Nie do końca zrozumiane Chiny: polemika z Maciejem Tomeckim

Wdzięczny jestem Maciejowi Tomeckiemu – autorowi tekstu pt. „Zrozumieć Chiny” – za poruszenie tego ważnego problemu w sposób rzeczowy i gruntownie przemyślany. W pełni zgadzam się co do konieczności podjęcia wysiłku zrozumienia Chin oraz niemożności osiągnięcia tego bez porzucenia podejścia europocentrycznego. Jedynie przyjęcie relatywizmu kulturowego, czyli odrzucenie wartościowania innej kultury przez pryzmat własnej, umożliwi nam to niełatwe zadanie.

O złożoności tego ćwiczenia intelektualnego niech świadczą chociażby pułapki, których autorowi, przy całym szacunku dla jego sprawnego wywodu, nie udało się uniknąć. Usprawiedliwieniem niech będzie fakt, że są to już pewnego rodzaju utrwalone stereotypy i trudne do wyeliminowania mity.

Mit religijny

Fundamentem chińskiej kultury jest konfucjanizm. Nie jest on jednak religią, lecz filozofią lub ideologią społeczno-państwową. Buddyzm i taoizm, jako systemy religijne, mają w kulturze chińskiej swoje miejsce, ale nie jest ono determinujące. Chińczycy raczej albo są areligijni (i to wcale nie jest skutek komunizmu), albo przyjmują postawę eklektyczną, polegającą na łączeniu różnych wierzeń. Dlatego spoiwem ich kultury nie jest żadna religia, lecz filozofia. To właśnie z niej wynika dążenie do harmonii, czyli równowagi między wszystkimi bogami oraz tym, co boskie, a tym, co cesarskie, a idąc dalej – między wszystkimi elementami struktury społecznej.

Mit indywidualizmu

Umiejscowienie jednostki w społeczeństwie zachodnim i chińskim jest diametralnie różne. Zachód jest indywidualistyczny, a Chińczycy, podobnie jak większość społeczeństw Azji Wschodniej, są kolektywni. W kulturze zachodniej najważniejszy jest pojedynczy człowiek i jego dobro, zaś w Chinach człowiek spełnia się i realizuje się jako część grupy, do której należy – rodziny, wioski i narodu. Obowiązująca wobec tego ścisła hierarchia społeczna jest przejawem wszechobecnego konfucjanizmu. Współgra również z koncepcją pionowej konstrukcji społeczeństw dalekowschodnich w przeciwieństwie do poziomej budowy zachodnich społeczeństw demokratycznych.

Podejrzewam, że autor miał na myśli raczej indywidualizm w sensie taoistycznej ucieczki od świata. To jednak jest marginesem. Z pewnością zbyt ryzykownym jest łączenie tej koncepcji z egzaminami cesarskimi, które nie były dochodzeniem do indywidualizmu, lecz realizowały koncepcję merytokracji – w tym przypadku rządów ludzi oświeconych. Nawet jeśli uznamy, że mandaryn wybijał się na indywidualizm, to i tak był on trybem większej machiny biurokratycznej, a przy tym pozostawał bezwolnym wobec narzuconych kanonów. Współcześnie Chińczyk osiągający indywidualny sukces, zwłaszcza w sferze gospodarczej, podobnie będzie wciąż uwikłany w sieć społecznych powiązań, a wrodzony szacunek dla hierarchii społecznej będzie narzucał mu daleko idące samoograniczenie.

Mit liberalizmu

Bez wątpienia liberalna demokracja jest Chinom obca, a samo pojęcie jest dla przeciętnego Chińczyka niezrozumiałe. Jeśli jednak uniknie się iluzji omówionych wyżej mitów, to również nieadekwatność tej kategorii może nabrać sensu.

Zakładając, że konfucjański ład, hierarchiczność i kolektywność są właściwe chińskiej percepcji świata, można dopuścić myśl istnienia innej demokracji niż liberalna. Na pierwszy rzut oka jest to nie tylko herezja, ale i nieco wewnętrznie sprzeczna idea. Krocząc jednak drogą szacunku dla innych kultur, nie należy odmawiać racji bytu innej wizji organizacji społeczeństwa niż zachodnia, nawet jeśli nie potrafimy tej innej perspektywy nazwać czy do końca zrozumieć.

Rysująca się tu koncepcja „nieliberalnej demokracji” wydaje się być zgodna z tradycją konfucjańską, a charakteryzującej się przede wszystkim ścisłym porządkiem społecznym i hierarchicznością, władzą merytokratycznych elit, które kosztem ograniczania swobód politycznych gwarantują społeczeństwu szeroką wolność gospodarczą. Za modelowy przykład takiej demokracji ograniczonej czy nakazowej uznaje się Singapur. Być może będzie to właśnie tego rodzaju konfucjańska demokracja, która w Chinach oficjalnie zapanuje.

Mit prawa pisanego

Nie tylko prawo pisane, ale jakiekolwiek prawo, dla Chińczyków mogłoby nie istnieć w ogóle. Nie spisują więc prawa nie dlatego, aby zapewnić mu elastyczność, lecz z tej przyczyny, że nie do końca jest im ono niezbędne. W kulturze zachodniej prawo urosło do wartości samej w sobie, natomiast w rzeczywistości jego zadaniem jest pełnienie funkcji regulatora relacji w społeczeństwie. U Chińczyków takim regulatorem jest wierność tradycji, podległość hierarchii oraz silne oparcie w relacjach interpersonalnych. Dlatego prawo i umowy spisane nie były i nie są im szczególnie potrzebne, bo i tak liczy się praktyka, a decydujące znaczenie ma zachowanie się partnerów i ich relacje międzyludzkie.

