Bitwa o Libię

Kadr z przemówienia Kaddafiego z 22/02/2011 r. (Zdjęcie: rian.ru)
Kadr z przemówienia Kaddafiego z 22/02/2011 r. (Zdjęcie: rian.ru)

Jednym z ostatnich liderów, oficjalnie głoszących poparcie dla prezydenta Hosniego Mubaraka, był pułkownik Muammar Kaddafi, rządzący od ponad 40 lat przywódca Libii. Tymczasem również w jego państwie wybuchły protesty (tzw. „rewolucja 17 lutego”) i dyktator znalazł się w poważnych opałach, opuszczony przez część wojska oraz powszechnie krytykowany przez społeczność międzynarodową za atakowanie nieuzbrojonych cywilów. Kaddafi przetrwał pierwszą falę uderzeniową, gdy stracił kontrolę nad częścią miast, skonsolidował siły i nic nie wskazuje na jego rychłą porażkę na froncie – przynajmniej do czasu, gdy będzie miał jak opłacać najemników oraz swoich żołnierzy. Jedynym sensownym wyjściem wydają się w tej sytuacji negocjacje pokojowe, które rozbijają się o jedną niezwykle istotną kwestię – władzę pułkownika Kaddafiego, której straty on sam sobie nie wyobraża, a której zachowania nie są w stanie zaakceptować powstańcy urzędujący w Bengazi.

Kaddafi to nie Mubarak
To co udało się w Egipcie, nie wyszło w Libii. Okazało się, iż pułkownik Kaddafi, świadomy wydarzeń na placu Tahrir, od początku zdecydował się na konfrontację, a protestującym zarzucał współpracę z al-Qaidą.

Przede wszystkim jednak między Kaddafim, a Mubarakiem istnieje szereg różnic, które spowodowały, iż w Egipcie udało się uniknąć wojny domowej, zaś w Libii już nie. Kaddafi dzierży(ł?) swoją władzę niepodzielnie, będąc w Libii panem życia i śmierci, nie dopuszczając istnienia żadnych przejawów społeczeństwa obywatelskiego, zaś Mubarak utrzymywanie się u władzy zawdzięczał poparciu może nie wyborców, których głosy fałszowano, ale wojska, państwa w państwie, które miało, ma i będzie mieć wpływy, ale także autorytet wśród Egipcjan. Jednocześnie, choć w ograniczonym zakresie, działała opozycja. Kiedy zatem część dotychczasowych sojuszników opuściło przywódcę Libii, ten był gotowy na wojnę domową, w Egipcie kwestie prezydentury Mubaraka rozstrzygnęli wojskowi, powiadamiając jedynie swojego byłego towarzysza broni o decyzji.

Inaczej wygląda również kwestia możliwej zakulisowej gry państw Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Wywieranie presji na Mubaraku i egipskim wojsku nie było trudne, a sami wojskowi byli na tyle odpowiedzialni, iż wiedzieli, że niepohamowany rozlew krwi nie będzie w ich interesie. Od początku było wiadomo, iż Kaddafi równie elastyczny nie będzie i nawet dwie rezolucje Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych niewiele zmieniły w tym zakresie. Kiedy pułkownik zobaczył protestujących, nakazał ich rozgonić przy pomocy wszelkich dostępnych środków – w tym, jak donoszą „Human Rights Watch” oraz amerykańska telewizja CNN – ostrej amunicji oraz bombardowań. O ile więc Mubarak był skłonny pogodzić się z utratą władzy oraz jednoczesnym poświęceniem politycznej przyszłości swojego niepopularnego syna, Gamala, o tyle Kaddafi na emeryturę się nie wybiera, a jego rzecznikiem prasowym stał się, uznawany za prozachodniego, syn Saif.

Reakcja społeczności międzynarodowej
Pomimo pięknego albumu zdjęć, z premierem Berlusconim, z prezydentem Sarkozym czy przewodniczącym Rady Europejskiej, Hermanem von Rompuy’em, Muammar Kaddafi nie był nazbyt lubianym przywódcą, więc nikt nie zamierzał za niego umierać. Rada Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych błyskawicznie nałożyła na libijski reżim embargo na dostawę broni, zakazy wyjazdowe dla najważniejszych jego funkcjonariuszy oraz zdecydowała o zamrożeniu aktywów libijskiego przywódcy, których wysokość liczyć należy w miliardach dolarów. Przyjęcie rezolucji nr 1970 poparły Chiny z Rosją. Pekin ewakuował 30 tysięcy swoich rodaków, na czym skorzystała branża turystyczna w Grecji, gdzie nagle wypełniły się hotele, a Moskwa poświęciła tym samym szacowany na półtora miliarda dolarów kontrakt wojskowy, z niecierpliwością czekając na wzrost cen ropy i wyrazy uznania od Zachodu.

