Nie ma za co dziękować panu Eizenstatowi

Ostatni tekst „Restytucja mienia żydowskiego – każdy kij ma dwa końce” wzbudził wiele kontrowersji w różnych miejscach Internetu i doczekał się jednej, niezwykle interesującej i merytorycznej odpowiedzi ze strony pana Tomasza Deptuły, korespondenta „Newsweeka” z Nowego Jorku w artykule „Podziękujmy Żydom za wezwania do reprywatyzacji”. Po jej lekturze przyznać muszę, iż świat, rzeczywiście, wygląda inaczej z każdej ze stron oceanu. Pozwalam sobie na replikę.

„A u was biją murzynów”
W części swojego pierwszego tekstu wyliczałem, dlaczego Amerykanie nie mają prawa pouczać Polaków w/s reprywatyzacji wymieniając różne argumenty – m.in. historyczne (brak pomocy w czasie Holocaustu w przeciwieństwie do Polskiego Państwa Podziemnego) i prawne (amerykańscy obywatele będą mieli co najmniej utrudnione dochodzenie swoich roszczeń na mocy umowy z 1960 roku), a w ostatnim akapicie – w formie puenty – umieszczając uwagi odnoszące się do zajęcia olbrzymich terenów indiańskich przez Amerykanów, a także los majątków ponad 700 tysięcy uchodźców palestyńskich z lat 1948-1949, którym Izrael nie zamierza nic zwracać. Pan Tomasz zwraca uwagę, iż to argument w stylu „a u was biją murzynów”.

Cóż – dlaczego się z tym nie da zgodzić? Moje uwagi nie dotyczyły nowego obszaru dyskusji, a dokładnie tego, który poruszył specjalny doradca Hillary Clinton. Znacjonalizowanej, zabranej, zrabowanej etc, własności. Zarzut o używania argumentu w stylu „bicia murzynów” można by postawić, gdybym w odpowiedzi na wystąpienie Eizenstata odpisał, że nie ma racji, bo rząd amerykański bezprawnie przetrzymuje więźniów z Guantanamo – wtedy rzeczywiście pisałbym nie na temat, a tak wkroczyłem na grunt praw Kalego – jak Kali komuś ukraść krowę (własność indiańska, palestyńska) to dobrze, ale jak ukraść Kalemu, to źle. Jeżeli osoba reprezentująca amerykański rząd strofuje polski rząd, to może warto, aby przede wszystkim wymagała wpierw od swojego państwa, a potem od innych.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja wcale nie nawołuje do zwrotu ziemi indiańskiej, ani palestyńskiej. Izraelczycy nie oddadzą ani ziemi, ani jej wartości, bo w tym pierwszym przypadku – popełniliby zbiorowe, demograficzne samobójstwo, a w drugim – ich budżet by tego nie wytrzymał. Prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmud Abbas, wydaje się to zresztą rozumieć. Gdyby jakiś dyplomata amerykański lub izraelski przypadkiem natrafił na ten tekst, to z pewnością uśmiechnęliby się na widok w/w roszczeń, wiedząc że to nierealne i być może pytając, czy to nie jest żart? Ciekawe, czy wyśmialiby żądania reprywatyzacyjne względem Polski? Nie sądzę. Tak działa prawo Kalego i w ramach elementarnej uczciwości proszę o to, aby rząd amerykański nie pouczał Polaków. Co chcę przez to przekazać? W tej sprawie gra nie idzie o zasady i sprawiedliwość, lecz o duże pieniądze i – w mniejszym stopniu – politykę, w którą często powyższa hipokryzja jest wpisana. Nie zawsze należy o tym publicznie mówić, ale nigdy nie wolno o tym zapominać.

Czy żydowskie wezwania są w interesie Polaków?
Pan Tomasz Deptuła podkreśla w swoim tekście, iż na ewentualnych spełnieniu roszczeń związanych z reprywatyzacją zyskają nie tylko Żydzi, ale przede wszystkim obywatele polscy. To prawda, tak jak pisałem już w poprzednim tekście, okradane było przede wszystkim polskie społeczeństwo. Roszczenia polskie stanowią zdecydowaną większość. Kontrowersji nie budzi też to, iż partycypacja żydowska wynosi wśród całości roszczeń około 17% Co do liczb i faktów się zgadzamy – inaczej jednak jest z ich oceną.

