Czy powinniśmy wysyłać wojsko do Libii?

Prezydenci Francji (N. Sarkozy) i Polski (B. Komorowski) z niemiecką kanclerz (A. Merkel). Zdjęcie: prezydent.pl
Prezydenci Francji (N. Sarkozy) i Polski (B. Komorowski) z niemiecką kanclerz (A. Merkel). Zdjęcie: prezydent.pl

Do tej pory z wysyłania wojsk udało się nie robić rodzimej awantury politycznej – polscy żołnierze w misjach ONZ-etowskich czy NATO-wskich działali w warunkach consensusu. Nie inaczej jest w przypadku Iraku czy Afganistanu – główne siły polityczne, tj. PO, PiS i SLD jednakowo pozytywnie reagowały na prośby amerykańskie. Z wysłanymi wojskami były dwa problemy. Pierwszy taki, że posiadanie takiego kontyngentu np. w Afganistanie kosztowało nas w 2010 roku prawie 2 miliardy złotych (!!!!), a drugi – dużo większy – że jedynym wyrazem docenienia za zaangażowanie polskiego żołnierza były podziękowania, w formie ustnej, a wszelkie korzyści zgarniali inni gracze.

W swoim tekście dla portalu „wpolityce.pl” Anna Fotyga krytykuje postawę rządu wobec sytuacji w Libii. W jeszcze ostrzejszym tonie szaty rozdziera Rybitzky w tekście „‚Bez emocji'”- Donald Tusk patrzy na rzeź”. Autor krytykuje w nim spokojną politykę Polski i brak zaangażowania. Różnica polega na tym, iż o ile Rybitzky może nie znać się na polityce międzynarodowej (i się nie zna), o tyle Anna Fotyga jest byłym Ministrem Spraw Zagranicznych i pisanie aż takich bzdur, jak te o rządzie polskim uciekającym od wartości świata zachodniego (!) jej nie przystoi. Podobnie jak pisanie „ból” przez „u” w wykonaniu urzędującego prezydenta.

W sprawie Libii nie mamy żadnych interesów, aby wychodzić przed szereg. Naturalnie, należy oświadczać, że łamanie praw człowieka jest niedopuszczalne, że nie wolno zabijać cywilów, że w pełni popieramy rezolucje ONZ, działania NATO wobec rządu libijskiego, a także politykę naszych przyjaciół z Paryża, Waszyngtonu i Londynu, ale tyle wystarczy. Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy bardzo opierają się przed przeprowadzeniem operacji lądowej, a my mamy się już oficjalnie deklarować? Przepraszam, ale czy to jest jakiejś marnej jakości dowcip? Niektórych wypada tylko rozczarować i napisać szczerze, że niestety, ale i tym razem nie będziemy mieć kolonii.

Amerykanie na przykład kalkulują w taki sposób. Za rok wybory w Stanach Zjednoczonych, Afganistan i Irak zżerają miliardy dolarów rocznie, nasza opinia w świecie muzułmańskim jest fatalna, ewentualna operacja zostanie i tak potraktowana jako wyraz neokolonializmu, a szansa na zakopanie się na kilka lat jest olbrzymia. Dlatego prezydent Obama zastanowi się 10 razy, zanim Amerykanie postanowią wykroczyć poza bombardowania i pilnowanie strefy zakazu lotu.

Jak powinni kalkulować Polacy?
Nasze spojrzenie również powinno być realistyczne. Co najważniejsze – nie mamy w Libii żadnych interesów, w przeciwieństwie do Włochów, Francuzów, ale również Chińczyków czy Rosjan. To nie nasza rozgrywka, pułkownik Kaddafi nie ma miliardów dolarów na naszych kontach, jego synowie rozbijają się w Monachium i Paryżu, a nie Warszawie i Poznaniu. Nasze firmy może i mają (miały?) w Libii kontrakty, ale są to groszowe sprawy, na pewno niewystarczające do podjęcia zdecydowanej reakcji. Reżim Kaddafiego nie jest – jak w przypadku Włoch czy Szwajcarii – kluczowym dostawcą ropy naftowej. Wspomnianego surowca – patrząc z doświadczeń irackich – również dla nas by nie było. Skoro zatem nie zostały naruszone nasze żadne żywotne interesy, a do wygrania w całej tej układance nie mamy praktycznie nic, to po co angażować się militarnie? Libia jest zmartwieniem innych bokserów, chodzących w trochę wyższej kategorii wagowej, zwłaszcza jeśli chodzi o możliwości gospodarcze i wojskowe.

Nas zwyczajnie na zaangażowanie wojskowe … nie stać. Zobaczmy na wykres z Afganistanu, jeżeli chodzi o koszty.

źródło: money.pl za MON
źródło: money.pl za MON

Czy „w imię zasad”, w obronie których i tak mielibyśmy znikomy udział (ze względu na ograniczony potencjał militarny), warto wydawać kolejne dziesiątki, a pewnie setki miliony złotych? Czy Ministerstwo Obrony Narodowej ma za dużo środków? Pojawiają się też pytania m.in. o polskie zdolności logistyczne. Oczywiście, na symboliczny udział czy misje humanitarną możemy sobie pozwolić, ale na nic więcej już nie. To nie nasz problem – nie jesteśmy Mesjaszem Narodów, a GROM-u Kaddafi się nie przestraszy. Sarkozy odkrył w sobie powołanie do zawodu policjanta na rok przed wyborami? Proszę bardzo.

Skoro już wiemy, iż z wysłania wojsk nie mielibyśmy zbyt wielu korzyści, a jeśli nawet, to byłyby one niewspółmierne z kosztami, to warto zastanowić się, co będzie dalej? „Świt Odysei” ocalił rebeliantów od porażki i powstrzymał marsz Kaddafiego, ale kim są opozycjoniści? Na pewno w części to byli koledzy pułkownika, tylko skłóceni z nim, ale czy są oni w stanie pokonać uzbrojone i zdyscyplinowane wojsko Kaddafiego, a także nieźle opłacanych najemników? Na krótką metę – należy w to wątpić. Opozycyjne wojska należałoby przeszkolić i uzbroić, co jest zadaniem na co najmniej kilka miesięcy. Kaddafiego szybciej może pokonać międzynarodowa koalicja, o ile podejmie się interwencji lądowej albo zabije dyktatora, jednocześnie dogadując z jego zapleczem. Dopóki Muammar, jak go pewnie nazywał jego były przyjaciel, Silvio Berlusconi, będzie miał pieniądze na żołd i najemników, dopóty będzie walczył. Oczywiście, można by się jeszcze dogadać z samym dyktatorem, zrobić jakiś rządowo-opozycyjny układ etc, ale wtedy byłaby to kompromitacja Zachodu, bo okazałoby się, że zarówno cywilów nie obronili, jak i Kaddafiego nie obalili.

W tej niepewnej sytuacji, gdy ryzyko jest duże, korzyści mierne albo żadne, a także gdy nie mamy decydującego znaczenia dla rozwoju sytuacji, należy reagować w sposób opanowany i stonowany. Oczywiście, co innego, gdyby na stole pojawiła się doskonała oferta – płatna z góry dodajmy – ale bądźmy realistami. Nikt nam takiej nie złoży.