią dopiero, gdy rząd podjął działania cenzorskie. W efekcie dostęp do Google Earth przywrócono po zaledwie czterech dniach.

W przypadku ostatnich wydarzeń w Egipcie, władza reżimu Hosniego Mubaraka zdecydowała się na zablokowanie dostępu obywateli do Internetu. Oficjalnym powodem było bezpieczeństwo wewnętrzne państwa, jednak nie trudno się domyślić, iż prawdziwym motywem działania byłego prezydenta kraju była chęć zablokowania protestującym możliwości szybkiego i efektywnego komunikowania. Pierwsze demonstracje zorganizowano, podobnie jak w omawianym już przypadku mołdawskim, na zasadzie flash moba za pomocą serwisów Facebook i Twitter. Demonstranci znaleźli jednak inne, choć mniej efektywne, sposoby komunikacji – telefony stacjonarne i komórkowe, za pomocą których część opozycjonistów zamieszczała wpisy na Twitterze. Ponadto grupa aktywistów z inicjatywy Odbudujemy skonstruowała listę numerów zagranicznych, z którymi mogli kontaktować się Egipcjanie, rozsyłała także informacje na temat możliwości wykorzystania telefonów jako modemów. Dostęp do Sieci można było uzyskać jedynie poprzez małego, lokalnego operatora – Noor Group. Użytkownicy pozostałych zostali natomiast odłączeni od Internetu.

Jak pokazuje doświadczenie, odcięcie od globalnych środków komunikacji nie osłabiło entuzjazmu protestujących, ponieważ raz stworzona sieć kontaktów i raz wytworzona grupa społeczna są w stanie przetrwać, funkcjonować skutecznie mimo niszczących działań z zewnątrz. Prawdopodobnie można by stwierdzić, iż reakcja reżimu była spóźniona i błędu tego nie sposób było już naprawić. Można by zatem nazwać rewolucję w Egipcie „drugą rewolucją twitterową” lub „pierwszą rewolucją facebookową”.

Konkluzje

Media społecznościowe mogą wywierać pozytywny wpływ na proces demokratyzacji państw, ponieważ stanowią otwartą platformę wymiany poglądów, a także umożliwiają szybką koordynację działań o charakterze opozycyjnym. Należy jednak pamiętać, iż się one także stać kolejnym narzędziem indoktrynacji w rękach władzy, jeśli odpowiednio użyte. Ponadto, wśród ich wad można by wymienić istnienie bardzo wielu inicjatyw, które nie przynoszą realnego rezultatu, a jedynie mają na celu podniesienie statusu społecznego użytkownika[11]. Można zaryzykować stwierdzenie, iż w przyszłości media społecznościowe, a zwłaszcza Twitter i Facebook, będą pełnić coraz ważniejszą rolę w życiu publicznym, przede wszystkim w politycznym, w krajach demokratycznych, a ponadto coraz częściej będą stanowić narzędzie środowisk opozycyjnych w walce z reżimem.

Dominika Jędrzejczyk


[1] Jak szeroko komentowana w mediach inicjatywa „Dzień bez Smoleńska”, dla której niedługo później powstała kontrinicjatywa „Nie zgadzam się na <<Dzień bez Smoleńska>>”.

[2] Stało się tak w przypadku zgłaszania kolejnych przypadków znęcania się nad zwierzętami. Komentarze zamieszczane na portalach społecznościowych doprowadziły do nagłośnienia problemu maltretowania zwierząt i niskiego standardu w polskich schroniskach.

[3] Strona powstała w okresie kampanii przed wyborami samorządowymi w listopadzie 2010 roku i swoją nazwą nawiązywała do serii haseł wyborczych Platformy Obywatelskiej.

[4] PKRM pełniła tę rolę od 2001 roku.

[5] Co ważne, międzynarodowi obserwatorzy nie stwierdzili żadnych uchybień w procedurze przebiegu głosowania.

[6] „Relatywnie”, ponieważ sami organizatorzy demonstracji przyznali post factum, iż liczba ich uczestników była wyższa niż szacowana na podstawie aktywności twitterowej

[7] Jürgen Habermas, „Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”, wyd. PWN, Warszawa 2007

[8] W Birmie obywatele nie mogą tworzyć blogów, w Iranie reżim kontroluje większość portali społecznościowych, ponadto obywatele nie mają dostępu do Wikipedii i wyszukiwarki Google.

[9] Problem ten Adam Briggs określił mianem „konserwatywnego dylematu” – władza, wycofując się z wcześniej prezentowanych w mediach treści, przyznałaby rację internetowym opozycjonistom, natomiast pozostając przy swoim stanowisku, jedynie zaostrzałaby konflikt pomiędzy obiema grupami.

[10] Portal opublikował mapę ilustrującą zagarnięcie przez rodzinę królewską części państwowej ziemi.

[11] Tak jest na przykład w przypadku inicjatywy „Save Darfur” na anglojęzycznym Facebooku. Nie wiąże się ona z żadnymi realnymi działaniami użytkownikami, a jedynie wskazuje na ich społeczną wrażliwość oraz zainteresowanie sprawami międzynarodowymi.