Nie widzę również sporu w innym miejscu – problem reprywatyzacji trzeba będzie rozwiązać i najlepszym sposobem jest częściowa rekompensata. Z tą różnicą, iż ja uważam, że powinna być symboliczna i wynosić niski procent wartości według ówczesnych cen – np. 5%-10% lub mieć formę np. miesięcznej zapomogi. Całkiem sensowne byłoby również oddanie ziemi należącej np. do Agencji Nieruchomości Rolnej lub wykorzystanie pozyskiwanych przez nią funduszy do spłat. Na inne rozwiązanie na razie państwa polskiego nie stać. Może to rzeczywiście wina „perspektywy oceanicznej”, ale pomimo niezłych wyników gospodarczych, na tle państw Unii Europejskiej, wcale drugim Luksemburgiem nie jesteśmy, pieniądze nie rosną na drzewach, mamy olbrzymi deficyt budżetowy, nie najniższe bezrobocie i standard życia zauważalnie gorszy niż wśród państw „starej Unii”.

Przechodząc do meritum, kto będzie płacił za ewentualne spełnienie roszczeń w całości lub w większym stopniu (np. 20-30%)? Odpowiedź jest oczywista – my wszyscy i to prawdopodobnie przez długie lata. Alternatywnie, rząd może zwiększyć zadłużenie państwa, ale efekt tego będzie taki sam, jak w zdaniu poprzednim. Oszacujmy – 20% wartości, kopiując przykładowo rozwiązanie z tego zastosowanego w przypadku mienia zabużańskiego, z około 65 miliardów złotych roszczeń daje 13 miliardów złotych, co już jest olbrzymim obciążeniem. Za oceanem być może to drobne, ale z czego my tutaj zrezygnujemy? Utniemy na kilka lat edukacji, kulturze, wojsku czy infrastrukturze, a może wszystkim po trochu? Nawet przyjmując ten scenariusz, musimy pamiętać, iż 20% wartości wcale nie musi zadowolić ludzi, a to jeszcze pewnie swoje trzeba by odstać w kolejce i zmierzyć się z polską administracją. Być może więc wcale byśmy sprawy nie zamknęli i nadal kończyłoby się to postępowaniami przed sądami międzynarodowymi o zwrot 100% wartości.

Może to niesprawiedliwe, ale w interesie polskiego państwa jest zapłacenie jak najniższych rekompensat i z pewnością żaden „pozytywny” image – o którym wspomina pan redaktor – nam olbrzymich wypłat nie wynagrodzi. Czy Polska zyskała w oczach przeciętnego Amerykanina po pomocy udzielonej w Iraku i Afganistanie? Czy zaczęli się z nami liczyć? Inaczej – skoro tylko Polska nie uregulowała kwestii reprywatyzacji – czy inne państwa, które to zrobiły, są w jakiś sposób z tego powodu nobilitowane lub uprzywilejowane? Nie zauważyłem… Tak jak mówiłem – pieniądze i polityka, a nie zasady i sprawiedliwość.

Czasami lepiej przemilczeć
Stuart Eizenstat miał kilka niezłych powodów, aby się nie wypowiadać. Jako doradca amerykańskiej Sekretarz Stanu powinien bardzo uważać przy konstruowaniu swoich publicznych wypowiedzi. Chociażby dlatego, iż polsko-amerykańska umowa wyklucza dochodzenie roszczeń powstałych przed 1960 rokiem , a ewentualne istniejące – kieruje w ostatecznym rozrachunku na konto Stanów Zjednoczonych. Skoro doradca Hillary Clinton jest tak oburzony, nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd federalny pokrył roszczenia amerykańskich obywateli.

Oczywiście, polska-amerykańska umowa nie może wykluczyć roszczeń np. obywateli szwedzkich lub izraelskich i oni – o ile nie ma podobnej umowy np. polsko-szwedzkiej czy polsko-izraelskiej – mogą dochodzić swoich praw. Jak wiadomo ocalali z Holoacaustu uciekali nie tylko do Stanów Zjednoczonych. Po co jednak Eizenstat się wypowiada, skoro ni czyni tego nawet w interesie amerykańskich obywateli?

To właśnie uczyniłem przedmiotem swojej krytyki. Niech każdy rozwiązuje problemy na swoim podwórku, a to, że ustawa reprywatyzacyjna jest konieczna, nie jest przeze mnie podważane w żadnym punkcie. Dobrze by jednak było po drodze wyraźnie nie zaszkodzić Polsce – tej dzisiejszej.