Wiek wody i konfliktów o nią?

Węgiel, ropa, woda. W XIX wieku potęga poszczególnych państw powstała dzięki wykorzystaniu węgla. Kopalina pozwoliła rozwinąć machinę przemysłowo-militarną Zachodu. Wiek XX to okres dominacji ropy naftowej. Czarne złoto sprawiło, że gospodarka osiągnęła kolejny poziom rozwoju. Jednak nadchodzi kres złotych czasów węglowodorów. W XXI stuleciu miejsce carboneum w zajmie oxygenium, a najważniejszym „surowcem” stanie się woda.

Przy możliwych konsekwencjach sporów i konfliktów o wodę, dzisiejsze zamieszanie wokół Libii czy problemy wynikające z trzęsienia ziemi oraz tsunami w Japonii wydają się być dziecinnymi igraszkami. Kto wie, czy podpisany w maju ubiegłego roku, oczekujący na ratyfikację parlamentów zainteresowanych państw, nowy traktat dotyczący podziału wody z Nilu nie stanie się przyczyną wojny. Być może zegar już tyka.

Woda dzieli Afrykę

Rzeka Nil (źródło: geography.howstuffworks.com)
Rzeka Nil (źródło: geography.howstuffworks.com)

O co chodzi? Nil (na mapce obok) to coś więcej niż najdłuższa rzeka świata. Nil to kwestia życia i śmierci dla spalonych słońcem, pustynnych Sudanu i Egiptu. W szczególności ten ostatni jest zainteresowany wodą z Nilu i to on najbardziej ucierpi na nowym porozumieniu. Obowiązujący dotychczas traktat pomiędzy Egiptem a Sudanem, wywodzący się z roku 1929 (następnie „znowelizowano” umowę w 1959 r.) przekazuje Egiptowi i Sudanowi prawa do korzystania z wód Nilu. W myśl porozumienia, Egiptowi przysługuje 55,5 miliarda metrów sześciennych wody, natomiast Sudanowi 18,5 miliarda metrów sześciennych. Całkowity przepływ wody oszacowano na 84 miliardy metrów sześciennych, jednak około 10 miliardów wyparowuje. Jak na dłoni widać więc, że dwa państwa rozdysponowały między siebie całą wodę z potężnej rzeki.

Układ z czasów kolonialnych trwał przez dekady, jednak dynamiczny wzrost populacji w państwach, przez które Nil przepływa, bądź w których zaczyna swój bieg sprawił, że coraz głośniej kwestionowano uprzywilejowaną pozycję Egiptu i Sudanu, państw położonych w dolnym biegu rzeki. O swój udział w Nilu zaczęły zabiegać także Etiopia, Uganda, Kenia, Tanzania, Burundi, Rwanda oraz Demokratyczna Republika Kongo. Podobnie jak dla Sudanu czy Egiptu, wykorzystanie zasobów Nilu to dla nich być albo nie być. Ich populacja potrzebuje wody pitnej oraz irygacji tak samo, jak populacja Egiptu.

Dotychczas wystarczyły gniewne pohukiwania ze strony Kairu, aby kraje Afryki Wschodniej siedziały cicho i trzymały głowy nisko. Niestety dla Egiptu, państwa te nie mają wyboru. Obawiam się, że zaryzykują nawet wojnę, gdyż bez większego wykorzystania wody z Nilu mogą zwyczajnie zginąć. Mają jednak wybór – zginąć walcząc o wodę albo zginąć marząc o wodzie. Stąd pohukiwania straciły swą moc, a twarde stanowisko Egiptu i Sudanu doprowadziło do scementowania frontu ich przeciwników. Nowy traktat nie wiąże tych dwóch państw, jednak jego konsekwencje – czy sobie tego życzą, czy nie – już jak najbardziej.

W Azji też nieciekawie

Gorąco będzie nie tylko w Afryce, ale także w Azji. Źródłem problemu, mówiąc dosłownie, będzie Wyżyna Tybetańska, gdzie swój bieg zaczynają największe rzeki Azji: Jangcy, Huang He, Indus, Brahmaputra czy Mekong. W dużej mierze od tych właśnie rzek zależy życie mieszkańców Pakistanu, Indii, Chin, Bangladeszu, Tajlandii, Wietnamu czy Birmy. Sęk w tym, że tylko jedno państwo ma w sprawie zagospodarowania wspomnianych rzek cokolwiek do powiedzenia. I nie jest to kraj chętny do dyskusji, dialogu, a przede wszystkim – kooperacji. Mowa oczywiście o Chinach, sprawujących kontrolę nad Wyżyną Tybetańską.

Wyżyna Tybetańska (grafika: Wikimedia Commons; Kliknij, aby powiększyć!)
Wyżyna Tybetańska (grafika: Wikimedia Commons; Kliknij, aby powiększyć!)

Pekin, podobnie jak w przypadku sporów terytorialnych dotyczących granic lądowych bądź akwenów morskich, także w kwestii wykorzystania rzek zajmuje pryncypialne stanowisko. Dla Chińczyków liczą się tylko chińskie interesy i chińskie potrzeby. Dlatego są gotowi do przeznaczenia ogromnych sum pieniędzy na inwestycje w rzeki, których celem będzie skierowanie większej ilości czystej wody w kierunku wschodnim i północnym. Spragnieni wody są mieszkańcy ogromnych miast. Warto nawodnić również tysiące hektarów nieużytków, przekształcając je dzięki temu w wydajne pola uprawne.

Problem w tym, że chińskie plany nie uwzględniają potrzeb i interesów państw, które z wód wspomnianych wyżej rzek korzystają od wieków. Drastyczne ograniczenie przepływu wody może sprawić, że w oczy dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi zajrzy głód. Jeśli nie będą mieli wyjścia, chwycą za broń i zawalczą o sprawiedliwość, a przede wszystkim o prawo do życia.

Podobnie jak w przypadku innych współczesnych problemów (zmiany klimatyczne, piractwo, zwalczanie pandemii), kwestia zapewnienia dostępności wody pitnej nie zostanie skutecznie rozwiązana bez szeroko zakrojonej współpracy międzynarodowej. Zainteresowani aktorzy lokalni mają przed sobą alternatywę – albo osiągniemy trudny kompromis albo ryzykujemy wyniszczające konflikty.

Niektóre państwa nie posiadają jednak w swoim arsenale dyplomatycznym czegoś, co nazwałbym zdolnością do kompromisu. Dla nich liczy się przede wszystkim ich własny interes. Nie interesują ich potrzeby innych. Wszelkie ustępstwa traktują jako oznakę słabości, a nie symbol rozsądku. Dotyczy to głównie państw o krótkiej historii niepodległości bądź tych, które przez długie lata podlegały wpływom silniejszych graczy. Nie ma sensu wymieniać nazw, gdyż każdy doskonale wie, o jakich państwach mowa.

Od tego, czy państwa te dojrzeją do zmiany stanowiska zależy, czy woda stanie się kolejnym „krwawym surowcem”, o który toczy się wojny. Istnieje poważne zagrożenie, że tak właśnie będzie.

Piotr Wołejko