Jednocześnie okazało się, iż rezolucja nie wpłynęła na sytuację w Libii, a wręcz pułkownik Kaddafi odzyskał inicjatywę i szykuje się do zajęcia Bengazi, zakończenia wojny domowej i prawdopodobnie rozliczenia swoich byłych przyjaciół, stojących na czele sił powstańczych. Oczywiste stało się, iż powstanie – bez pomocy z zewnątrz – upadnie, gdyż Kaddafi dysponuje konkretnymi i karnymi siłami, a opozycja jest nie tylko nie wyszkolona, ale również niedozbrojona.

Tymczasem Amerykanie wiedzieli, iż mają co najmniej kilka powodów, by nie angażować się w Libii. Pierwszym z nich były miliardy dolarów pochłaniane już corocznie w Iraku i Afganistanie, drugim z nich możliwe zaangażowanie Waszyngtonu w trzecią już wojnę, trzecim zarzut o prowadzenie polityki neokolonialnej, a czwartym – być może najważniejszym – przyszłoroczne wybory prezydenckie. Gdyby prezydent Obama zdecydował się np. na operację lądową, śmiało by go można nazwać politycznym samobójcą. Również Europa niechętnie podchodziła do wszelkich zdecydowanych reakcji. Oczywiście, potępiono naruszenia praw człowieka, ale znowu okazało się, iż owszem, Wspólna Polityka Zagraniczna i Bezpieczeństwa istnieje, ale na papierze w traktacie, a w praktyce liczą się partykularne interesy poszczególnych państw.

Przerzucanie tego gorącego kartofla być może trwałoby do dziś, gdyby nie inicjatywa prezydenta Sarkozego, który zaskoczył nawet rząd francuski, uznając powstańców. W końcu udało się porozumieć sojusznikom co do ograniczonego zasięgu operacji, a także przegłosować kolejną rezolucję w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, która nałożyła na Libię strefę zakazu lotów i upoważniła do podjęcia wszelkich niezbędnych kroków w celu obrony cywilów. Pierwsze poleciały samoloty wysłane przez prezydenta Francji, także widzącego na horyzoncie wybory….

Ocalone Bengazi – co dalej?
Po ogłoszeniu strefy zakazu lotów koalicja, w tym głównie Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy, przystąpili do likwidowania libijskiego lotnictwa i obrony przeciwlotnicznej w ramach operacji „Świt Odysei”. Może to budzić kontrowersje prawne, bo rezolucja RB ONZ nr 1973 ustanawia strefę zakazu lotów, a nie strefę zakazu posiadania środków do latania. Założony cel osiągnięto błyskawicznie, koalicja uzyskała pełne i niezagrożone panowanie w powietrzu. Równocześnie udało się uniknąć zajęcia Bengazi przez siły Kaddafiego, ale na tym plan państw zachodnich się prawdopodobnie skończył. Rezolucja wprost wyklucza możliwość okupacji libijskiego terytorium.

Powstańcy są jednocześni zbyt słabi, aby wygrać wojnę domową, ale też zbyt silni, aby ją przegrać. Dysponując wsparciem w powietrza, nie mają wystarczających sił na lądzie. Jedynym wyjściem ,jakie pozostaje państwom zachodnim, jest wspieranie powstańców poprzez dostarczanie sprzętu, wysyłanie instruktorów oraz udział sił specjalnych. Proces tworzenia nowej armii jest jednak długotrwały i pokonanie Kaddafiego siłami libijskich powstańców nie wydaje się być celem osiągalnym w krótkim czasie. Na interwencję lądową, która mogłaby zakończyć wojnę domową, ochoty nie mają ani Europejczycy, ani Amerykanie, a ci drudzy nawet wycofali swoje samoloty bojowe z operacji. Obecnie dowodzenie znajduje się w rękach NATO.

Z uwagi na impas pojawiają się różne pomysły rozwiązania konfliktu, zazwyczaj zakładające rozmowy. Autorem jednego z ostatnich planów jest Unia Afrykańska – został on jednak odrzucony przez powstańców ze względu na brak spełnienia ich warunku wstępnego, jakim jest ustąpienie pułkownika Kaddafiego. Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz – utrzymanie się pułkownika będzie również potężnym ciosem w prestiż prezydenta Obamy, który wielokrotnie podkreślał, iż dyktator musi odejść i to jest podstawowy cel działań koalicji, a także prezydenta Sarkozego, pierwszego polityka, który zdecydował się na uznanie powstańców z Bengazi.

Należy także wyciągnąć wnioski dla Polski z całej sytuacji. Rzeczpospolita, ze względu na brak istotnych interesów w Libii, nie powinna się angażować militarnie w żaden sposób, ponieważ na ewentualnym swoim udziale nic nie uzyskamy. Trzeba też dobrze zanotować, iż Unia Europejska nie była w stanie zareagować na kryzys w jej bezpośrednim sąsiedztwie i wątpliwe, by stan ten zmienił się w przyszłości, na przykład.

Artykuł ukaże się również w czasopiśmie „Notabene”