Doktryna Obamy w budowie

Dwa lata kadencji za pasem, a przygotowania do walki o reelekcję już w drodze. Barack Obama znajduje się w takim momencie prezydentury, w której kluczowe zasady działania administracji powinny być już klarowne. Patrząc na podejście prezydenta do libijskiej operacji „Świt Odysei” można odnieść wrażenie, że powstały zręby polityki zagranicznej. Warto przy tym pamiętać o nadrzędnym imperatywie – poważnym problemie deficytu budżetowego i długu publicznego.

Irak, Afganistan i Libia

Trudno stwierdzić, jaka jest „Doktryna Obamy” w polityce zagranicznej. Niewiele się w tej kwestii zmieniło od początku marca, gdy miałem przyjemność prowadzić debatę poświęconą polityce zagranicznej Obamy. Jednak stopień zaangażowania USA w operację „Świt Odysei”, w połączeniu z decyzjami prezydenta Obamy dotyczącymi wojen w Iraku i Afganistanie pozwala na dokonanie wstępnej oceny. W przypadku Libii, Stany Zjednoczone siłą rzeczy musiały (mogły najszybciej zmobilizować odpowiednie zasoby na Morzu Śródziemnym) na początku mocniej się zaangażować, jednak od pierwszej minuty Waszyngton zmierzał do przerzucenia ciężaru na innych chętnych.

W przypadku Iraku i Afganistanu nacisk należy położyć na wycofanie amerykańskich żołnierzy z tych państw i przekazanie odpowiedzialności za kraj miejscowym władzom. W Iraku to już się w zasadzie udało, natomiast w Afganistanie najpierw zwiększono ilość żołnierzy, by w określonym czasie móc dokonać istotnych redukcji kontyngentu. Przekazywanie odpowiedzialności Afgańczykom zostało już zapowiedziane, a perspektywa wycofywania sił z Afganistanu jest w miarę jasno zarysowana.

Mniej baz, mniej paternalizmu

Jednocześnie Ameryka dokonuje przeglądu i reorganizacji potężnego systemu rozsianych po całym świecie baz wojskowych. O ile zmniejszenie ilości żołnierzy stacjonujących na Półwyspie Koreańskim wydaje się dzisiaj wątpliwe, o tyle w Europie należy spodziewać się dalszych redukcji. Amerykanie zostawią sobie bazy przerzutowe, które pozwolą im dotrzeć do miejsc konfliktu w krótkim tempie, natomiast w samych bazach pozostanie tylko niezbędny personel. Większe zgrupowania wojsk pozostaną tylko w absolutnie kluczowych lokalizacjach.

Przed konkluzją należy przypomnieć o jeszcze jednym istotnym fakcie. Obama od początku kadencji naciska na rządy państw europejskich, aby te w większym stopniu wzięły na siebie ciężar zapewnienia sobie bezpieczeństwa, by nie dokonywały radykalnych oszczędności na siłach zbrojnych i dbały o zachowanie potencjału obronnego. Było to aktualne w chwili, gdy Obama zabiegał w Europie o dodatkowe oddziały na misję afgańską, jest aktualne teraz, gdy przygniecione zadłużeniem kraje Starego Kontynentu dramatycznie poszukują oszczędności.

Nowa polityka zagraniczna

Obserwując posunięcia prezydenta USA odnoszę wrażenie, iż w polityce zagranicznej zamierza realizować założenia koncepcji offshore balancing. Oznacza to, że Obama będzie unikał znaczącego zaangażowania, a już w szczególności długoterminowego zaangażowania, sił zbrojnych w operacje zamorskie. Zamiast wysyłania żołnierzy, Obama skorzysta z potęgi floty i lotnictwa, które są rozlokowane (lub mogą być szybko rozlokowane) na miejscu zdarzeń (np. wojna domowa w Libii). Okręty, samoloty i rakiety pokażą przeciwnikom Ameryki, że konkretne działania się jej nie podobają.

W tym samym czasie główny ciężar polityczny, a także wojskowy, spoczywa na lokalnych bądź regionalnych sojusznikach (partnerach). Libią mają zająć się Europejczycy, w szczególności Francja Sarkozy’ego, która aż wyrywała się, aby przejąć od Amerykanów gorącego kartofla, jakim jest operacja „Świt Odysei”. Interwencja USA będzie następować tylko wówczas, gdy miejscowi partnerzy nie będą w stanie poradzić sobie sami. I raczej będzie to krótkotrwałe zaangażowanie.

Od przedstawionych wyżej założeń mogą oczywiście występować wyjątki. Zresztą jak od każdej reguły. Różne mogą być uzasadnienia tych odstępstw – od zasad moralnych do ważnych interesów narodowych. Możliwy jest także bardziej banalny powód, jakim jest bieżąca sytuacja polityczna (wewnątrz USA). Zdaje się, że nie będzie to też tylko polityka Obamy, ale również następnego lokatora Białego Domu.

Na rzeczywistość zewnętrzną silnie oddziałuje bowiem rzeczywistość wewnętrzna, konkretnie finansowa. Zagraniczne ekspedycje są kosztowne i nie Waszyngtonu nie stać już na pełnienie roli globalnego żandarma. Duma nie pozwoli Amerykanom całkowicie zrezygnować z tej roli, jednak odwrót za Ocean jest nieunikniony. Stany Zjednoczone jeszcze nie oddają pola, ale – choć nie przyznają tego wprost – sygnalizują taką możliwość.

Piotr Wołejko