Chińczycy mają prawo do petycji, własności prywatnej i poszanowania dla praw człowieka, nawet zapisane podobnie jak inne prawa w konstytucji, ale czy z nich korzystają. Nie – bo to wciąż puste słowa, które, jak sami wiedzą, niczego im nie gwarantują.

Mamy tu do czynienia z klasycznym przykładem rule by law, czyli rządów przy użyciu prawa, które pozostaje w pełnej dyspozycji władz jako narzędzie rządzenia. Ideałem byłby w naszym rozumieniu stan rule of law, czyli systemu prawnego obowiązującego również rządzących.  Mimo ogromu zmian, jakie miały miejsce w ostatnich dwóch dekadach, prawo wciąż jest instrumentem w rękach władz, ale wszystko wskazuje na to, że państwo prawa w China jest w trakcie tworzenia. Prawdopodobnie również najpierw zapanuje w Chinach państwo prawa, a potem być może da to początek wykształceniu się demokracji. Wszystko jednak zależy od zmian w mentalności i praktyce życia społecznego, a nie od zapisów prawa.

Mit monolitu władzy

Wraz z postępem reform chińskie władze przestają być monolitem. KPCh posiada dominującą pozycję, lecz jej monopol i legitymacja coraz bardziej są kwestionowane z różnych kierunków.  Największe wyzwanie pochodzi ze sfery ekonomicznej i łączy się bezpośrednio z przemianami gospodarczymi. Dotyczy ono przede wszystkim tych, którzy na reformach najwięcej zyskali, czyli  klasy nouveau riche, oraz masy tych, którzy więcej tracą niż zyskują. W odpowiedzi na te wyzwania KPCh formalnie zaprosiła biznesmenów do swojego grona i w ramach trzech reprezentacji pretenduje do bycia również ich przedstawicielem. Natomiast niezadowolonym z powodu rosnących dysproporcji dochodowych, utraty bezpieczeństwa socjalnego, degradacji środowiska naturalnego oraz rosnącej korupcji partia oferuje coraz usilniej ideę harmonijnego społeczeństwa.

W wymiarze geograficznym, jak zwykło być od wieków,  władza centralna jest uwikłana w misterną interakcję z prowincjami, jak i władzami lokalnymi. To do nich skierowane są plany rozwoju biedniejszego interioru oraz eksperymenty wyborcze we władzach wiejskich najniższego szczebla. Nie można jednak określić tych działań jako decentralizacji, gdyż istnienie licznych sił odśrodkowych w regionach, czyniłoby takie zabiegi wielce ryzykownymi. Podobnie przemiany te nie dotyczą w żadnym zakresie zmian w sferze politycznej, a jedynie społeczno-gospodarczej.

Monopol na politykę posiada jedynie Komunistyczna Partia Chin. Aby wzmocnić swoje własne szeregi partia planuje realizację programu demokratyzacji wewnątrzpartyjnej. Będzie to swoisty test pilotażowy. Jeśli się powiedzie być może KPCh zdecyduje się kiedyś, aby wprowadzić w Chinach demokrację. W najbliższej przyszłości inna forma demokratyzacji wydaje się być bardzo mało prawdopodobna, a to właśnie dlatego, że dopóki kraj odpowiednio szybko rozwija się pod względem gospodarczy, to mogący cokolwiek zmienić, nie są zainteresowani żadnymi zmianami tego status quo.

Mit komunizmu

Nie ma już chyba Chińczyków w głębi ducha wierzących w komunizm. Mimo świadomości absolutnego bankructwa tej ideologii, trudno jest nam pojąć, dlaczego Chiny nie odrzucą jej otwarcie i oficjalnie. Trzeba jednak zrozumieć, że w chińskich przemianach charakterystyczna jest równowaga między przemianami i trwaniem. Zmiany muszą następować stopniowo, bez pośpiechu i we właściwym czasie. W chińskiej świadomości wrodzona jest genetyczna obawa przed chaosem, który regularnie nawiedzał Chiny w różnych epokach historycznych. Dlatego dopóki nie ukształtuje się w pełni ideologiczny następca komunizmu, a najprawdopodobniej będzie nim nawiązujący do kulturowych korzeni konfucjanizm, dopóty partia będzie nosiła miano komunistycznej, a Mao nie zniknie z Bramy Niebiańskiego Spokoju.

Postawienie sobie celu zrozumienia Chin, zanim zacznie się Chińczyków pouczać czy krytykować, to ważny krok. Trzeba jednak być konsekwentnym i otwartym, aby podjąć próbę ogarnięcia złożoności i odmienności Chin, przy jednoczesnej konieczności gruntownej weryfikacji utrwalonych w naszej świadomości paradygmatów i dogmatów.

Grzegorz Wroński

Artykuł nadesłany przez Czytelnika; powstał w odpowiedzi na tekst Macieja Tomeckiego p.t. „Zrozumieć Chiny” z 8 marca 2011 roku. Jeśli chcesz, również możesz wysłać nam swój artykuł!